niedziela, 26 listopada 2017

Jadą wozy kolorowe ...


Opisywanie dawnych zdarzeń, miejsc lub postaci przypomina wywoływanie zdjęć w ciemni. Na pustym, białym papierze pojawia się najpierw cień. Po chwili wyłania się zarys postaci, tło, a wreszcie – wyostrza się obraz, domostwa, twarze. Niestety, równie często te obrazy pojawiają się i znikają, blakną, nie dają się odczytać, uchwycić.
Są jeszcze rozmowy ze świadkami czasu. Czasem w opowieści pojawia się zdanie, wątek poboczny, dla opowiadanej historii niewiele znaczący, a w mojej wyobraźni powstaje obraz, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Tak było z informacją, o cygańskich taborach, którzy przyjeżdżały do Sarbinowa. Były to dwie różne opowieści, nie wiem, która bardziej prawdziwa.
Prawdą jest to, że tabory w Sarbinowie się pojawiały, a reszta ... ?
***
Jadą wozy kolorowe …
Józek, jak zwykle, gdy w kuźni nic się nie działo, siedział na trawie, oparty o bieloną ścianę. Wygrzewał się na słońcu. Muchy, które co rusz przysiadały mu, a to na czole, a to na ręce, ogania. Spod daszka czapki, który osłania mu oczy przed ostrym, kwietniowym słońcem, najbliższy rów obserwuje. W  porastających brzegi rowu, krzakach,  ledwie jeszcze  zielenią pokrytych, uwijają się wróble i sikory.  Najpierw trzymają się z daleka od człowieka. Ale wkrótce, uspokojone bezruchem wokół kuźni, zaczynają bliżej podlatywać, na gałęziach bzu , co przy kuźni rośnie,  przysiadać.