wtorek, 11 czerwca 2019

Wysiedleni - życie na wygnaniu

Końska derka drapie, ale daje trochę ciepła. Wozy toczą się od kilku godzin wzdłuż rzeki. Woźnica mówi, że to Bug. Rzeka raz oddala się od drogi, innym razem zdaje się ją podmywać. Kilkudniowa podróż w nieznane dzisiaj dobiega końca. Marzą o ciepłym miejscu do spania. Własnym łóżku. Po przegniłej, zawszonej słomie łódzkich hal fabrycznych czy pryczach chełmskich koszar, wszystko będzie lepsze. Agnieszka Komosińska  okrywa szczelnie trójkę dzieci, zakopane w słomie na wozie. Sama poprawia na ramionach kożuch, który podał jej żołnierz, gdy opuszczała swój dom.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje  łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna,  dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.



**
Widok łódzkiego obozu wraca jak koszmarny sen, gdy tylko próbuje zamknąć oczy. Długie kolumny przerażonych ludzi, idących wzdłuż opuszczonych fabrycznych hal. A potem selekcja. Oddzielają tych, którzy nadają się do pracy i tych zupełnie nieużytecznych. Bezgłośny płacz wstrząsa jej ciałem. Co się stało z tymi starymi ludźmi, na rampie? Wiedzieli albo przeczuwali swój los, stojąc tam, w grupie równie słabych i chorych.
W obozie każde dziecko przechodzi oględziny. Kiedy przestaliśmy być ludźmi, a staliśmy się przedmiotem, przydatnym lub zbędnym? Pomiary czaszek, ocena rysów twarzy, kolorów włosów, kondycja, zdrowie. Lekarz ogląda, urzędnik zapisuje jego uwagi. Pochodzenie, wciąż pytają o pochodzenie. Czy człowiek  nigdy nie wyjdzie poza swoje ograniczenia - z urodzenia przypisana rola pan  i niewolnik? Uproszczona wizja świata chorych umysłów. Straszny krzyk matek, którym kawałek po kawałku wydzierano serce. Przerażone oczy dzieci. Czy uda się jej zapomnieć dziewczynkę w zielonym płaszczyku, rozpaczliwie wyrywającą się z rąk oprawców? Przecież to mogła być jej Julianna. Znów poprawia derkę, przykrywającą dzieci. Jak mogła by bez nich żyć?
**
W listopadzie zmrok zapada wcześnie. Wóz zatrzymuje się w zupełnej ciemności.   Widać zarys budynków. Pachnie świeżym drewnem, jakby ten dom dopiero wybudowano, specjalnie na ich przyjazd. Z wnętrza  bucha przyjemne ciepło. Zdaje się, że piec kaflowy jeszcze całkiem nie wystygł. Przytulają się do ciepłych kafli. Mama układa Edmunda na ławce za stołem. Zasnął na wozie,  ani pokrzykiwanie wozaków, ani rozpakowywanie tobołków, go nie obudziły. Woźnica życzy powodzenia, a może szepcze "Boże, zmiłuj się nad nimi" i znika w ciemności. Jeszcze chwilę słychać człapanie kopyt w grząskim gruncie.  Wiatr niesie wilgotne zimno. Kobieta zamyka drzwi i rygluje je od środka.
*
W wątłej księżycowej poświacie widać  zarysy kuchennych mebli. Najwięcej miejsca zajmuje piec z dużym okapem, na którym Agnieszka znajduje zapałki. Płomyk lampy naftowej przez chwilę drży, by uspokoić się po opadnięciu wyszczerbionego klosza.
Wszystko wygląda tak, jakby ktoś w pośpiechu opuścił dom. Zostawił suche szczapy w koszu obok pieca. Wielki garnek z ziemniakami stoi na blasze. Na stole dzbanek z kakao. To stąd ten słodkawy zapach, który roznosi się w powietrzu.
Kobieta dokłada kilka szczap do paleniska i dmucha do środka pieca. Po chwili drewno zaczyna wesoło trzaskać pod blachą. Między kuchnią a pokojem za podwójnymi drzwiami jest kaflowy piec. Cała kaflowa ściana, dająca ciepło.  Kładą się na dwóch łóżkach. Prawdziwe łóżka, z pościelą. Oczy zamykają się same. Na reszcie koniec  tej podróży. Są już na miejscu, chociaż jeszcze nie wiedzą jak ono wygląda. Mościce, taki dostali przydział.
**



Wydaje się, że to tylko moment, przymknięcie powiek, a w pokoju jest już jasno. Matka siedzi przy stole w kuchni, z głową wspartą na rękach.  Starsze dzieci przyglądają się jej spod pierzyny i nie wychodzą, dopóki nie przestanie płakać. Pachnie gotowanym mlekiem, co powoduje skurcze żołądka. Głód towarzyszył im przez cała tę przymusową podróż. W koszarach w Chełmie jedzenie było tak niedobre, że jedli tylko czarny chleb i popijali słodką herbatą.
Na śniadanie jest chleb i mleko w obtłuczonych kubkach. Całe szczęście nie odebrano im noża, zabranego z domu, inaczej chleb trzeba by rwać z bochenka. Zostawiono dla nich kilka naczyń, drewniany skopek do dojenia mleka w obórce. Ze sztućcami jest jednak krucho. Pakując pospiesznie najpotrzebniejsze rzeczy nie pomyślała o sztućcach.
Przez okno  widać  Bug za domem i mały sad nad stawkiem. Domy ciągną się wzdłuż drogi aż na Grądy. W każdym domu osadzono takich jak oni, wysiedleńców. Ludzie wciąż chodzą drogą, w tą i z powrotem, jakby czegoś szukali. Kogoś znajomego, jakiegoś punktu zaczepienia w tej niepewności. Przerażone twarze dorosłych, przeważnie kobiet, których mężowie nie wrócili z frontu. I dzieci, pełno  dzieci, które najszybciej zadomowiły się i biegają teraz między domami.
*

Matelankę, wysiedloną wraz z nimi z Sarbinowa, znajdują w domu nieopodal. Ten dom też wygląda na nowy, ale jest prawie całkowicie wykończony. Kobiecie dokwaterowali mężczyznę z synem. Są skrępowani przymusowym wspólnym gospodarstwem. W porównaniu z domem nad stawem ten jest położony trochę wyżej i dalej od rzeki. Sąsiedzi z Sarbinowa, Jędrzejczakowie, mieszkają daleko, na drugim końcu wsi, tuż obok szkoły, którą prowadzi pan Dąbrowski.
Franek Wiśniewski odnalazł ich po kilku dniach. On z matką zostali zakwaterowani w Sojówce. Mówił, że mama wciąż płacze po Kaziu i Jadzi. Zobaczył ich obejście i obiecał wrócić, żeby pomóc. Mama poczęstowała go resztką kakao, które stało na stole w dużym dzbanku, jakby na powitanie nowych mieszkańców.
*
Ledwie tu przyjechali,  a już dogoniła ich wiadomość, że w Swarzędzu zmarła matka pni Mateli. Kobieta dostała pozwolenie na wyjazd i obiecała zrobić wszystko, żeby tu nie wracać. Agnieszka z trójką dzieci przenosi się na jej miejsce, bo dom bezpieczniejszy i wykończony, a stoi teraz pusty. Zabierają wszystko, co mają. Także krowę i kury. Przez moment mają dwie krowy, swoją i odziedziczoną. Niestety,  krowa postanawia wrócić do swojej starej obórki. Udaje jej się sforsować drzwi i wyjść na łąki. Jest mroźny grudzień. Zwierzę zdycha po kilku dniach, a mieszkańcy rozdzielają między siebie mięso. Miejscowi starają się pomóc przesiedleńcom w oswojeniu się z nowymi warunkami. W tej części wsi  są jednak sami wielkopolanie, wszyscy równie biedni i równie zagubieni.
**
Dom, w którym zamieszkali jest zupełnie inny niż ten, który zostawili w Sarbinowie. Drewniany, przejściem połączony z oborą, a dalej ze stodołą, wszystko pod strzechą. całość na nasypie ziemnym, miejscowi mówią, że to terpa. I że niedługo zobaczą, po co takie się usypuje. Na wyposażeniu jest też płaskodenna łódka.
Tu wszystko wygląda inaczej. Łąka jest za domem, a do pola trzeba aż do Lisznej iść.  Przynależny do gospodarstwa, kawałek lasu, z którego można brać drewno na opał, jest aż za Sławatyczami. Słomy i siana dla krowy  w stodole niewiele. Matka nie wie, jak do wiosny przetrzymają. Krowa to w zasadzie  jedyna żywicielka. Po przydział  chleba trzeba jechać aż do gminy.
*
Od miejscowych dowiedzieli się, że cała ta opuszczona część wsi, w których zakwaterowano wysiedlonych, opuścili olendrzy, volks listy podpisali, powołali się na niemieckie pochodzenie, chociaż słowa po niemiecku nie umieli. Wywieziono ich na nasze miejsce do Wielkopolski lub dalej, w głąb Niemiec. I wszystko pozwolono im zabrać. Każdy dostał wagon do dyspozycji i czas na spakowanie.
Dlaczego tamci, olendry,  wszystko ze sobą zabierali, skoro oni musieli dla nich zostawić w domu cale wyposażenie. I talerze z namalowaną na środku baletnicą. I dzbanki w granatowe groszki, na mleko i śmietanę. I garnki i patelnie, co wisiały nad piecem. Nawet widelce i łyżki zostały w kredensie.  Kowal we wsi został, żeby tym nowym mieszkańcom zapewnić obsługę.
Ta pani,  podarowała im trzy łyżki. Ktoś inny przyniósł patelnię, trochę pogiętą, ale się przecież nada. Do tego dołożył na początek masła w garneczku, który też będzie można wykorzystać.
*
Wciąż wracają do nich wspomnienia z obozu z Łodzi. Chyba przez wszy, których się tam nabawili i które uprzykrzały im życie. Nie było warunków, żeby  się umyć, a latryny tak śmierdziały, że lepiej było wstrzymywać oddech. Tu to chociaż świeże powietrze, jak to na wsi. I coraz bardziej swojsko, bo wszyscy w podobnej sytuacji, więc o pomoc łatwiej. Zwłaszcza miejscowi pomagają chętnie. Bo co te kobiety z małymi dziećmi mogą same zrobić ?
- Jak długo tu zostaniemy? - to najczęściej zadawane pytanie.
**
Minęło już kilka tygodni, od kiedy zabrano ich z domu i przesiedlono na drugi koniec kraju. Spadł śnieg. W nocy matka obudziła najstarszego syna i kazała biec po sąsiadkę. Pani Helena przegoniła dzieciaki do kuchni spać, na ławę, a sama zamknęła się z gospodynią w pokoju. Rano przyjechał pan doktor. Mama była bardzo blada. Lekarz powiedział, że musi odpoczywać, bo straciła dużo krwi. Od tego dnia przestała się uśmiechać, nie chciała nic jeść. I była okropnie chuda, jak nigdy wcześniej.
- Musisz jeść, kobieto - przekonywała sąsiadka, która troszczyła się teraz o dzieci - Skąd siły weźmiesz, by ziemię obrobić i zadbać o dom? Masz trzy zdrowe dzieciaki, musisz dla nich być silna.
Na przedwiośniu dowiedzieli się, po co jest łódka przy każdym domu i jak trzeba uważać, żeby z niej nie wypaść do lodowatej wody. Nie wiedzieli, że tu wszystko tak zmyślnie jest zrobione i jak woda przyszła to gospodynie zaczęły w panice  kury na stryszek wynosić. A nie zawsze trzeba było, bo budynki położone są wyżej i woda jak nachodzi i schodzi, to te terpy tylko obmywa i nic im nie szkodzi.
**

Łódka była niezbędna by w czasie wylewania Bugu dostać się do kościoła, szkoły, w ogóle do drogi. Chociaż akurat do szkoły to im się nie spieszyło. Staszkowi pchanie łódki najlepiej idzie, chociaż ma dopiero osiem lat. Oczywiście kilka razy się skąpał zanim zrozumiał, jak trzeba wiosło trzymać, gdzie w łódce stać i jak dziób kierować. Ale żadna technika nie pomoże jak  kolega uderzy z tyłu w twoją łódkę. A potem, mimo że jesteś cały mokry i zziębnięty, koniecznie musisz mu odpłacić tym samym. Matki nie raz ręce załamywały, co te chłopaki wyczyniają.
Dzieciaki wiedzą już, że trzeba mamie pomagać, a przynajmniej nie dostarczać jej utrapienia. Sołtys Ryl daje Stanisławowi zatrudnienie. Za pomoc w gospodarstwie, zwłaszcza przy koniach, może zawsze coś dostać, co się w domu przyda. Za pracę w mleczarni dostawało się serwatkę.
Dzieci w ogóle szybko przystosowały się do nowego miejsca. Nie obciążone wspomnieniami i przywiązaniem do przeszłości lepiej radziły sobie z rozłąką.  Zwłaszcza, że Mościce były dla nich niczym wspaniały plac zabaw. Łódki na rozlewiskach Bugu. Chodzenie na ryby, których było tyle, że w kosze wpadały jedna po drugiej. Latem, gdy komary cięły jak oszalałe, najlepiej było w wodzie siedzieć, a stawów we wsi nie brakowało. Stanisław swoją przygodę z pływaniem o mało życiem nie przypłacił. Skoczył z mostku do wody i okazało się, że gruntu nie ma. Całe szczęście, że go na brzeg wyciągnęli.
**
U Szczura na gospodarstwie pozwolili im zabrać obierki wyrzucane z kuchni. Kobieta starannie wybiera te z oczkiem, bo mówi, że to wystarczy, żeby ziemniak urósł. Wkopują je na przygotowanym polu. Konie do orki pożyczają z innych gospodarstw. Na drugiej części pola proso posiane.
Na łąkach suszyło się siano. Agnieszka radziła sobie jak mogła, ale przyjmowała z wdzięcznością każdą pomoc, którą oferował Franek Wiśniewski, ich sąsiad jeszcze z Sarbinowa czy ktoś miejscowy.
Jesienią kobiety zaprawiały owoce z przydomowych sadów. Robiły wszystko, żeby uniknąć głodu w zimie. Najgorsza była dla nich pierwsza zima po wysiedleniu, do której nie mogli się przygotować. Chodzili też na grzyby, do lasów na Sojówce. Pożyczonym od pana Ryla od państwa Norkowskich koniem i wozem zwozili drewno ze swojego lasu. To było ich zabezpieczenie przed zimnem.
Co kilka dni piszą i dostają listy. Głównie od babci, tej z Poznania i tej z Daszewic.
Babcia Marianna w Poznaniu żałuje, że nie została wywieziona z nimi, bo w Poznaniu strasznie i biednie, a na wsi to zawsze można coś wyhodować.
- Tu starzy mrą jak muchy, mamo. Nie przetrzymałabyś nawet tej drogi tutaj.
W końcu listonosz  przynosi list od ojca rodziny, od Feliksa. Dobre wieści. Przez kilka miesięcy Feliks był jeńcem w niemieckim obozie, ale teraz już przydzielili go do pracy na gospodarstwie i całkiem dobrze mu tam w Niemczech. Na tym samym gospodarstwie jest jeszcze dwóch , byłych jeńców. Poza nimi, w kuchni, dziewczyna  też z Polski.
**
Stanisław, a potem jego siostra Julianna, chodzą do szkoły, otwartej w prywatnym domu na końcu wsi. Uczą się po polsku. Dzieci wysiedleńców i miejscowi. Przyjaźnią się z dziećmi Tomaszyków, po sąsiedzku mieszkają też wysiedleńcy - Krysia, Danusia i Zenon. Czasem trudno się dogadać. Wielkopolanie z niemieckimi naleciałościami w potocznym języku i mieszkańcy Mościc z naleciałościami wschodnimi.
W 1941 roku na lewy brzeg Bugu przesiedlono prawobrzeżne Mościce. Wybór był oczywisty, gdy za rzeką będzie teraz Związek Radziecki - albo Generalna Gubernia albo Syberia. Nazwano to wyborem. Przesiedleńcom pozwolono zabrać wszystko, tylko że pomagający im żołnierze nie zadbali o mienie i na nowe miejsce docierały połamane krzesła, uszkodzone szafy, potłuczone talerze.
Ludzie jednego dnia płaczą a drugiego obiad w nowym domu gotują. Wyjścia nie ma.
**
Gdy wszyscy osiedli już, życie toczyło się wiejskim rytmem, podporządkowanym porom roku. Wiosną koszona trawy, obsiewano pola, sadzono ziemniaki. Latem był czas żniw. Jesienią - robiona zapasy na zimę. Zimą czekano na wiosnę.
Mieszkańcy Mościc zdają się być pogodzeni z losem, obojętni.
Z wiosną w Sławatyczach zrobiło się niespokojnie. Dzielnicę żydowską zamknęli. Już nie można było chodzić masła u znajomej Żydówki odsprzedawać w zamian z nici i inne potrzebne rzeczy. Za pomaganie Żydom poza gettem groziła kara śmierci. Nawet wtedy, gdy się samemu nie pomagało, ale wiedziało, że ktoś pomaga.
Julka widziała jak jeden gospodarz z obórki małego Żyda, uciekiniera z getta, wywlekł za kark i kazał mu się wynosić, bo on nie ma zamiaru całej rodziny narażać. Ten chłopak nawet się za siebie nie obejrzał, tylko czmychnął między wierzby. We wsi mówiono, że nocami ludzie przemykają polami, w zbożu, do lasów.
**
Aż którejś letniej niedzieli 1942 roku , gdy uczestniczyli w sławatyckim kościele we mszy, w miasteczku słychać było strzały. Gdy drzwi się otworzyły na ulicy żołnierze palili papierosy, stojąc wsparci na broni. Widzieli pomordowanych, leżał właściciel sklepu bławatnego i pani, która od nas w getcie masło kupowała. I jej córeczka, może trzyletnia obok niej, z rozwaloną głową. Więc, nie rozglądając się, wrócili do Mościc. W nocy nad Sławatyczami widać było łunę. Jakby całe miasto płonęło. Idąc na religię do kościoła widzieli, że cała zabudowa po lewej stronie drogi, schodząca do Bugu od drogi obok cerkwi aż do młyna, spłonęła. Po tym wydarzeniu postanowiono urządzić wszystkim dzieciom wspólną Pierwszą Komunię Świętą. To podczas przygotowań do niej, ktoś powiedział, gdy skończą z Żydami wezmą się za nas.
W maju 1943 roku, po uroczystej mszy, w ogrodzie przy plebani rozstawiono stoły nakryte białymi obrusami. Były placki i kompot. I fotograf, który robił zdjęcie każdemu dziecku  i wspólne też.
*
W końcu, na urlop, przyjeżdża z Niemiec Feliks. Przywozi Stanisławowi ustną harmonijkę. Wygląda całkiem dobrze, więc z przerażeniem patrzy na swoją zabiedzoną żonę.  Bierze się do roboty, do tych wszystkich męskich prac, które na co dzień muszą wykonywać sami. Przede wszystkim ścina drzewa i, pożyczonym od sołtysa Ryla wozem, zwozi je i układa za stodołą. Jednocześnie stara się o przeniesienie do Mościc. Zwłaszcza po tym, co usłyszał o likwidacji ludności żydowskiej.  Agnieszka opowiada jak uciekinierów dobijali na łąkach nad Bugiem, obojętnie czy to mężczyźni, kobiety czy dzieci. Słyszeli też o obozie śmierci w Sobiborze. I to straszne zdanie
- Gdy z nimi skończą to się za nas wezmą, bo po co by nas tu zwozili.
Feliks uznaje, że  co za różnica, gdzie będzie pracował - tu i tam Niemcy. Pani Norkowska z komendanturze w Sławatyczach stara się coś załatwić. Ale poza przedłużeniem urlopu niczego nie wskóra. Feliks musi wracać. Wiedzą, że Niemcy walczą z Rosjanami i że wojna musi się wkrótce skończyć. Znów zostają sami.
**
Ofensywa ruszyła zimą 1944. Wszystkim mieszkańcom domów nad Bugiem kazano się przenieść na ten czas do domów po drugiej stronie drogi. W nocy nadleciały samoloty. Strzały były i hałas okropny, ludzie głośno się  modlili. Jeden pocisk spadł w pobliżu. Przez stodołę skosem przeleciał, wypchnął kilka snopków na podwórko i upał na łąkę.
Na drugi dzień, po przejściu frontu,  chłopcy pozbierali niewybuchy. Odkręcili z tych końcówki z przypominających cygara pocisków i stawiali na lód na Bugu. Skakały  jak żywe. Bawił się tak, dopóki ktoś ze starszych  nie zauważył i kijem po tyłku nie nastrzelał, do domu zagonił.
Podczas tego ostrzału ich spłoszona krowa przeszła przez Bug i rozpaczliwie wieczorami ryczała na łące, po drugiej stronie rzeki. Pan Chorąży zdecydował się pomóc Agnieszce i popłynęli po zwierzaka na tamten brzeg. Mućka dała się złapać i wróciła cała do obórki.
Pociski nie były jedyną pamiątką po przemarszu wojsk. Przy drodze do Lisznej Stanisław widziała trupa żołnierza. Wkrótce zniknęły jego buty i płaszcz. A potem reszta rzeczy. Tu od dawna nikt porządnych butów nie miał.
Front przeszedł i nikt już spokojnie nie mógł usiedzieć na miejscu. Niecierpliwi ruszyli najwcześniej, jak tylko się w marcu trochę cieplej zrobiło. Franek Wiśniewski z mamą pewnego dnia do nich przyjechali i postanowili razem ruszać. Ktoś mówił, żeby formalności dopełnić, wymeldować się w gminie, ale nikt już tego nie słuchał. Pożegnali się z sąsiadkami, które dzieliły się przez te lat czym miały z wysiedleńcami. Jędrzejczakowie, w których gospodarstwie był koń, postanowili ruszać z powrotem wozem.
**
Znów, po pięciu latach, wozy miejscowych ciągnęły drogą wzdłuż Bugu , tym razem w drugą stronę. Kazano im do Włodawy jechać, bo tam pociągi mają ruszać w kierunku Warszawy. Na dworcu ludzi tłum, każdy chce wsiąść i ruszać. Pakują się na wagon towarowy, na którym jadą części mostu.
*
Dziury zapycha mama  tobołkami i tak siedząc na środku i trzymając się wzajemnie jadą na zachód.
Mijają Warszawę, gdy rozchodzi się  informacja między pasażerami, że ten pociąg nie jedzie do Poznania tylko gdzieś na Prusy Wschodnie i muszą wysiąść. Pociąg zwalnia, ale nie zatrzymuje się. Skaczą w biegu. Wracają pieszo do Warszawy. Skąd te wszystkie informacje są, nie wiadomo, ale mają iść na Warszawę Zachodnią.  Ruszają milczącym pochodem, z tobołkami, przez stolicę. Kikuty budynków nadal płoną. Pod nogami tylko gruz. Po kilku godzinach marszu Edmundowi rozpadają się buty. Na pół bosy dociera do miejsca, gdzie będą przez dwie doby czekać na pociąg do Poznania.
Ludzie okoliczni przynoszą na mleko i kompoty. Między oczekującymi chodzą żołnierze rosyjscy.  Nocą zdarzają się naloty. Kwiecień jest wyjątkowo ciepły i mimo, że nocą marzną, to w dzień ogrzewa ich słońce.
*
Na wagony z osmołowanymi słupami telegraficznymi pakują się jak do wagonów orient ekspresu. Pociąg toczy się raz szybciej raz wolniej, a my chłopaki gonią się po tych słupach, przeskakując między wagonami. Dorośli przestali reagować, a może widok spalonych domów i zniszczonych gospodarstw, które mijamy po drodze powoduje, że zastanawiają się co zastaną na miejscu. Do czego wracają? Wojna się przecież jeszcze nie skończyła.
*
Wykorzystują to, że pociąg zatrzymuje się w Krzesinach i wysiadają, a z nimi rodzina Wiśniewskich. Wspierali się przez te pięć lat i może teraz będzie okazja się odwdzięczyć. Mama i Stanisław idą do Daszewic, do dziadków Skrzypczaków. Zaraz z rodzinnego domu wysyłają po resztę wóz. Kożuch, który był ratunkiem przed chłodem, ale i siedliskiem wszy i wszelkiego robactwa, ląduje w ognisku za stodołą. Spalona pamiątka po pięcioletniej tułaczce. W końcu mogą się umyć, najeść i odpocząć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz