piątek, 24 grudnia 2021

W cichą, swarzędzką, noc…

Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej pory nie chciały odchodzić od widoku wymoszczonego sianem żłóbka, skrzydlatych aniołów, strojnych królów, skromnych pastuszków, czuwających u swych trzód.
Joanne nie dziwiły zachwyty dzieci. Sama czuła się przy bożonarodzeniowych szopkach jak mała dziewczynka. Podziwiała kunszt wykonania i detale, które pozwalały wyobraźni jeszcze raz uwierzyć w Narodziny w ubogiej stajence na pustyni.
Kościelny, gasząc światła, dal jej do zrozumienia, że czas już kończyć kontemplacje. Sam marzył o tym by wrócić do domu, dołożyć polan do dogasającego kominka i siąść w nocnej ciszy pod choinką, którą tego ranka dekorował kolorowymi bombkami z pięcioletnim wnuczkiem.
Kobieta wyszła przed kościół. Śnieg okrył krajobraz białym puchem, jak kołdrą utulił zziębnięte drzewa. Podświetlone światłem latarni, wyglądały spod śnieżnych czapek czerwone twarzyczki jarzębinowych korali. 
Uważnie stawiała stopy, schodząc na parking, na który opadały niespiesznie płatki śniegu. Ostrożnie ruszyła autem i bezpiecznie zjechała na ulicę. Ale gdy tylko mocniej przycisnęła pedał gazu, samochód stracił przyczepność i zaczął zakosami płynąć w dół. Na zakręcie odbija kierownicą w prawo i zjechała z drogi. Kia sunęła jeszcze chwilę w dół parkową alejką, by w końcu znieruchomieć w pryzmie śniegu.

– Świetnie! – syknęła, uspokojona, że przygoda tak się zakończyła.
Reflektory oświetliły zamarzniętą taflę jeziora. Obserwowała przez chwilę gęsto padające płatki śniegu, gdy nagle w snopie światła, jak w blasku scenicznych reflektorów, pojawił się łyżwiarz.
„ To niebezpieczne” – zdążyła pomyśleć, gdy pojawił się kolejny, jeszcze jeden i wkrótce jezioro zaroiło się od wirującej w płatkach śniegu młodzieży.
Niektórzy z chłopców mieli w rękach płonące pochodnie. Wełniane kurtki z futrzanymi kołnierzami i takież czapki. To musiała być jakaś inscenizacja.
„Lata dwudzieste , lata trzydzieste” – pomyślała, patrząc na roześmiane twarze.
Uchyliła okno by wychwycić głosy łyżwiarzy

- Szybciej Bruno! Uwaga! – poganiali się wesoło. - Fahr schneller, Oskar!
Zaciekawiona wysiadła z auta i wtedy usłyszała za sobą stukot końskich kopyt.
„Kulig?” – zdziwiła się i ucieszyła z nadciagającej niespodziewanie pomocy. Pobiegła w kierunku ulicy.
- Przepraszam! – zawołała za oddalającym się wozem, zaprzęgniętym w dwa siwe konie – Proszę pana!
Woźnica jednak nie usłyszał. Jej słowa tonęły, jak wszystko tej nocy, w białym puchu. Ruszyła za nim. Wóz skręcił w ulicę Zamkową jak w tunel, utworzony z zamykających się nad drogą ośnieżonych gałęzi drzew.
- Tag, herr Hoffmeyer – woźnica uchylił czapki i lekko ukłonił się mężczyźnie, który stał na schodach dworku za drewnianym płotem i wóz wjechał, nie na martwy o tej porze plac targowy, ale na gwarne podwórze folwarku.
Panował ruch i gospodarska krzątanina. Kobiety, w długich jasnych fartuchach nałożonych na spódnice, z ciężkimi bańkami mleka, szły od strony obory. Tłuste koty ocierały im się przymilnie o nogi, dopraszając posiłku. Dwa brązowe owczarki szczekały zawzięcie na wjeżdżająca furmankę. Parobkowie ładowali na wozy pękate worki zboża, poganiając się wzajemnie okrzykami
- Hoch, hoch! Tutej, podaj! Noch mal! No ja, koniec!
Patrzyła oczarowana, na ten niespodziewany spektakl wiejskiego życia w innej epoce. A gdy załadowany workami jęczmienia, wóz, z przykręconą na koźle tabliczką, na której zdążyła przeczytać napis: „Emil Schmidtke KRYNICA” minął ją i skierował się na Rynek, poszła za nim, ciekawa tej niezwykłej odsłony miasta.
Na rogu ulicy rozsiadła się drewniana karczma. Biały dach zdawał się dotykać śnieżnych zasp, na które padało złote światło z małych czteroszybowych okien. Zajrzała do środka. Karczmarz przecierał niespiesznie kufle. Przy długich stołach zasiadali tej nocy nieliczni biesiadnicy.

Wóz odjechał i gdy stała niezdecydowana na rozstajach dróg, gdzieś od strony Placu Niezłomnych dobiegł ją cichy brzęk dzwonków i melodia kolędy „Cicha noc”. Stanęła wkrótce przed szarą bryłą kościoła, ze strzelistą wieżą tonącą gdzieś wysoko, w ciemności. W oknach świątyni widać było migocący blask świec, więc nieśmiało weszła do środka. W ascetycznym wnętrzu pyszniły się udekorowane dwa świerki. Trzymane w zziębniętych dłoniach świece, oświetlały odświętnie radosne twarze wiernych, śpiewających :
„Stille Nacht! Heilige Nacht! Alles schläft, einsam wacht …”
Usiadła na ławce pod ścianą, zasłuchana w dobrze jej znaną melodię kolędy. Chociaż język był inny, jej wymowa była przecież, taka sama. Płynęła melodia między pachnącymi gałęziami choinek, przez empory, aż po wysokie sklepienie wieży.

- Wszystko w porządku? – ocknęła się dopiero, gdy ktoś potrząsną ją za ramię. – Czy wszystko w porządku? – powtórzył głośniej pytanie policjant.
Zniknął kościół, kolędnicy, wóz, woźnica i konie. Tylko śnieg nadal białym puchem bezszelestnie padał na miasto. Siedziała na przystanku autobusowym, patrząc na świątecznie udekorowany Plac Niezłomnych. Oszołomiona, nie mogła wydobyć z siebie głosu, więc tylko pokiwała głową na znak, że nic jej nie jest.
- Proszę tu nie siedzieć zbyt długo. Jest mroźna noc. – dodał zatroskanym tonem stróż prawa – A na ten przystanek nic dziś nie przyjedzie.

Wstała, żeby nie budzić w funkcjonariuszu dalszych podejrzeń i ruszyła pustymi ulicami do domu. „Rano wrócimy po samochód – pomyślała - Cicha noc niech nadal trwa.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz