sobota, 14 grudnia 2019

W obcym mieście

… czyli dlaczego lepiej nie pytać o drogę.


Nie po raz pierwszy los i sprawy urzędowe zawiodły mnie do obcego miasta. Jako, że na planach miasta z ulicami rozeznać się trudno uważam, że najlepiej zapytać przechodnia. Trzeba znaleźć takiego, co wygląda na miejscowego. Na Pomorzu najlepiej, żeby był ogorzały od słońca i wiatru. Ale nie tak ogorzały, jak  Wilk Morski, bo taki może cię pokierować przez morza i oceany, a niekoniecznie przez najbliższą dzielnicę.
Rozglądam się i oto jest! Kobieta, ale nie należy wybrzydzać. Ogorzała, ale tak w sam raz. Strój miejski,  nonszalancko rozchełstany prochowiec i buty na wysokim obcasie.
- Przepraszam, pani miejscowa ? – zagaduje z dość daleka, żeby nie poczuła się napadnięta. Zawsze oswajam obcych ze swoją osobą z pewnej odległości. Zanim wzrok złapie ostrość, kontakt został nawiązany i mimo niejakiego obrzydzenia udzielają informacji.
- A co pan ma na myśli ? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, co powinno włączyć u mnie dzwonki alarmowe i wsteczny bieg, ku komuś innemu, bardziej normalnemu.
- Czy pani stąd … może? – precyzuję krótko
- Morze?  Nie, panie, morze to raczej nie stamtąd, raczej stamtąd? – wskazuje na północ.
Już wiem, że łatwo nie będzie, ale coś każe mi brnąć w tę konwersację.
- Nie, nie. Czy pani zna to miasto? – gorączkowo szukam precyzyjniejszych określeń.
- To miasto, i to morze, znam jak własne podwórko, jeśli mogę się tak wyrazić. – uśmiecha się i dumnie prostuje się na całą swą, niewielką w sumie, wysokość.
- No to świetnie – ucieszyłem się zupełnie jawnie, żeby dodać naszemu przypadkowemu spotkaniu trochę ciepła – To może wskaże mi pani drogę na ulicę Kościuszki?
Zamyśliła się chwilę. Dłuższą chwilę. Widać, że stara się nie pomylić niczego i precyzyjnie wyznaczyć kierunek. To dobrze wróży. Chociaż „wróżyć” w kontekście poszukiwań adresu, to nie jest najlepszy sposób działania.
- Na Kościuszki? To nie wiem, bo tę ulicę zlikwidowali. – oznajmia nagle
- Jak to zlikwidowali? 

wtorek, 11 czerwca 2019

Wysiedleni - życie na wygnaniu

Końska derka drapie, ale daje trochę ciepła. Wozy toczą się od kilku godzin wzdłuż rzeki. Woźnica mówi, że to Bug. Rzeka raz oddala się od drogi, innym razem zdaje się ją podmywać. Kilkudniowa podróż w nieznane dzisiaj dobiega końca. Marzą o ciepłym miejscu do spania. Własnym łóżku. Po przegniłej, zawszonej słomie łódzkich hal fabrycznych czy pryczach chełmskich koszar, wszystko będzie lepsze. Agnieszka Komosińska  okrywa szczelnie trójkę dzieci, zakopane w słomie na wozie. Sama poprawia na ramionach kożuch, który podał jej żołnierz, gdy opuszczała swój dom.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje  łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna,  dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.

piątek, 29 czerwca 2018

Jarmark w Grzymałowie

Cztery razy do roku w mieście, od nazwiska właściciela Grzymałowem zwanym, a dla mieszkańców Swarzędzem pozostałym, odbywają się jarmarki. Prawem królewskim ustanowione na Małgorzaty po 13.lipca, na Marcina po 11.listopda, na Mikołaja po 6.grudnia i po Wielkanocy w pierwszą niedzielę. Wielki to przywilej jarmarki organizować. Opłaty od handlujących do kasy miasta wpływają. Zgodnie z punktem  dwudziestym drugim aktu lokacyjnego w miasteczku pozostać mają i na rozbudowę miasta przeznaczone być muszą.

Gwar podczas jarmarku w mieście i zamieszanie wielkie. Po wschodniej stronie rynku, na wyznaczonych miejscach, kramy i wozy handlujących stają. Żydzi, na co dzień na północnej stronie rynku, na parterze kamienic w sklepikach handlujący, także ze swoim towarem na rynek wychodzą.
W przeddzień jarmarku targ zwierząt hodowlanych się odbył. Od 1507 roku targi po wsiach zakazane , więc z okolicznych wiosek z końmi, bydłem i nierogacizną do Swarzędza na targ ściągnęło z 50 chętnych. Jedni drogo sprzedać swoje bydło i nierogaciznę, po urodzajnym roku dobrze odkarmione, przybyli. Inni chcieli tanio konia do gospodarstwa nabyć, albo trzodę w gospodarstwie na targu uzupełnić.
Targ na Świętego Marcina zawsze przyciąga dużo ludzi. Zewsząd do miasta spieszą. Prace w polu zakończone, plony zebrane, pieniądze zarobione.  I z wiosek okolicznych i z niedalekiego Poznania, stolicy prowincji, handlarze i kupujący do Swarzędza przyjeżdżają. Na czworoboczny rynek, prostopadłymi ulicami, z każdej strony świata tłum się wlewa.

Pogoda tego roku jarmarkowi sprzyja. Słoneczna niedziela, chociaż powietrze rześkie i wilgotne, jak na listopad przystało. Wiatr, który wczoraj drzewami obok ratusza szarpał, dzisiaj się uspokoił. Dzięki temu kramy można było spokojnie rozstawiać i towar rozkładać.
A czegóż tu nie ma ? Grzymałowo tkactwem na cała okolicę słynie, więc najwięcej tu kramów z tekstyliami. Materiały tkane w belach leżą. Ale i ubrania gotowe na kramach wiszą. Handluje się też futrami i skórą, a także butami z tejże wykonanymi. Wyroby z drewna, gównie do gospodarstw domowych potrzebne, w niewielkiej ilości , ale też się pojawiają.
A ze wsi żywności wszelkiej nazwożono pełno. Z prawej strony placu targowego furmanki zaprzężone w konie stoją, a na nich worki z ziemniakami i brukwią. Nawet młynarz na wozie pełnym worków z mąką siedzi. Worki w razie potrzeby rozwiązuje i klientowi swój towar zachwala. Obok wiejska gospodyni, obstawiona koszami jajek, do zakupu nawołuje. Na wozie za nią powiązane żywe kury i kaczki leżą.
Z Poznania handlarz przyjechał z wyrobami żelaznymi. Sztućce , garnki i patelnie, a także pogrzebacze do pieca na straganie porozkładał.
Kuglarzy i muzykantów jarmark także przyciąga. Ci pierwsi sztuczki pokazują i tych co się wciągnąć dają oszukują okrutnie. Zanim się biedak zorientuje już zarobionych groszy się pozbywa i zamiast z towarem z pustą torbą i wstydem do domu wróci.
Między kramami ludzi kręci się moc. Kucharki przyszły po świeżą żywność ze wsi. Mieszczanie futra i ciepłe buty oglądają; wkrótce zima przyjdzie, więc ciepły przyodziewek potrzebny będzie. Dzieciarnia nowe miejsce do zabawy sobie znalazła, między wozami się przepycha, co rusz któreś pod wozem się przed innym chowa i z wrzaskiem z drugiej strony wyskoczy. Konia spłoszy, że wozem szarpnie. Drób się wtedy na cały rynek rozwrzeszczy, rzucając się i skrzydłami trzepiąc , z uwięzi próbując się zerwać.
Piekarz swój kram wystawił na północno-wschodnim narożniku rynku. Cała ta ciżba, umęczona targowaniem i przeciskaniem się w tę i z powortem, zgłodniała i chętnie rogala czy obwarzanka kupi, by się wzmocnić i posilić.
Z ratusza na targ włodarz miasteczka łaskawym okiem patrzy. Pilnować wpływu do kasy miasta musi. Cieszy go popularność jarmarków swarzędzkich na cała okolicę. Życzliwym okiem na kupców przybyłych z dalszych stron patrzy. To dla nich na okres jarmarków prawo handlu jest luzowane.
Taki jarmark to okazja, żeby nowe prawa miejscowe i królewskie ludziom ogłosić, więc burmistrz wkrótce przed ratusz wyjdzie i tej powinności zadośćuczyni.

Longina Komosińska

niedziela, 20 maja 2018

II Targi Meblowe 1936

                                                                                                                         Longina Komosińska
Od początku września w Swarzędzu duży ruch. Po dwóch latach znów odbywają się Targi Meblowe. Pierwsze, w 1934 roku, były sukcesem, ale tegoroczne zapowiadają się równie dobrze, a może lepiej.
W ogromnej hali meblowej swoje towary wystawia pięćdziesięciu swarzędzkich stolarzy. Pokazują się zarówno ci, którzy już produkują na eksport, do Niemiec, Holandii czy Gdańska, jak i ci, którzy zdobywają rynek lokalny. Chodzi o to, by drogę od producenta do klienta skrócić i cenę uatrakcyjnić, przez pośredników podnoszoną.
Rozmach przedsięwzięcia ogromny. W dzień otarcia targów autobusy pod halę meblową kursowały co pół godziny. Wydano z tej okazji kolorową broszurę  „Swarzędz – miasto stolarzy”. Artykuły w Kurierze także przysporzyły targom zwiedzających i wystawcom klientów.
Między oczekującymi dzisiaj na otwarcie hali stoi Staszek, uczeń w zakładzie tokarskim. Nie jest  łatwo dostać się na naukę fachu. Czasy teraz trudne. Kryzys dotknął także branże meblarską. Te targi mają na nowo przypomnieć o Swarzędzu i napędzić koniunkturę.

Staszek przyszedł tu dzisiaj sam. W ręku ściska kolorową broszurę, którą dostał od swojego majstra. Trzydzieści groszy na bilet wstępu dała mu matka, bo widziała jak bardzo synowi na zobaczeniu wystawy zależy.
Za kilka minut otworzą się kasy biletowe. Gwar na placu przed halą coraz większy. Czekają już wycieczki zwiedzających z Poznania, a także indywidualni klienci, którzy chcą obejrzeć, na jakie meble moda teraz obowiązuje, albo zainteresowani meblami upatrzonego wcześniej zakładu.
Staszek w kolejce stoi między czeladnikiem z zakładu Jana Szumskiego z Kilińskiego , a nauczycielem z poznańskiego gimnazjum, który swoją klasę na targi przywiózł, żeby młodzież rozwój polskiego rzemiosła na własne oczy zobaczyła.
Chłopak uczy się w zakładzie tokarskim u Bronisława Prałata. Majster go polubił, bo sumienny uczeń z niego jest. O obowiązkach nie trzeba mu przypominać. Wie, co ma robić, a i często poza swoje obowiązki ucznia wykracza. Prałat obiecał mu pomóc w zdobyciu fachu tokarskiego. Ale Staszek po cichu marzy o czymś innym; chce zostać rzeźbiarzem.
Przyszedł na wystawę właśnie po to, by podpatrzyć prace zakładu rzeźbiarskiego.  Czuje, że ma do tego smykałkę; jak tylko jakiś wolny kawałek drewna znajdzie, od razu widzi w nim docelowy kształt, a to anioła, a to kwiatu szarlotki czy róży.
Kasy się wreszcie otwierają, przez chwilę tumult się robi straszny. Chłopak się przeciska między ludźmi, żeby z kolejki nie wypaść i po chwili jest już przy okienku.
- Jeden bilet, za trzydzieści groszy, poproszę – odliczone monety podaje.
- Proszę bardzo – kasjerka monety wsuwa do kasetki i podaje bilet wstępu.
Dla Staszka to w tej chwili przepustka do świątyni stolarskiego kunsztu. Wchodzi do ogromnej hali , pełnej gwaru rozmów zwiedzających, pachnącej mieszaniną zapachu drewna, politury i skór.
Zatrzymuje się przy każdym stoisku. Najpierw są wystawione sypialnie z zakładu mistrza Piątka z ulicy Zamkowej. Szerokie łóżka z wezgłowiem prostym lub rzeźbionym. Przy łóżkach stoją stoliki nocne. Z boku toaletka z ogromnym lustrem, a przed nią tapicerowane na czerwono krzesło z oparciem w tym samym stylu, co wezgłowie łóżka. Na łóżku kapa, na toaletce flaszeczki perfum i słoiczki kremów. Wszystko tak urządzone, z tylko wejść i zamieszkać.
Dalej są męskie pokoje i jadalnie. Duże stoły lub stoły rozkładane. Krzesła, po sześć,  z nogami prostymi lub giętymi. W skórze lub materiałach, od koloru do wyboru.
Największe zainteresowanie budzą w tym roku kuchnie. Praktyczne meble, mieszczą w sobie wszystko – szafki na garnki, półki na talerze, szuflady na sztućce , a nawet przemyślnie wysuwaną deskę do prasowania.
Ale Staszek zmierza do ostatniego stoiska w tej części hali targowej, do wystawy zakładu rzeźbiarskiego mistrza Jerzego Szadro. Przed tym stoiskiem zatrzymują się głównie czeladnicy, stolarze którzy marzą o osiągnięciu takiego kunsztu w swojej pracy.
Nasz bohater też stoi jak zahipnotyzowany. Broszurę, którą trzymał w rękach wsunął za pazuchę i dłońmi dotyka misterne rzeźbione tralki, wezgłowia, oparcia krzeseł. Wodzi palcem po girlandach wyrzeźbionych na drzwiczkach szafek. Podziwia intarsjowany blat stolika do kawy. Nie słyszy szumu z hali, nie słyszy także mistrza Szandro, który stoi naprzeciw swojego stoiska z majstrem Adamem Czarneckim.  Chłopak jest teraz w swoim świecie, słyszy dźwięk dłut, hebli i szum wiór spadających na ziemię w warsztacie stolarskim.
W końcu Jerzy Szandro podchodzi do chłopaka, ale zanim szturchnie go, żeby oprzytomniał i przestał mazać tłustym paluchem po polerowanych meblach, widzi szeroko otwarte oczy ucznia, który chłonie widok całym sobą. Uśmiecha się mistrz pod nosem.
- Ej, chłopcze – mówi łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu. Staszek wyrwany z zadumy wzdraga się i odskakuje.
- Podoba ci się ? – pyta majster.
Chłopak tylko kiwa potakująco głową i wzdycha. W końcu udaje mu się wykrztusić:
- Chyba też bym tak umiał.
- O! – mistrz Szandro wybucha śmiechem. – Taki z ciebie zuch ?  To przyjdź jutro do mnie do zakładu, sprawdzimy co umiesz. Wiesz, gdzie mnie szukać ?
Chłopak znów skinął głową. Mężczyzna poklepał go po plecach i rozbawiony wrócił do swojego towarzystwa.
A Staszek już niczego nie widział i niczego nie słyszał. Jak na skrzydłach z hali meblowej wybiegł i do domu pędził, matce musiał jak najszybciej o swojej szansie powiedzieć.
Drugie Targi Meblowe w Swarzędzu dla miasta i dla Staszka wielką szansą były.

niedziela, 26 listopada 2017

Jadą wozy kolorowe ...


Opisywanie dawnych zdarzeń, miejsc lub postaci przypomina wywoływanie zdjęć w ciemni. Na pustym, białym papierze pojawia się najpierw cień. Po chwili wyłania się zarys postaci, tło, a wreszcie – wyostrza się obraz, domostwa, twarze. Niestety, równie często te obrazy pojawiają się i znikają, blakną, nie dają się odczytać, uchwycić.
Są jeszcze rozmowy ze świadkami czasu. Czasem w opowieści pojawia się zdanie, wątek poboczny, dla opowiadanej historii niewiele znaczący, a w mojej wyobraźni powstaje obraz, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Tak było z informacją, o cygańskich taborach, którzy przyjeżdżały do Sarbinowa. Były to dwie różne opowieści, nie wiem, która bardziej prawdziwa.
Prawdą jest to, że tabory w Sarbinowie się pojawiały, a reszta ... ?
***
Jadą wozy kolorowe …
Józek, jak zwykle, gdy w kuźni nic się nie działo, siedział na trawie, oparty o bieloną ścianę. Wygrzewał się na słońcu. Muchy, które co rusz przysiadały mu, a to na czole, a to na ręce, ogania. Spod daszka czapki, który osłania mu oczy przed ostrym, kwietniowym słońcem, najbliższy rów obserwuje. W  porastających brzegi rowu, krzakach,  ledwie jeszcze  zielenią pokrytych, uwijają się wróble i sikory.  Najpierw trzymają się z daleka od człowieka. Ale wkrótce, uspokojone bezruchem wokół kuźni, zaczynają bliżej podlatywać, na gałęziach bzu , co przy kuźni rośnie,  przysiadać.

czwartek, 19 października 2017

Wysiedleni





Przyszli po nas wcześnie rano, wydawało się, że dopiero położyliśmy się spać. Był październik 1940 roku. Gdy zapukali do drzwi babcia Agnieszka zdziwiła się. Tego dnia sąsiad miał przyjść wcześnie, chciał pożyczyć konia do prac w polu. Ale to było za wcześnie, jeszcze ciemno, zwierzęta nie oprzątnięte, koń nie dostał porannego owsa. Od kiedy nie ma Feliksa wszystko na głowie jednej kobiety.
Otworzyła drzwi pewna, że zobaczy za nimi sąsiada. 
Za drzwiami stał sołtys Sarbinowa  Humke z dwoma uzbrojonymi mężczyznami – żołnierzami niemieckimi. Nogi się pod nią ugięły. Kazali się pakować, zabrać niezbędne rzeczy na drogę, dokumenty, trochę jedzenia i najwyżej jedną kołdrę i poduszkę. Okazało się później, że u każdego wyglądało to inaczej. Innym pozwolono zabrać wszystko, nawet niedosuszone pranie ze sznurka. Zależało to od ludzi, którzy przyszli do gospodarstwa, od ich dobrej woli i wrażliwości.  Razem z nimi, jako pierwsi wysiedlani byli sąsiedzi Jędrzejczakowie oraz rodzina Wiśniewskich i Matelanka.
Agnieszka budzi dzieci. Trzęsącymi rękami pakuje do tornistra Stasia jedzenie . Mały, trzyletni,  Edmund wybudzony z głębokiego snu, nie chce wstawać. Pakuje się z powrotem do łóżka i zasypia. Naprędce spakować , to co jest najważniejsze, to co się przyda . Co jest najważniejsze ?
Nie byli na to przygotowani, na to, że po nich pierwszych przyjdą. Co z nimi będzie ? Co z dziećmi ? Jak i gdzie zostawić wiadomość dla rodziny? Jak my się odnajdziemy ? A Feliks? Skąd będzie wiedział , gdzie ich szukać ?
Czas biegnie. Kobieta ubiera dzieci , 7-letniego Stasia, 5-letnią Julkę i 3-letniego Mundka. Stasiowi zakłada szkolny tornister. Była taka dumna, gdy kupowała mu go na jesieni; pierwsze z jej dzieci szło do szkoły. Teraz jest wypchany jedzeniem na drogę. Każe mu go pilnować i pilnować Julki. Sama zabiera najmłodsze dziecko i spakowany tobołe . Wychodzą w chłód jesiennego poranka. Jeden z mężczyzn pomaga załadować na wóz związaną kołdrę i poduszkę.
We wsi słychać szczekanie psów. Furmanka stoi przed bramą. Taka sama furmanka i żołnierze są u sąsiadów, państwa Jędrzejczaków. Pakują się na wóz i ruszają z górki, na których stoi ich dom, w dół, do głównej drogi. Powoli na drodze do Swarzędza formuje się ponura kolumna. Psy wyczuwają napięcie.  Gdy wozy ruszają słychać wycie psów, których właściciele opuszczają domostwa. Gdzie i na jaką poniewierkę ? W tej chwili nie wiadomo. Tak jak i tego, dlaczego właśnie ich wysiedlono jako pierwszych ? Czy to dobry sołtys Humkę skazał kobietę z trójką małych dzieci na poniewierkę ? Czy komuś właśnie te gospodarstwa wydały się odpowiednie dla Niemców, sprowadzonych do Kraju Warty. Potem okaże się, że inni gospodarze nie będę wysiedlani w lubelskie. Pozostaną na miejscu, np. w Daszewicach po drugiej stronie Poznania.
Zaczyna się rozjaśniać , gdy wjeżdżają do Swarzędza. Robi się coraz większy ruch, furmanki z takimi jak oni nieszczęśnikami, zjeżdżają z różnych stron na miejsce zgrupowania. Przed budynkiem, obecnie stoi tu Hala Meblowa na skrzyżowaniu Jasińskiej i Cieszkowskiego, stoją autobusy. W hali spotykają się sąsiedzi z jednej wsi. Chcą trzymać się razem, ale w tym tłumie i tumulcie, powstałym przy wsiadaniu do autobusów, staje się to niemożliwe. Agnieszka z Edmundem zostaje rozdzielona ze starszymi dziećmi Stasiem i Julką . Staś trzyma siostrę mocno za rękę, ale ta zaczyna płakać. Spychani są do innego autobusu niż mama. Sytuacje zauważa Kazimierz Wiśniewski, łapie dzieci i zanosi je do mamy. O dziwo nikt z pilnujących nie reaguje.
Autobusy ruszaj w kierunku Poznania. Wysiadają z nich w okolicach hal targowych przy Grunwaldzkiej i idą na dworzec PKP. Podjeżdżają pociągi z kierunku Piły. Wysiedleńcy mają wsiadać do wagonów. W jednym przedziale Agnieszka z dziećmi i rodzina Wiśniewskich; kobieta z trójką dorosłych dzieci pomaga matce z trójką maluchów. Starają się nie rozdzielać. Na peronie wojsko niemieckie pilnuje porządku. Ludzie na peronie płaczą, nawołują się, taszczą swój dobytek, większe i mniejsze tobołki przepychają przez wąskie drzwi i przejścia . Dobytek całego życia, to co ważne, to co potrzebne, to o się przyda, co pozwoli przeżyć.
W przedziale rozmawiają o tym, co ich czeka, co będzie, dokąd ich zabierają, co będzie na końcu tej podróży. Dzieci siedzą przytulone do boku matki. Mundek zasnął na jej kolanach.
Gdy peron jest już pusty, a ludzie zajęli przedziały i ulokowali nad głowami swoje bagaże otwierają się drzwi. Do przedziału wchodzi Niemiec w cywilu, pewnie urzędnik, za nim żołnierz pod bronią. Wskazuje na Kazimierza, Franka i Jadwigę Wiśniewskich, każe im wychodzić . W pociągu robi się szum, ludzie głośno protestują , płaczą. Pani Wiśniewska też płacze, zostaje sama, rozdzielają ją z dziećmi. Jak oni dadzą sobie radę, jak ona sama da radę tam, gdzie ją zawiozą ? Niemcy patrzą na rozpaczającą rodzinę, zamieniają kilka zdań po niemiecku między sobą. W końcu ten po cywilnemu pozwala zostać najstarszemu synowi, Frankowi. Pozostała dwójkę zabiera ze sobą. Dorośli płaczą. Dzieci, nie wiedząc co się dzieje, też zaczynają płakać. Dojmujące poczucie braku wpływu na swój los.
Na peronie widać rosnącą grupę młodych ludzi , otoczonych kordonem żołnierzy. Nie wolno otwierać okien wagonów. Ludzie rzucają się do zamkniętych okien, żeby popatrzeć, żeby chociaż w ten sposób pożegnać się z najbliższymi.
- Dokąd ich zabierają ?! – to pytanie powtarzane z ust do ust biegnie przez przedziały i wagony. W końcu nadchodzi odpowiedź
- Młodych, silnych, sprawnych zabierają na roboty .
Ludzie się trochę uspokajają. Ale po chwili pojawia się niepokojąca myśl – to co zrobią z nami, niezdolnymi do pracy, małymi dziećmi ? U niektórych pojawia się już zrezygnowanie.
Rozlega się gwizd , lokomotywa szarpnęła , wagony powoli zaczynają się toczyć. Na peronie młodzi ludzie zaczynają się zwracać w stronę pociągu, iść wzdłuż peronu, to niepokoi żołnierzy, wyżej podnoszą broń, zacieśniają kordon i zaczynają spychać Polaków do zejścia z peronu . To ostatni obraz, który widzą odjeżdżający. Pociąg opuszcza dworzec.

Ciag dalszy :
Życie w Mościcach