Końska derka drapie, ale daje trochę ciepła. Wozy toczą się od kilku godzin wzdłuż rzeki. Woźnica mówi, że to Bug. Rzeka raz oddala się od drogi, innym razem zdaje się ją podmywać. Kilkudniowa podróż w nieznane dzisiaj dobiega końca. Marzą o ciepłym miejscu do spania. Własnym łóżku. Po przegniłej, zawszonej słomie łódzkich hal fabrycznych czy pryczach chełmskich koszar, wszystko będzie lepsze. Agnieszka Komosińska okrywa szczelnie trójkę dzieci, zakopane w słomie na wozie. Sama poprawia na ramionach kożuch, który podał jej żołnierz, gdy opuszczała swój dom.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna, dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.
"Niech prawda nie stanie na drodze dobrej opowieści" Zachęcam do pozostawienia komentarza. Nie ma nic lepszego niż poznanie czytelnika.
wtorek, 11 czerwca 2019
piątek, 29 czerwca 2018
Jarmark w Grzymałowie
Cztery
razy do roku w mieście, od nazwiska właściciela Grzymałowem zwanym, a dla
mieszkańców Swarzędzem pozostałym, odbywają się jarmarki. Prawem królewskim
ustanowione na Małgorzaty po 13.lipca, na Marcina po 11.listopda, na Mikołaja
po 6.grudnia i po Wielkanocy w pierwszą niedzielę. Wielki to przywilej jarmarki
organizować. Opłaty od handlujących do kasy miasta wpływają. Zgodnie z
punktem dwudziestym drugim aktu lokacyjnego
w miasteczku pozostać mają i na rozbudowę miasta przeznaczone być muszą.
Targ na Świętego Marcina zawsze przyciąga dużo ludzi. Zewsząd do miasta spieszą. Prace w polu zakończone, plony zebrane, pieniądze zarobione. I z wiosek okolicznych i z niedalekiego Poznania, stolicy prowincji, handlarze i kupujący do Swarzędza przyjeżdżają. Na czworoboczny rynek, prostopadłymi ulicami, z każdej strony świata tłum się wlewa.
A ze wsi żywności wszelkiej nazwożono pełno. Z prawej strony placu targowego furmanki zaprzężone w konie stoją, a na nich worki z ziemniakami i brukwią. Nawet młynarz na wozie pełnym worków z mąką siedzi. Worki w razie potrzeby rozwiązuje i klientowi swój towar zachwala. Obok wiejska gospodyni, obstawiona koszami jajek, do zakupu nawołuje. Na wozie za nią powiązane żywe kury i kaczki leżą.
Z Poznania handlarz przyjechał z wyrobami żelaznymi. Sztućce , garnki i patelnie, a także pogrzebacze do pieca na straganie porozkładał.
Kuglarzy i muzykantów jarmark także przyciąga. Ci pierwsi sztuczki pokazują i tych co się wciągnąć dają oszukują okrutnie. Zanim się biedak zorientuje już zarobionych groszy się pozbywa i zamiast z towarem z pustą torbą i wstydem do domu wróci.
Między kramami ludzi kręci się moc. Kucharki przyszły po świeżą żywność ze wsi. Mieszczanie futra i ciepłe buty oglądają; wkrótce zima przyjdzie, więc ciepły przyodziewek potrzebny będzie. Dzieciarnia nowe miejsce do zabawy sobie znalazła, między wozami się przepycha, co rusz któreś pod wozem się przed innym chowa i z wrzaskiem z drugiej strony wyskoczy. Konia spłoszy, że wozem szarpnie. Drób się wtedy na cały rynek rozwrzeszczy, rzucając się i skrzydłami trzepiąc , z uwięzi próbując się zerwać.
Piekarz swój kram wystawił na północno-wschodnim narożniku rynku. Cała ta ciżba, umęczona targowaniem i przeciskaniem się w tę i z powortem, zgłodniała i chętnie rogala czy obwarzanka kupi, by się wzmocnić i posilić.
Z ratusza na targ włodarz miasteczka łaskawym okiem patrzy. Pilnować wpływu do kasy miasta musi. Cieszy go popularność jarmarków swarzędzkich na cała okolicę. Życzliwym okiem na kupców przybyłych z dalszych stron patrzy. To dla nich na okres jarmarków prawo handlu jest luzowane.
Taki jarmark to okazja, żeby nowe prawa miejscowe i królewskie ludziom ogłosić, więc burmistrz wkrótce przed ratusz wyjdzie i tej powinności zadośćuczyni.
Gwar podczas
jarmarku w mieście i zamieszanie wielkie. Po wschodniej stronie rynku, na
wyznaczonych miejscach, kramy i wozy handlujących stają. Żydzi, na co dzień na
północnej stronie rynku, na parterze kamienic w sklepikach handlujący, także ze
swoim towarem na rynek wychodzą.
W
przeddzień jarmarku targ zwierząt hodowlanych się odbył. Od 1507 roku targi po
wsiach zakazane , więc z okolicznych wiosek z końmi, bydłem i nierogacizną do
Swarzędza na targ ściągnęło z 50 chętnych. Jedni drogo sprzedać swoje bydło i
nierogaciznę, po urodzajnym roku dobrze odkarmione, przybyli. Inni chcieli tanio
konia do gospodarstwa nabyć, albo trzodę w gospodarstwie na targu uzupełnić. Targ na Świętego Marcina zawsze przyciąga dużo ludzi. Zewsząd do miasta spieszą. Prace w polu zakończone, plony zebrane, pieniądze zarobione. I z wiosek okolicznych i z niedalekiego Poznania, stolicy prowincji, handlarze i kupujący do Swarzędza przyjeżdżają. Na czworoboczny rynek, prostopadłymi ulicami, z każdej strony świata tłum się wlewa.
Pogoda
tego roku jarmarkowi sprzyja. Słoneczna niedziela, chociaż powietrze rześkie i
wilgotne, jak na listopad przystało. Wiatr, który wczoraj drzewami obok ratusza
szarpał, dzisiaj się uspokoił. Dzięki temu kramy można było spokojnie
rozstawiać i towar rozkładać.
A
czegóż tu nie ma ? Grzymałowo tkactwem na cała okolicę słynie, więc najwięcej
tu kramów z tekstyliami. Materiały tkane w belach leżą. Ale i ubrania gotowe na
kramach wiszą. Handluje się też futrami i skórą, a także butami z tejże
wykonanymi. Wyroby z drewna, gównie do gospodarstw domowych potrzebne, w
niewielkiej ilości , ale też się pojawiają. A ze wsi żywności wszelkiej nazwożono pełno. Z prawej strony placu targowego furmanki zaprzężone w konie stoją, a na nich worki z ziemniakami i brukwią. Nawet młynarz na wozie pełnym worków z mąką siedzi. Worki w razie potrzeby rozwiązuje i klientowi swój towar zachwala. Obok wiejska gospodyni, obstawiona koszami jajek, do zakupu nawołuje. Na wozie za nią powiązane żywe kury i kaczki leżą.
Z Poznania handlarz przyjechał z wyrobami żelaznymi. Sztućce , garnki i patelnie, a także pogrzebacze do pieca na straganie porozkładał.
Kuglarzy i muzykantów jarmark także przyciąga. Ci pierwsi sztuczki pokazują i tych co się wciągnąć dają oszukują okrutnie. Zanim się biedak zorientuje już zarobionych groszy się pozbywa i zamiast z towarem z pustą torbą i wstydem do domu wróci.
Między kramami ludzi kręci się moc. Kucharki przyszły po świeżą żywność ze wsi. Mieszczanie futra i ciepłe buty oglądają; wkrótce zima przyjdzie, więc ciepły przyodziewek potrzebny będzie. Dzieciarnia nowe miejsce do zabawy sobie znalazła, między wozami się przepycha, co rusz któreś pod wozem się przed innym chowa i z wrzaskiem z drugiej strony wyskoczy. Konia spłoszy, że wozem szarpnie. Drób się wtedy na cały rynek rozwrzeszczy, rzucając się i skrzydłami trzepiąc , z uwięzi próbując się zerwać.
Piekarz swój kram wystawił na północno-wschodnim narożniku rynku. Cała ta ciżba, umęczona targowaniem i przeciskaniem się w tę i z powortem, zgłodniała i chętnie rogala czy obwarzanka kupi, by się wzmocnić i posilić.
Z ratusza na targ włodarz miasteczka łaskawym okiem patrzy. Pilnować wpływu do kasy miasta musi. Cieszy go popularność jarmarków swarzędzkich na cała okolicę. Życzliwym okiem na kupców przybyłych z dalszych stron patrzy. To dla nich na okres jarmarków prawo handlu jest luzowane.
Taki jarmark to okazja, żeby nowe prawa miejscowe i królewskie ludziom ogłosić, więc burmistrz wkrótce przed ratusz wyjdzie i tej powinności zadośćuczyni.
Longina Komosińska
niedziela, 20 maja 2018
II Targi Meblowe 1936
Longina Komosińska
Od
początku września w Swarzędzu duży ruch. Po dwóch latach znów odbywają się
Targi Meblowe. Pierwsze, w 1934 roku, były sukcesem, ale tegoroczne zapowiadają
się równie dobrze, a może lepiej.
W
ogromnej hali meblowej swoje towary wystawia pięćdziesięciu swarzędzkich
stolarzy. Pokazują się zarówno ci, którzy już produkują na eksport, do Niemiec,
Holandii czy Gdańska, jak i ci, którzy zdobywają rynek lokalny. Chodzi o to, by
drogę od producenta do klienta skrócić i cenę uatrakcyjnić, przez pośredników
podnoszoną.
Rozmach
przedsięwzięcia ogromny. W dzień otarcia targów autobusy pod halę meblową
kursowały co pół godziny. Wydano z tej okazji kolorową broszurę „Swarzędz – miasto stolarzy”. Artykuły w
Kurierze także przysporzyły targom zwiedzających i wystawcom klientów.
Między
oczekującymi dzisiaj na otwarcie hali stoi Staszek, uczeń w zakładzie
tokarskim. Nie jest łatwo dostać się na
naukę fachu. Czasy teraz trudne. Kryzys dotknął także branże meblarską. Te
targi mają na nowo przypomnieć o Swarzędzu i napędzić koniunkturę.
Staszek przyszedł tu dzisiaj sam. W ręku ściska kolorową broszurę, którą dostał od swojego majstra. Trzydzieści groszy na bilet wstępu dała mu matka, bo widziała jak bardzo synowi na zobaczeniu wystawy zależy.
Za
kilka minut otworzą się kasy biletowe. Gwar na placu przed halą coraz większy.
Czekają już wycieczki zwiedzających z Poznania, a także indywidualni klienci,
którzy chcą obejrzeć, na jakie meble moda teraz obowiązuje, albo zainteresowani
meblami upatrzonego wcześniej zakładu.
Staszek
w kolejce stoi między czeladnikiem z zakładu Jana Szumskiego z Kilińskiego , a
nauczycielem z poznańskiego gimnazjum, który swoją klasę na targi przywiózł,
żeby młodzież rozwój polskiego rzemiosła na własne oczy zobaczyła.
Chłopak
uczy się w zakładzie tokarskim u Bronisława Prałata. Majster go polubił, bo
sumienny uczeń z niego jest. O obowiązkach nie trzeba mu przypominać. Wie, co
ma robić, a i często poza swoje obowiązki ucznia wykracza. Prałat obiecał mu
pomóc w zdobyciu fachu tokarskiego. Ale Staszek po cichu marzy o czymś innym;
chce zostać rzeźbiarzem.
Przyszedł
na wystawę właśnie po to, by podpatrzyć prace zakładu rzeźbiarskiego. Czuje, że ma do tego smykałkę; jak tylko
jakiś wolny kawałek drewna znajdzie, od razu widzi w nim docelowy kształt, a to
anioła, a to kwiatu szarlotki czy róży.
Kasy
się wreszcie otwierają, przez chwilę tumult się robi straszny. Chłopak się
przeciska między ludźmi, żeby z kolejki nie wypaść i po chwili jest już przy
okienku.
-
Jeden bilet, za trzydzieści groszy, poproszę – odliczone monety podaje.
-
Proszę bardzo – kasjerka monety wsuwa do kasetki i podaje bilet wstępu.
Dla
Staszka to w tej chwili przepustka do świątyni stolarskiego kunsztu. Wchodzi do
ogromnej hali , pełnej gwaru rozmów zwiedzających, pachnącej mieszaniną zapachu
drewna, politury i skór.
Zatrzymuje
się przy każdym stoisku. Najpierw są wystawione sypialnie z zakładu mistrza
Piątka z ulicy Zamkowej. Szerokie łóżka z wezgłowiem prostym lub rzeźbionym.
Przy łóżkach stoją stoliki nocne. Z boku toaletka z ogromnym lustrem, a przed
nią tapicerowane na czerwono krzesło z oparciem w tym samym stylu, co wezgłowie
łóżka. Na łóżku kapa, na toaletce flaszeczki perfum i słoiczki kremów. Wszystko
tak urządzone, z tylko wejść i zamieszkać.
Dalej
są męskie pokoje i jadalnie. Duże stoły lub stoły rozkładane. Krzesła, po
sześć, z nogami prostymi lub giętymi. W
skórze lub materiałach, od koloru do wyboru.
Największe
zainteresowanie budzą w tym roku kuchnie. Praktyczne meble, mieszczą w sobie
wszystko – szafki na garnki, półki na talerze, szuflady na sztućce , a nawet
przemyślnie wysuwaną deskę do prasowania.
Ale
Staszek zmierza do ostatniego stoiska w tej części hali targowej, do wystawy
zakładu rzeźbiarskiego mistrza Jerzego Szadro. Przed tym stoiskiem zatrzymują
się głównie czeladnicy, stolarze którzy marzą o osiągnięciu takiego kunsztu w
swojej pracy.
Nasz
bohater też stoi jak zahipnotyzowany. Broszurę, którą trzymał w rękach wsunął
za pazuchę i dłońmi dotyka misterne rzeźbione tralki, wezgłowia, oparcia
krzeseł. Wodzi palcem po girlandach wyrzeźbionych na drzwiczkach szafek.
Podziwia intarsjowany blat stolika do kawy. Nie słyszy szumu z hali, nie słyszy
także mistrza Szandro, który stoi naprzeciw swojego stoiska z majstrem Adamem
Czarneckim. Chłopak jest teraz w swoim
świecie, słyszy dźwięk dłut, hebli i szum wiór spadających na ziemię w
warsztacie stolarskim.
W
końcu Jerzy Szandro podchodzi do chłopaka, ale zanim szturchnie go, żeby
oprzytomniał i przestał mazać tłustym paluchem po polerowanych meblach, widzi
szeroko otwarte oczy ucznia, który chłonie widok całym sobą. Uśmiecha się
mistrz pod nosem.
-
Ej, chłopcze – mówi łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu. Staszek wyrwany z
zadumy wzdraga się i odskakuje.
-
Podoba ci się ? – pyta majster.
Chłopak
tylko kiwa potakująco głową i wzdycha. W końcu udaje mu się wykrztusić:
-
Chyba też bym tak umiał.
-
O! – mistrz Szandro wybucha śmiechem. – Taki z ciebie zuch ? To przyjdź jutro do mnie do zakładu,
sprawdzimy co umiesz. Wiesz, gdzie mnie szukać ?
Chłopak
znów skinął głową. Mężczyzna poklepał go po plecach i rozbawiony wrócił do
swojego towarzystwa.
A
Staszek już niczego nie widział i niczego nie słyszał. Jak na skrzydłach z hali
meblowej wybiegł i do domu pędził, matce musiał jak najszybciej o swojej
szansie powiedzieć.
Drugie
Targi Meblowe w Swarzędzu dla miasta i dla Staszka wielką szansą były.
niedziela, 26 listopada 2017
Jadą wozy kolorowe ...
Opisywanie dawnych zdarzeń, miejsc lub postaci przypomina wywoływanie
zdjęć w ciemni. Na pustym, białym papierze pojawia się najpierw cień. Po chwili
wyłania się zarys postaci, tło, a wreszcie – wyostrza się obraz, domostwa, twarze. Niestety, równie często te
obrazy pojawiają się i znikają, blakną, nie dają się odczytać, uchwycić.
Są jeszcze rozmowy ze świadkami czasu. Czasem w opowieści pojawia się
zdanie, wątek poboczny, dla opowiadanej historii niewiele znaczący, a w mojej
wyobraźni powstaje obraz, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Tak było z
informacją, o cygańskich taborach, którzy przyjeżdżały do Sarbinowa. Były to
dwie różne opowieści, nie wiem, która bardziej prawdziwa.
Prawdą jest to, że tabory w Sarbinowie się pojawiały, a reszta ... ?
***
Jadą wozy kolorowe …
Józek, jak zwykle, gdy w kuźni nic się nie działo, siedział na trawie,
oparty o bieloną ścianę. Wygrzewał się na słońcu. Muchy, które co rusz
przysiadały mu, a to na czole, a to na ręce, ogania. Spod daszka czapki, który
osłania mu oczy przed ostrym, kwietniowym słońcem, najbliższy rów obserwuje. W porastających brzegi rowu, krzakach, ledwie jeszcze zielenią pokrytych, uwijają się wróble i
sikory. Najpierw trzymają się z daleka
od człowieka. Ale wkrótce, uspokojone bezruchem wokół kuźni, zaczynają bliżej
podlatywać, na gałęziach bzu , co przy kuźni rośnie, przysiadać.
czwartek, 19 października 2017
Wysiedleni
Przyszli po
nas wcześnie rano, wydawało się, że dopiero położyliśmy się spać. Był
październik 1940 roku. Gdy zapukali do drzwi babcia Agnieszka zdziwiła się.
Tego dnia sąsiad miał przyjść wcześnie, chciał pożyczyć konia do prac w polu.
Ale to było za wcześnie, jeszcze ciemno, zwierzęta nie oprzątnięte, koń nie
dostał porannego owsa. Od kiedy nie ma Feliksa wszystko na głowie jednej
kobiety.
Otworzyła
drzwi pewna, że zobaczy za nimi sąsiada.
Za drzwiami stał sołtys Sarbinowa Humke z dwoma uzbrojonymi mężczyznami –
żołnierzami niemieckimi. Nogi się pod nią ugięły. Kazali się pakować, zabrać
niezbędne rzeczy na drogę, dokumenty, trochę jedzenia i najwyżej jedną kołdrę i
poduszkę. Okazało się później, że u każdego wyglądało to inaczej. Innym
pozwolono zabrać wszystko, nawet niedosuszone pranie ze sznurka. Zależało to od
ludzi, którzy przyszli do gospodarstwa, od ich dobrej woli i wrażliwości. Razem z nimi, jako pierwsi wysiedlani byli
sąsiedzi Jędrzejczakowie oraz rodzina Wiśniewskich i Matelanka.
Agnieszka
budzi dzieci. Trzęsącymi rękami pakuje do tornistra Stasia jedzenie . Mały,
trzyletni, Edmund wybudzony z głębokiego
snu, nie chce wstawać. Pakuje się z powrotem do łóżka i zasypia. Naprędce
spakować , to co jest najważniejsze, to co się przyda . Co jest najważniejsze ?
Nie byli na
to przygotowani, na to, że po nich pierwszych przyjdą. Co z nimi będzie ? Co z
dziećmi ? Jak i gdzie zostawić wiadomość dla rodziny? Jak my się odnajdziemy ?
A Feliks? Skąd będzie wiedział , gdzie ich szukać ?
Czas
biegnie. Kobieta ubiera dzieci , 7-letniego Stasia, 5-letnią Julkę i 3-letniego
Mundka. Stasiowi zakłada szkolny tornister. Była taka dumna, gdy kupowała mu go
na jesieni; pierwsze z jej dzieci szło do szkoły. Teraz jest wypchany jedzeniem
na drogę. Każe mu go pilnować i pilnować Julki. Sama zabiera najmłodsze dziecko
i spakowany tobołe . Wychodzą w chłód jesiennego poranka. Jeden z mężczyzn
pomaga załadować na wóz związaną kołdrę i poduszkę.
We wsi
słychać szczekanie psów. Furmanka stoi przed bramą. Taka sama furmanka i
żołnierze są u sąsiadów, państwa Jędrzejczaków. Pakują się na wóz i ruszają z
górki, na których stoi ich dom, w dół, do głównej drogi. Powoli na drodze do
Swarzędza formuje się ponura kolumna. Psy wyczuwają napięcie. Gdy wozy ruszają słychać wycie psów, których
właściciele opuszczają domostwa. Gdzie i na jaką poniewierkę ? W tej chwili nie
wiadomo. Tak jak i tego, dlaczego właśnie ich wysiedlono jako pierwszych ? Czy
to dobry sołtys Humkę skazał kobietę z trójką małych dzieci na poniewierkę ?
Czy komuś właśnie te gospodarstwa wydały się odpowiednie dla Niemców,
sprowadzonych do Kraju Warty. Potem okaże się, że inni gospodarze nie będę
wysiedlani w lubelskie. Pozostaną na miejscu, np. w Daszewicach po drugiej
stronie Poznania.
Zaczyna się
rozjaśniać , gdy wjeżdżają do Swarzędza. Robi się coraz większy ruch, furmanki
z takimi jak oni nieszczęśnikami, zjeżdżają z różnych stron na miejsce
zgrupowania. Przed budynkiem, obecnie stoi tu Hala Meblowa na skrzyżowaniu
Jasińskiej i Cieszkowskiego, stoją autobusy. W hali spotykają się sąsiedzi z
jednej wsi. Chcą trzymać się razem, ale w tym tłumie i tumulcie, powstałym przy
wsiadaniu do autobusów, staje się to niemożliwe. Agnieszka z Edmundem zostaje
rozdzielona ze starszymi dziećmi Stasiem i Julką . Staś trzyma siostrę mocno za
rękę, ale ta zaczyna płakać. Spychani są do innego autobusu niż mama. Sytuacje zauważa
Kazimierz Wiśniewski, łapie dzieci i zanosi je do mamy. O dziwo nikt z
pilnujących nie reaguje.
Autobusy
ruszaj w kierunku Poznania. Wysiadają z nich w okolicach hal targowych przy
Grunwaldzkiej i idą na dworzec PKP. Podjeżdżają pociągi z kierunku Piły.
Wysiedleńcy mają wsiadać do wagonów. W jednym przedziale Agnieszka z dziećmi i
rodzina Wiśniewskich; kobieta z trójką dorosłych dzieci pomaga matce z trójką
maluchów. Starają się nie rozdzielać. Na peronie wojsko niemieckie pilnuje
porządku. Ludzie na peronie płaczą, nawołują się, taszczą swój dobytek, większe
i mniejsze tobołki przepychają przez wąskie drzwi i przejścia . Dobytek całego
życia, to co ważne, to co potrzebne, to o się przyda, co pozwoli przeżyć.
W przedziale
rozmawiają o tym, co ich czeka, co będzie, dokąd ich zabierają, co będzie na
końcu tej podróży. Dzieci siedzą przytulone do boku matki. Mundek zasnął na jej
kolanach.
Gdy peron
jest już pusty, a ludzie zajęli przedziały i ulokowali nad głowami swoje bagaże
otwierają się drzwi. Do przedziału wchodzi Niemiec w cywilu, pewnie urzędnik,
za nim żołnierz pod bronią. Wskazuje na Kazimierza, Franka i Jadwigę
Wiśniewskich, każe im wychodzić . W pociągu robi się szum, ludzie głośno
protestują , płaczą. Pani Wiśniewska też płacze, zostaje sama, rozdzielają ją z
dziećmi. Jak oni dadzą sobie radę, jak ona sama da radę tam, gdzie ją zawiozą ?
Niemcy patrzą na rozpaczającą rodzinę, zamieniają kilka zdań po niemiecku
między sobą. W końcu ten po cywilnemu pozwala zostać najstarszemu synowi,
Frankowi. Pozostała dwójkę zabiera ze sobą. Dorośli płaczą. Dzieci, nie wiedząc
co się dzieje, też zaczynają płakać. Dojmujące poczucie braku wpływu na swój
los.
Na peronie
widać rosnącą grupę młodych ludzi , otoczonych kordonem żołnierzy. Nie wolno
otwierać okien wagonów. Ludzie rzucają się do zamkniętych okien, żeby
popatrzeć, żeby chociaż w ten sposób pożegnać się z najbliższymi.
- Dokąd ich
zabierają ?! – to pytanie powtarzane z ust do ust biegnie przez przedziały i
wagony. W końcu nadchodzi odpowiedź
- Młodych,
silnych, sprawnych zabierają na roboty .
Ludzie się
trochę uspokajają. Ale po chwili pojawia się niepokojąca myśl – to co zrobią z
nami, niezdolnymi do pracy, małymi dziećmi ? U niektórych pojawia się już
zrezygnowanie.
Rozlega się
gwizd , lokomotywa szarpnęła , wagony powoli zaczynają się toczyć. Na peronie
młodzi ludzie zaczynają się zwracać w stronę pociągu, iść wzdłuż peronu, to
niepokoi żołnierzy, wyżej podnoszą broń, zacieśniają kordon i zaczynają spychać
Polaków do zejścia z peronu . To ostatni obraz, który widzą odjeżdżający.
Pociąg opuszcza dworzec.
Ciag dalszy :
Życie w Mościcach
Ciag dalszy :
Życie w Mościcach
czwartek, 5 października 2017
Sag mir wo die Gräber sind
Dwa lata
temu rozpoczęłam poszukiwania brata mojego dziadka Feliksa – Wincentego. Wicek
zginął podczas I wojny światowej. Rodzinny przekaz głosił - Pod Verdun.
Po kilku
zapytaniach i pewnym czasie zaczęły spływać do mnie informacje z niemieckiego archiwum,
a w zasadzie z fundacji opiekującej się cmentarzami wojskowymi, bez względu na
narodowość żołnierzy. Bez względu na narodowość. Szukałam polskiego chłopaka w
niemieckiej armii, który zginął walcząc na nieswojej wojnie z Francuzami.
Znalazłam
jego ślad. Najprawdopodobniej, z pięcioma tysiącami innych młodych ludzi (niewyobrażalna
ilość martwych ciał na polu bitwy),
zginął pod Perthes-les-Hurlus w Szampanii i spoczął bezimiennie w
zbiorowej mogile na cmentarzu w Souain nad Marną. Marny los jak na pobyt w
Szampanii, prawda ? W 2015 roku, sto lat od śmierci Wincentego, znalazłam go.
musimy zatem wiedzieć
policzyć dokładnie
zawołać po imieniu
opatrzyć na drogę
Minęły dwa lata i koresponduje z pewnym Niemcem, który
poszukuje grobu swego wuja, radzieckiego żołnierza, który poległ w Paczkowie w
1945 roku podczas walk o Poznań. Rozumiem go i staram się pomóc.
Dzięki temu lub przez to, rozmawiałam z moim
wujostwem, którzy przeżyli tutaj czas wojny. Znów miałam okazję spojrzeć na
wojnę oczami dziecka. Nie wierzcie, gdy mówią wam, że wojna to bitwy i
bohaterstwo. Wojna to łzy, krew i śmierć. Wojna z waszego sąsiada zrobi
przestępcę – złodzieja, mordercę, zdrajcę.
Ale czy widzicie paradoks tej całej sytuacji. Ja
szukałam w niemieckiej armii Polaka, który spoczął we Francji. Niemic szuka w
Polsce radzieckiego żołnierza. Oboje znajdziemy to samo – przerażające morze
białych krzyży. A pod nimi spoczęli 20-latkowie w walce o …
Sag
mir wo die Gräber sind,
wo sind sie geblieben?
Sag mir wo die Gräber sind,
was ist geschehen?
Sag mir wo die Gräber sind,
Blumen blüh'n im Sommerwind
Wann wird man je verstehe
wo sind sie geblieben?
Sag mir wo die Gräber sind,
was ist geschehen?
Sag mir wo die Gräber sind,
Blumen blüh'n im Sommerwind
Wann wird man je verstehe
p.s. mój korespondent był w Poznaniu, na grobie swego przodka.
https://fr.wikipedia.org/wiki/Fichier:Souain-Perthes-l%C3%A8s-Hurlus_I..JPG
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej p...
-
W styczniu 1945 roku świat niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął się zmieniać. Niemcy ...



