Opowieści z podwórka
"Niech prawda nie stanie na drodze dobrej opowieści" Zachęcam do pozostawienia komentarza. Nie ma nic lepszego niż poznanie czytelnika.
niedziela, 1 grudnia 2024
Śladem wielokulturowego Swarzędza
W 1934 roku Eliasa Berwina najstarszego mieszkańca Swarzędza, co to 105 pięknych lat w tym mieście przeżył, Żyda miejscowego, na Kirkut ponieśli. Na to samo miejsce, gdzie on w 1907 roku brata Loiusa Berwina, lat 83, pochował. A w 1902 roku siostrę Minnę, za męża Freitag, lat 78 poprowadził. Bez Minny mąż Lorenz Freitag żyć nie potrafił i w tym samym roku obok pochowany został.
czwartek, 25 maja 2023
Przez życie
Nazywam się Kazimiera. Mojego ojca zamordowano w Twerze kilka dni temu. Tylko dlatego, że był polskim policjantem. W tej chwili o tym nie wiem. Mam na imię Kazia. Mam sześć lat.
Stoję w kącie naszego domu w Brodach, w powiecie tarnopolskim. Trzymam za rączkę młodszego brata, Zbyszka. Dom przeszukują Rosjanie. Mama siedzi na łóżku, z maleńkim Adasiem przy piersi. Jedne z żołnierzy pakuje nasze rzeczy. Te najpotrzebniejsze. Pakuje też kożuchy. Po co? Jest wiosna. Chce nam coś powiedzieć, ale się boi. Urzędnik, który jest z nim, ciągle krzyczy. Jest na nas zły. Nie wiem dlaczego, przecież byliśmy grzeczni. Tak jak taka kazał.
***
Tatę zabrali jesienią. Przyszli o świcie, z mundurach, z bronią. Kazali zostawić wszystko i iść. Mama płakała. Tata ucałował nas na pożegnanie. Uśmiechnął się, ale w oczach miał smutek.
Teraz i nas wyrzucają z domu. Nie tylko nas. Na dworze słychać pokrzykiwania, płacz, a czasem pojedynczy wystrzał. Wtedy mama przytula mocniej Adasia. Jest wiosna, kwiecień albo początek maja, bo zieleń na drzewach jeszcze delikatna.
***
Mam na imię Kazia i teraz mieszkam w Kazachstanie.
Stoję w kącie naszego domu w Brodach, w powiecie tarnopolskim. Trzymam za rączkę młodszego brata, Zbyszka. Dom przeszukują Rosjanie. Mama siedzi na łóżku, z maleńkim Adasiem przy piersi. Jedne z żołnierzy pakuje nasze rzeczy. Te najpotrzebniejsze. Pakuje też kożuchy. Po co? Jest wiosna. Chce nam coś powiedzieć, ale się boi. Urzędnik, który jest z nim, ciągle krzyczy. Jest na nas zły. Nie wiem dlaczego, przecież byliśmy grzeczni. Tak jak taka kazał.
***
Tatę zabrali jesienią. Przyszli o świcie, z mundurach, z bronią. Kazali zostawić wszystko i iść. Mama płakała. Tata ucałował nas na pożegnanie. Uśmiechnął się, ale w oczach miał smutek.
Teraz i nas wyrzucają z domu. Nie tylko nas. Na dworze słychać pokrzykiwania, płacz, a czasem pojedynczy wystrzał. Wtedy mama przytula mocniej Adasia. Jest wiosna, kwiecień albo początek maja, bo zieleń na drzewach jeszcze delikatna.
***
Mam na imię Kazia i teraz mieszkam w Kazachstanie.
sobota, 12 lutego 2022
Ostatni posiłek
W styczniu 1945 roku świat
niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął
się zmieniać. Niemcy przestali zwracać uwagę na pracę polskich robotników w
swoich sarbinowskich gospodarstwach. Przestali obnosić się ze swoją wyższością,
wyższością wynikającą z przynależności do rasy panów. Zniknęły niemieckie
guwernantki, które zajmowały się dziećmi. Zagorzali zwolennicy Hitlera
przestali jeździć na coniedzielne spotkania do Osthausen (Paczkowa), które były
okazją zademonstrowania swojej pogardy do każdego Polaka, do każdego
napotkanego polskiego dziecka, oplucia go, kopnięcia, nazwania „polnisches schwein”. Pakowali się, chociaż nie oficjalnie, jeszcze w ukryciu wiązali tobołki i zabijali skrzynie z majątkiem, którego dorobili się tutaj, na nieswojej ziemi, nieswoimi rękoma. Aż pewnej nocy załadowali swoje rodziny swój dobytek na wozy, i ruszyli na zachód.
piątek, 24 grudnia 2021
W cichą, swarzędzką, noc…
Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej pory nie chciały odchodzić od widoku wymoszczonego sianem żłóbka, skrzydlatych aniołów, strojnych królów, skromnych pastuszków, czuwających u swych trzód.
Joanne nie dziwiły zachwyty dzieci. Sama czuła się przy bożonarodzeniowych szopkach jak mała dziewczynka. Podziwiała kunszt wykonania i detale, które pozwalały wyobraźni jeszcze raz uwierzyć w Narodziny w ubogiej stajence na pustyni.
Kościelny, gasząc światła, dal jej do zrozumienia, że czas już kończyć kontemplacje. Sam marzył o tym by wrócić do domu, dołożyć polan do dogasającego kominka i siąść w nocnej ciszy pod choinką, którą tego ranka dekorował kolorowymi bombkami z pięcioletnim wnuczkiem.
Kobieta wyszła przed kościół. Śnieg okrył krajobraz białym puchem, jak kołdrą utulił zziębnięte drzewa. Podświetlone światłem latarni, wyglądały spod śnieżnych czapek czerwone twarzyczki jarzębinowych korali.
Joanne nie dziwiły zachwyty dzieci. Sama czuła się przy bożonarodzeniowych szopkach jak mała dziewczynka. Podziwiała kunszt wykonania i detale, które pozwalały wyobraźni jeszcze raz uwierzyć w Narodziny w ubogiej stajence na pustyni.
Kościelny, gasząc światła, dal jej do zrozumienia, że czas już kończyć kontemplacje. Sam marzył o tym by wrócić do domu, dołożyć polan do dogasającego kominka i siąść w nocnej ciszy pod choinką, którą tego ranka dekorował kolorowymi bombkami z pięcioletnim wnuczkiem.
Kobieta wyszła przed kościół. Śnieg okrył krajobraz białym puchem, jak kołdrą utulił zziębnięte drzewa. Podświetlone światłem latarni, wyglądały spod śnieżnych czapek czerwone twarzyczki jarzębinowych korali.
Uważnie stawiała stopy, schodząc na parking, na który opadały niespiesznie płatki śniegu. Ostrożnie ruszyła autem i bezpiecznie zjechała na ulicę. Ale gdy tylko mocniej przycisnęła pedał gazu, samochód stracił przyczepność i zaczął zakosami płynąć w dół. Na zakręcie odbija kierownicą w prawo i zjechała z drogi. Kia sunęła jeszcze chwilę w dół parkową alejką, by w końcu znieruchomieć w pryzmie śniegu.
– Świetnie! – syknęła, uspokojona, że przygoda tak się zakończyła.
Reflektory oświetliły zamarzniętą taflę jeziora. Obserwowała przez chwilę gęsto padające płatki śniegu, gdy nagle w snopie światła, jak w blasku scenicznych reflektorów, pojawił się łyżwiarz.
„ To niebezpieczne” – zdążyła pomyśleć, gdy pojawił się kolejny, jeszcze jeden i wkrótce jezioro zaroiło się od wirującej w płatkach śniegu młodzieży.
Niektórzy z chłopców mieli w rękach płonące pochodnie. Wełniane kurtki z futrzanymi kołnierzami i takież czapki. To musiała być jakaś inscenizacja.
„Lata dwudzieste , lata trzydzieste” – pomyślała, patrząc na roześmiane twarze.
Uchyliła okno by wychwycić głosy łyżwiarzy
– Świetnie! – syknęła, uspokojona, że przygoda tak się zakończyła.
Reflektory oświetliły zamarzniętą taflę jeziora. Obserwowała przez chwilę gęsto padające płatki śniegu, gdy nagle w snopie światła, jak w blasku scenicznych reflektorów, pojawił się łyżwiarz.
„ To niebezpieczne” – zdążyła pomyśleć, gdy pojawił się kolejny, jeszcze jeden i wkrótce jezioro zaroiło się od wirującej w płatkach śniegu młodzieży.
Niektórzy z chłopców mieli w rękach płonące pochodnie. Wełniane kurtki z futrzanymi kołnierzami i takież czapki. To musiała być jakaś inscenizacja.
„Lata dwudzieste , lata trzydzieste” – pomyślała, patrząc na roześmiane twarze.
Uchyliła okno by wychwycić głosy łyżwiarzy
poniedziałek, 12 października 2020
Profesor od pszczółek

- Baśka! Odłóż ten telefon!- ostro skarciła swoją znajomą rudowłosa, poprawiając ciepły szal na ramionach - Nigdzie nie ma przed tym ucieczki. - dodała zrzędliwym tonem.
- Sprawdzam - odparła zaaferowana Barbara, przesuwając palcem po ekranie telefonu
- Ale co musisz właśnie teraz sprawdzać? - zniecierpliwiła się znajoma, sprawdzając ostrożnie czy herbata nabrała już odpowiedniej barwy.
- Jest! - wykrzyknęła skarcona i poprawiając nerwowym ruchem popielatą grzywkę zaczęła czytać - Perełkowiec japoński roślina miododajna. Licznie hodowany w parkach i ogrodach Francji i południowej Anglii, w Polsce rzadki, sadzony tylko w ogrodach botanicznych. Ciekawe skąd się wziął w Swarzędzu.?
- Za pewne posadził go Stanisław Kirkor, jak większość drzew tutaj. - stwierdziła ruda, upijając ostrożnie łyk herbaty jaśminowej.
- No tak, pani Lucyna jak zawsze dobrze przygotowana do wycieczki - zadrwiła Baśka
- A pani Barbara siedzi z nosem w komórce i nic ciekawego z niej nie wyczytuje - odgryzła się Lucyna
- Coś tam jednak znalazłam, choćby nazwę tej dziwnej rośliny, co to zapomniała się przebarwić jesienią. Kirkor to ten profesor od pszczółek, miły pan, o okrągłej twarzy? - zapytała koleżankę.
Lucyna roześmiała się.
- Miły pan o okrągłej twarzy - zacytowała koleżankę - Ciekawe określenie dla tej nietuzinkowej postaci.
- Masz skłonność do przesady. - z powątpiewaniem powiedziała blondynka, dziobiąc zawzięcie widelczykiem w kruchym cieście z dynią.
Lucyna siedziała dłuższą chwilę w milczeniu, ogrzewając dłonie o białe ścianki filiżanki. Druga z kobiet czekała. Znała dobrze te chwile namysłu, które zapowiadają dłuższą opowieść.
- Perełkowiec - ruda uśmiechnęła się pod nosem - Wiesz, że profesor , wtedy jeszcze doktor, Stanisław Kirkor, zanim przydzielono mu tę resztkę nowowiejskiego majątku, był skierowany do Paczkowa?
- Po co? - wzruszyła ramionami Barbara
- Miał stworzyć filię Instytutu Weterynarii w Puławach. Skierowano go do zniszczonego majątku. Dostał do dyspozycji Instytutu dworek i czterdzieści hektarów ziemi. Wyobraź sobie, że przez dwa lata założył dwudziestohektarowy sad owocowy, uporządkował teren wokół dworku i obsadził go drzewami miododajnymi, lipami i akacjami. Filia miała zajmować się badaniami nad chorobami pszczół.
- Mówiłam, że profesor od pszczółek - tryumfalnie wykrzyknęła blondyna machając widelczykiem, niczym dwuzębnym orężem.
- Od pszczółek - uśmiechnęła się wyrozumiale Lucyna.
- No i dlaczego nie został w tym Paczkowie, skoro tak mu dobrze szło?
- Bo po dwóch latach pracy na gospodarstwie uznano - rozumiesz 1953 rok, głęboka komuna, zarządzanie centralne i rządza sukcesu - Więc uznano, że świetnie teren się nada pod rolniczą spółdzielnie produkcyjną. Gospodarstwo zabrano, spółdzielnie założono, odtrąbiono sukces kolektywizacji, a profesorowi na otarcie łez przydzielono tzw. "resztówkę" w Nowej Wsi.
- Szlag go pewnie trafił? - ze zrozumieniem pokiwała głową Barbara.
- Szczęśliwy na pewno nie był.
- I co dalej?
- Zaczął wszystko od początku. Tym razem miał z ministerstwa obietnicę, że to na zawsze. Znów obsadził teren drzewami, założył sad i pasiekę. Dworek przystosował na potrzeby instytutu....
- Obietnicę miał aż z ministerstwa? - przerwała rudej Barbara
- Wiesz, Stanisław Kirkor to nie był byle kto. Miał już dorobek naukowy, nie tylko w Polsce. Będąc we Francji, podczas wojny, napisał książkę o ochronie pszczół, pierwszy bodajże taki podręcznik. We współpracy z francuskim profesorem Paillot , który go zresztą namaścił później na swojego następcę. Ale to już były zupełnie inne czasy.
- A co Kirkor robił we Francji? - zainteresowała się blondynka, dla której Paryż był ulubionym miejscem wiosennych wyjazdów.
- Kochał podróże. - zakpiła Lucyna i dodała poważnie - Przedostał się tam po klęsce wrześniowej, jak większość przez Rumunię, Węgry, Włochy i Szwajcarię.
- No to zwykłym żołnierzem chyba nie był? - rozsądnie zauważyła Barbara
Lucyna uśmiechnęła się na słowo "zwykły", które nie pasowało do Stanisława Kirkora. Nic w jego życiu nie było zwyczajne. Może to kwestia czasów, w których przyszło mu żyć, a może ducha niepokornego.
- No tak, pani Lucyna jak zawsze dobrze przygotowana do wycieczki - zadrwiła Baśka
- A pani Barbara siedzi z nosem w komórce i nic ciekawego z niej nie wyczytuje - odgryzła się Lucyna
- Coś tam jednak znalazłam, choćby nazwę tej dziwnej rośliny, co to zapomniała się przebarwić jesienią. Kirkor to ten profesor od pszczółek, miły pan, o okrągłej twarzy? - zapytała koleżankę.
Lucyna roześmiała się.
- Miły pan o okrągłej twarzy - zacytowała koleżankę - Ciekawe określenie dla tej nietuzinkowej postaci.
- Masz skłonność do przesady. - z powątpiewaniem powiedziała blondynka, dziobiąc zawzięcie widelczykiem w kruchym cieście z dynią.
Lucyna siedziała dłuższą chwilę w milczeniu, ogrzewając dłonie o białe ścianki filiżanki. Druga z kobiet czekała. Znała dobrze te chwile namysłu, które zapowiadają dłuższą opowieść.
- Perełkowiec - ruda uśmiechnęła się pod nosem - Wiesz, że profesor , wtedy jeszcze doktor, Stanisław Kirkor, zanim przydzielono mu tę resztkę nowowiejskiego majątku, był skierowany do Paczkowa?
- Po co? - wzruszyła ramionami Barbara
- Miał stworzyć filię Instytutu Weterynarii w Puławach. Skierowano go do zniszczonego majątku. Dostał do dyspozycji Instytutu dworek i czterdzieści hektarów ziemi. Wyobraź sobie, że przez dwa lata założył dwudziestohektarowy sad owocowy, uporządkował teren wokół dworku i obsadził go drzewami miododajnymi, lipami i akacjami. Filia miała zajmować się badaniami nad chorobami pszczół.
- Mówiłam, że profesor od pszczółek - tryumfalnie wykrzyknęła blondyna machając widelczykiem, niczym dwuzębnym orężem.
- Od pszczółek - uśmiechnęła się wyrozumiale Lucyna.
- No i dlaczego nie został w tym Paczkowie, skoro tak mu dobrze szło?
- Bo po dwóch latach pracy na gospodarstwie uznano - rozumiesz 1953 rok, głęboka komuna, zarządzanie centralne i rządza sukcesu - Więc uznano, że świetnie teren się nada pod rolniczą spółdzielnie produkcyjną. Gospodarstwo zabrano, spółdzielnie założono, odtrąbiono sukces kolektywizacji, a profesorowi na otarcie łez przydzielono tzw. "resztówkę" w Nowej Wsi.
- Szlag go pewnie trafił? - ze zrozumieniem pokiwała głową Barbara.
- Szczęśliwy na pewno nie był.
- I co dalej?
- Zaczął wszystko od początku. Tym razem miał z ministerstwa obietnicę, że to na zawsze. Znów obsadził teren drzewami, założył sad i pasiekę. Dworek przystosował na potrzeby instytutu....
- Obietnicę miał aż z ministerstwa? - przerwała rudej Barbara
- Wiesz, Stanisław Kirkor to nie był byle kto. Miał już dorobek naukowy, nie tylko w Polsce. Będąc we Francji, podczas wojny, napisał książkę o ochronie pszczół, pierwszy bodajże taki podręcznik. We współpracy z francuskim profesorem Paillot , który go zresztą namaścił później na swojego następcę. Ale to już były zupełnie inne czasy.
- A co Kirkor robił we Francji? - zainteresowała się blondynka, dla której Paryż był ulubionym miejscem wiosennych wyjazdów.
- Kochał podróże. - zakpiła Lucyna i dodała poważnie - Przedostał się tam po klęsce wrześniowej, jak większość przez Rumunię, Węgry, Włochy i Szwajcarię.
- No to zwykłym żołnierzem chyba nie był? - rozsądnie zauważyła Barbara
Lucyna uśmiechnęła się na słowo "zwykły", które nie pasowało do Stanisława Kirkora. Nic w jego życiu nie było zwyczajne. Może to kwestia czasów, w których przyszło mu żyć, a może ducha niepokornego.
Nawet w siermiężnej, komunistycznej Polsce, wzbudzał sensację przejazdem konnych dorożek ulicami Gorzowa. Organizował instytut na wzór zachodni, jakby rzeczywistość go nie dotykała. Pracował i bawił się na sto procent. Po żołniersku.
- Może zorganizujesz wycieczkę - śladami profesora Kirkora? - przerwała jej rozmyślania Barbara
- Wycieczka musiałaby przejechać całą Europę, od Moskwy po Azory.
- Poczekaj, poczekaj... - potrząsnęła blond grzywką kobieta, jakby próbowała ogarnąć to, co słyszy - Przez cała Europę?!
- No tak - profesor urodził się w Zasławiu na Wołyniu, teraz to Ukraina. Najpierw chodził do szkoły w Starym Konstantynowie. Ze względu na pracę ojca, jako zarządcy majątków, rodzina często się przenosiła. Do Jarosławia nad Wołgą, to na północ od Moskwy. Potem Sławuta znów na Wołyniu. I w Polsce po kolei: Lublin, Częstochowa, Łowicz - tutaj zdał maturę. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Potem zaciągnął się i był w Szkole Podchorążych Rezerwy w Grudziądzu. Tam to dopiero była ciekawa kompanija! Myślę, że jego kpiarskie podejście do wielu spraw, wzięło się właśnie z czasów podchorążówki. Po niej wylądował w Suwałkach, w 3 Pułku Szwoleżerów. Prawdopodobnie tutaj zaczęła się jego przyjaźń z Ksawerym Pruszyńskim
- Tym pisarzem? - zdziwiła się pani Basia.
- Może zorganizujesz wycieczkę - śladami profesora Kirkora? - przerwała jej rozmyślania Barbara
- Wycieczka musiałaby przejechać całą Europę, od Moskwy po Azory.
- Poczekaj, poczekaj... - potrząsnęła blond grzywką kobieta, jakby próbowała ogarnąć to, co słyszy - Przez cała Europę?!
- No tak - profesor urodził się w Zasławiu na Wołyniu, teraz to Ukraina. Najpierw chodził do szkoły w Starym Konstantynowie. Ze względu na pracę ojca, jako zarządcy majątków, rodzina często się przenosiła. Do Jarosławia nad Wołgą, to na północ od Moskwy. Potem Sławuta znów na Wołyniu. I w Polsce po kolei: Lublin, Częstochowa, Łowicz - tutaj zdał maturę. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Potem zaciągnął się i był w Szkole Podchorążych Rezerwy w Grudziądzu. Tam to dopiero była ciekawa kompanija! Myślę, że jego kpiarskie podejście do wielu spraw, wzięło się właśnie z czasów podchorążówki. Po niej wylądował w Suwałkach, w 3 Pułku Szwoleżerów. Prawdopodobnie tutaj zaczęła się jego przyjaźń z Ksawerym Pruszyńskim
- Tym pisarzem? - zdziwiła się pani Basia.
- Z tym samym. Wiesz, że Pruszyński dedykował mu swoje opowiadania "Karabela z Meschedu"? To podobno zapis rozmów właśnie ze Stanisławem Kirkorem.
- No co ty powiesz!
- W Suwałkach ożenił się, z Wandą Chrośnicką. Panią magister farmacji. Ale jedźmy dalej z tą wycieczką śladami Kirkora - po ślubie znalazł się, jako żołnierz, w Hiszpanii podczas tamtejszej wojny domowej. Dość ciekawy wątek. Prawdopodobnie spotkał się tam z Pruszyńskim, który był kimś na kształt korespondenta. A zaraz po powrocie, w 1937, Kirkor obronił doktorat we Lwowie.
- O rany! Przeskoczyłaś z Hiszpanii do Lwowa! Już przejechałyśmy cała Europę. A gdzie te Azory ?
- Poczekaj ! - uspokaja Lucyna koleżankę - W maju 1939 Stanisław Kirkor pracuje w Ministerstwie Spraw Wojskowych i we wrześniu nie trafia na front, ma misję wywiezienia z kraju ważnych dokumentów, do Rumunii.
- Kim on był?! - pada po raz pierwszy to pytanie bez odpowiedzi.
- Nie wiem, sama sobie odpowiedz. - Ruda tajemniczo zawiesza głos - Znał dobrze niemiecki i francuski, a rosyjski i angielski słabo. Szczerze mówiąc w ten słaby rosyjski, to mi się osobiście wierzyć nie chce.
- No co ty powiesz!
- W Suwałkach ożenił się, z Wandą Chrośnicką. Panią magister farmacji. Ale jedźmy dalej z tą wycieczką śladami Kirkora - po ślubie znalazł się, jako żołnierz, w Hiszpanii podczas tamtejszej wojny domowej. Dość ciekawy wątek. Prawdopodobnie spotkał się tam z Pruszyńskim, który był kimś na kształt korespondenta. A zaraz po powrocie, w 1937, Kirkor obronił doktorat we Lwowie.
- O rany! Przeskoczyłaś z Hiszpanii do Lwowa! Już przejechałyśmy cała Europę. A gdzie te Azory ?
- Poczekaj ! - uspokaja Lucyna koleżankę - W maju 1939 Stanisław Kirkor pracuje w Ministerstwie Spraw Wojskowych i we wrześniu nie trafia na front, ma misję wywiezienia z kraju ważnych dokumentów, do Rumunii.
- Kim on był?! - pada po raz pierwszy to pytanie bez odpowiedzi.
- Nie wiem, sama sobie odpowiedz. - Ruda tajemniczo zawiesza głos - Znał dobrze niemiecki i francuski, a rosyjski i angielski słabo. Szczerze mówiąc w ten słaby rosyjski, to mi się osobiście wierzyć nie chce.
Ale wróćmy do września trzydziestego dziewiątego, wiadomo klęska Września, więc jak inni rusza przez Rumunię, Węgry, Włochy, Szwajcarię do Francji. Bierze udział w bitwie pod Logarde i po klęsce francuskiej armii ucieka do Szwajcarii. Jako wojskowy jest aresztowany, ale wkrótce zwolniony z obozu zaczyna pracować w Zakładzie Chorób Pszczół pod Bernem. Myślę, że taki ośrodek potem chciał założyć w Polsce. Ale po kolei!
W 1941 wraca ze Szwajcarii do Francji, gdzieś w okolice Lionu, i pracuje tam z prof. Paillot. Jak już mówiłam - powstaje pierwszy podręcznik Choroby pszczół. Kirkor jednak przede wszystkim jest żołnierzem i to chyba nie byle jakim. Przedostaje się przez Andorę, Pireneje do Hiszpanii , z Hiszpanii do Portugalii. Stamtąd statkiem pływnie do Gibraltaru. Z Gibraltaru przez Azory...
- O są Azor!
- .. płynie do Anglii. Dostaje misję wojskową i w latach 43-44 jest dowódcą jednostki w Gibraltarze.
- fiu fiu fiu. Miły pan od pszczółek - powtarza swoje słowa Barbara, ale tym razem w jej głosie słychać uznanie.
- Mówiłam, że nie byle kto! - tryumfuje Lucyna - Zostaje wezwany stamtąd, z Gibraltaru, do Anglii, na intensywny kurs spadochronowy. Dlaczego? Sama sobie odpowiedz. W każdym razie kurs kończy się dla niego złamaniem kręgosłupa i długą rekonwalescencją. Do końca wojny nie wróci już do walki.
- Imponujące! A kiedy pracował nad pszczółkami?
- Tak sobie myślę, że te pszczółki po prostu mu się szczęśliwie przytrafiły, taka ziemia niczyja wówczas. Bo chyba tak na prawdę to kochał konie. Magisterium obronił z usypiania koni i chyba do pułku szwoleżerów nie poszedł dla pszczół.
- No dobra, ale co było dalej. Wojna się skończyła, on jest aktualnie...
- W Anglii. Tam już też prowadził prace badawcze, jednocześnie szukając żonę w Polsce, przez Czerwony Krzyż. Znając jej losy okupacyjne obawiał się najgorszego. Ale w końcu szczęśliwie się odnaleźli. I wtedy zaczął się dylemat - czy on wraca do Polski, czy ona dołączy do niego na emigracji.
- Wesoło wtedy nie było - westchnęła Barbara - Wielka Brytania nie chciała już Polaków, zwłaszcza byłych wojskowych, a i tutaj nic przyjemnego na nich nie czekało.
- Poczekaj, to był 1946, najgorsze dopiero nadejdzie. W każdym razie w marcu 1946 Stanisław Kirkor, przez zieloną granicę, dostaje się do Polski. Sprowadza do kraju chorego brata.
W 1941 wraca ze Szwajcarii do Francji, gdzieś w okolice Lionu, i pracuje tam z prof. Paillot. Jak już mówiłam - powstaje pierwszy podręcznik Choroby pszczół. Kirkor jednak przede wszystkim jest żołnierzem i to chyba nie byle jakim. Przedostaje się przez Andorę, Pireneje do Hiszpanii , z Hiszpanii do Portugalii. Stamtąd statkiem pływnie do Gibraltaru. Z Gibraltaru przez Azory...
- O są Azor!
- .. płynie do Anglii. Dostaje misję wojskową i w latach 43-44 jest dowódcą jednostki w Gibraltarze.
- fiu fiu fiu. Miły pan od pszczółek - powtarza swoje słowa Barbara, ale tym razem w jej głosie słychać uznanie.
- Mówiłam, że nie byle kto! - tryumfuje Lucyna - Zostaje wezwany stamtąd, z Gibraltaru, do Anglii, na intensywny kurs spadochronowy. Dlaczego? Sama sobie odpowiedz. W każdym razie kurs kończy się dla niego złamaniem kręgosłupa i długą rekonwalescencją. Do końca wojny nie wróci już do walki.
- Imponujące! A kiedy pracował nad pszczółkami?
- Tak sobie myślę, że te pszczółki po prostu mu się szczęśliwie przytrafiły, taka ziemia niczyja wówczas. Bo chyba tak na prawdę to kochał konie. Magisterium obronił z usypiania koni i chyba do pułku szwoleżerów nie poszedł dla pszczół.
- No dobra, ale co było dalej. Wojna się skończyła, on jest aktualnie...
- W Anglii. Tam już też prowadził prace badawcze, jednocześnie szukając żonę w Polsce, przez Czerwony Krzyż. Znając jej losy okupacyjne obawiał się najgorszego. Ale w końcu szczęśliwie się odnaleźli. I wtedy zaczął się dylemat - czy on wraca do Polski, czy ona dołączy do niego na emigracji.
- Wesoło wtedy nie było - westchnęła Barbara - Wielka Brytania nie chciała już Polaków, zwłaszcza byłych wojskowych, a i tutaj nic przyjemnego na nich nie czekało.
- Poczekaj, to był 1946, najgorsze dopiero nadejdzie. W każdym razie w marcu 1946 Stanisław Kirkor, przez zieloną granicę, dostaje się do Polski. Sprowadza do kraju chorego brata.
Odnajduje rodzinę żony w Gdyni, a potem ją samą i jej rodziców. Jak się okazuje, podczas tego nielegalnego pobytu w kraju, jedzie też do Puław.
- Do Puław? Nic nie mówiłaś o Puławach.
- Zapomniałam - macha lekceważąco dłonią Lucyna - W Puławach też pracował przed wojną, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W każdym razie w czterdziestym szóstym do Puław jedzie z pytaniem, czy będzie praca dla niego. I z obietnicą tej pracy wraca, znów nielegalnie, do Anglii.
- Po co?! - zdziwienie unosi cienkie brwi Barbary do połowy czoła - On sobie tak hulał po tej Europie?
- Jak znasz kilka języków i jesteś byłym wojskowym to pewnie hulasz. I jeszcze trwał powojenny chaos, jeszcze granice nie były zabezpieczone.
- Profesor od pszczółek - pokiwała głową z uznaniem Barbara.
- W każdym razie w sierpniu czterdziestego szóstego Kirkor wrócił oficjalnie do Polski, statkiem z innymi powracającymi z Wielkiej Brytanii. Zaczyna pracę w Gorzowie, w Instytucie Weterynarii.
I może nic strasznego by się nie wydarzyło, a profesor nie stracił zdrowia, gdyby nie pewien człowiek, Burdzag.
- Burdzag? Nic mi to nie mówi.
- I nie powinno. Burdzag, absolwent sześciu klas szkoły powszechnej, podrobił papiery doktora- inżyniera bakteriologa-chemika szkoły berlińskiej. Ten oszust zaczął zawrotną karierę w komunistycznej Polsce. Cóż, każda władza ma swojego Dyzmę. W Gorzowie został dyrektorem administracyjnym. Ludzi skłócał, obrażał, poniżał. Wielu odchodziło z pracy, nie mogąc znieść współpracy z takim człowiekiem. W końcu ktoś z jakiegoś komitetu się temu przyjrzał i Burdzaga wyrzucono. A w końcu aresztowano, za nadużycia. Po prostu facet kradł na potęgę. W zeznaniach próbował częścią swoich win obciążyć kierownictwo instytutu, również Kirkora. A do tego jeszcze podczas przesłuchań ujawnił niechęć profesora do ówczesnej władzy. Pamiętaj, że Kirkor miał fantazję. Potrafił z kolegami z instytutu wyjechać bryczką na miasto. Chyba długo wierzył, że ta władza jest tymczasowa.
Westchnęła.
- I ktoś dał wiarę temu, jak mu tam, Burdzagowi?! - oburzyła się Barbara.
- Czasem nie ważne kto mówi, ważne kto słucha - filozoficznie podsumowała Lucyna.
- W każdym razie - dodała - przesłuchania Kirkora skończyły się problemami ze wzrokiem i odbitymi nerkami.
Siedziały chwilę w milczeniu, pijąc stygnącą w rześkim październikowym powietrzu, herbatę.
- Kirkorowi marzył się samodzielny program badania pszczół - kontynuowała znawczyni życiorysu profesora Kirkora - a w Gorzowie po prostu zaczęło być za ciasno na ilość badań, które przeprowadzano. A i po 'incydencie' z bezpieką powiedzmy, że miłość państwa Kirkorów do tego miasta zmalała. W 1950 zginął w wypadku, w niewyjaśnionych okolicznościach, Ksawery Pruszyński. Wiązano to z jego pobytem na Kremlu podczas procesów moskiewskich. Być może wtedy Stanisław Kirkor zrozumiał, że to koniec marzeń o Polsce z dwudziestolecia międzywojennego, że komuna się umacnia i brutalnieje? Wielu wtedy traciło nadzieję. Jeśli chce się zostawić po sobie coś wielkiego, to trzeba się brać do pracy. I wiesz co było najtrwalsze w przypadku profesora ?
- No?
- Jego wiedza. On nie zamknął jej w laboratorium, ani w swoim gabinecie. Jeździł po całym kraju, Upowszechniał swoją wiedzę na temat zwalczania chorób pszczół nie tylko wśród weterynarzy, ale wśród rolników-pszczelarzy. Jeździł po uniwersytetach i po wiejskich świetlicach. Przy czym cały czas się kształcił. W 1954 habilitował się. Jednocześnie kształcił też współpracowników i swoich następców. To cecha ludzi wielkich. Chcąc zrobić coś wielkiego wiedzą, że uda się to tylko z innymi, pomagając im i inspirując.
- O kurczaki! - Wykrzyknęła Barbara, co w jej słowniku oznaczało podziw - Dlaczego tak mało o profesorze Kirkorze wiemy?
- W Polsce nie lubi się ludzi wybitnych. Pozostali zdają się być osobiście urażeni ich pracowitością, talentem, nieprzeciętnością. A po latach upominania się, byłych współpracowników lub pasjonatów lokalnej historii, przykleja jakąś tabliczkę, czasem mianuje nieistotną uliczkę imieniem tej osoby.
- A to taka persona!
- Niech cię nie onieśmiela ta postać - miał profesor swoje słabości. Lubił podróże to wiadomo, więc praca dydaktyczna miała też dla niego wartość dodaną - wyjazdy. Był pedantem - zawsze pod krawatem, podobno zdarzało mu się, że i pod dwoma. Na raz. - uśmiechnęła się Lucyna - A do tego lubił samochody. Sławetna była dekawka, nazwana pieszczotliwie "Pszczółką", którą miał jeszcze w czasach gorzowskich. Limuzyna "stary rzęch", - nawiązała do tytułu filmu "Limuzyna Daimler-Benz"- która wciąż się psuła, aż w końcu naprawy kosztowały więcej, niż sam samochód. Zamienił więc profesor "Pszczółkę" na motocykl BMW, którym zwiedzał bliższą i dalszą okolicę. Lubił jeździć na ryby, ale nie koniecznie po ryby. Po ryby wstępował w drodze do domu, do centrali rybnej.
Śmiały się serdecznie z ludzkich przywar profesora Stanisława Kirkora.
- No popatrz, te lipy pamiętają profesora Kirkora. - westchnęła w zadumie Barbara.
- Może posadzone jego własną ręką - dodała Lucyna
Jesienne liście, kołysząc się na wietrze, opadają miękko na trawę. W parku pojawiają się niedzielni spacerowicze. Przy bramie, dziewczynka w błękitnej kurteczce, zbiera kasztany, niezdarnie próbując wepchnąć je do kieszonki.
- Perełkowiec - Barbara zagląda ponownie do komórki - w Polsce rzadki, kwitnie późno, górna strona liści ciemnozielona, dolna - sinawa , nie przebarwia się jesienią, pozostaje ciemno zielony, będąc ozdobą jesiennych ogrodów.
- Do Puław? Nic nie mówiłaś o Puławach.
- Zapomniałam - macha lekceważąco dłonią Lucyna - W Puławach też pracował przed wojną, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W każdym razie w czterdziestym szóstym do Puław jedzie z pytaniem, czy będzie praca dla niego. I z obietnicą tej pracy wraca, znów nielegalnie, do Anglii.
- Po co?! - zdziwienie unosi cienkie brwi Barbary do połowy czoła - On sobie tak hulał po tej Europie?
- Jak znasz kilka języków i jesteś byłym wojskowym to pewnie hulasz. I jeszcze trwał powojenny chaos, jeszcze granice nie były zabezpieczone.
- Profesor od pszczółek - pokiwała głową z uznaniem Barbara.
- W każdym razie w sierpniu czterdziestego szóstego Kirkor wrócił oficjalnie do Polski, statkiem z innymi powracającymi z Wielkiej Brytanii. Zaczyna pracę w Gorzowie, w Instytucie Weterynarii.
I może nic strasznego by się nie wydarzyło, a profesor nie stracił zdrowia, gdyby nie pewien człowiek, Burdzag.
- Burdzag? Nic mi to nie mówi.
- I nie powinno. Burdzag, absolwent sześciu klas szkoły powszechnej, podrobił papiery doktora- inżyniera bakteriologa-chemika szkoły berlińskiej. Ten oszust zaczął zawrotną karierę w komunistycznej Polsce. Cóż, każda władza ma swojego Dyzmę. W Gorzowie został dyrektorem administracyjnym. Ludzi skłócał, obrażał, poniżał. Wielu odchodziło z pracy, nie mogąc znieść współpracy z takim człowiekiem. W końcu ktoś z jakiegoś komitetu się temu przyjrzał i Burdzaga wyrzucono. A w końcu aresztowano, za nadużycia. Po prostu facet kradł na potęgę. W zeznaniach próbował częścią swoich win obciążyć kierownictwo instytutu, również Kirkora. A do tego jeszcze podczas przesłuchań ujawnił niechęć profesora do ówczesnej władzy. Pamiętaj, że Kirkor miał fantazję. Potrafił z kolegami z instytutu wyjechać bryczką na miasto. Chyba długo wierzył, że ta władza jest tymczasowa.
Westchnęła.
- I ktoś dał wiarę temu, jak mu tam, Burdzagowi?! - oburzyła się Barbara.
- Czasem nie ważne kto mówi, ważne kto słucha - filozoficznie podsumowała Lucyna.
- W każdym razie - dodała - przesłuchania Kirkora skończyły się problemami ze wzrokiem i odbitymi nerkami.
Siedziały chwilę w milczeniu, pijąc stygnącą w rześkim październikowym powietrzu, herbatę.
- Kirkorowi marzył się samodzielny program badania pszczół - kontynuowała znawczyni życiorysu profesora Kirkora - a w Gorzowie po prostu zaczęło być za ciasno na ilość badań, które przeprowadzano. A i po 'incydencie' z bezpieką powiedzmy, że miłość państwa Kirkorów do tego miasta zmalała. W 1950 zginął w wypadku, w niewyjaśnionych okolicznościach, Ksawery Pruszyński. Wiązano to z jego pobytem na Kremlu podczas procesów moskiewskich. Być może wtedy Stanisław Kirkor zrozumiał, że to koniec marzeń o Polsce z dwudziestolecia międzywojennego, że komuna się umacnia i brutalnieje? Wielu wtedy traciło nadzieję. Jeśli chce się zostawić po sobie coś wielkiego, to trzeba się brać do pracy. I wiesz co było najtrwalsze w przypadku profesora ?
- No?
- Jego wiedza. On nie zamknął jej w laboratorium, ani w swoim gabinecie. Jeździł po całym kraju, Upowszechniał swoją wiedzę na temat zwalczania chorób pszczół nie tylko wśród weterynarzy, ale wśród rolników-pszczelarzy. Jeździł po uniwersytetach i po wiejskich świetlicach. Przy czym cały czas się kształcił. W 1954 habilitował się. Jednocześnie kształcił też współpracowników i swoich następców. To cecha ludzi wielkich. Chcąc zrobić coś wielkiego wiedzą, że uda się to tylko z innymi, pomagając im i inspirując.
- O kurczaki! - Wykrzyknęła Barbara, co w jej słowniku oznaczało podziw - Dlaczego tak mało o profesorze Kirkorze wiemy?
- W Polsce nie lubi się ludzi wybitnych. Pozostali zdają się być osobiście urażeni ich pracowitością, talentem, nieprzeciętnością. A po latach upominania się, byłych współpracowników lub pasjonatów lokalnej historii, przykleja jakąś tabliczkę, czasem mianuje nieistotną uliczkę imieniem tej osoby.
- A to taka persona!
- Niech cię nie onieśmiela ta postać - miał profesor swoje słabości. Lubił podróże to wiadomo, więc praca dydaktyczna miała też dla niego wartość dodaną - wyjazdy. Był pedantem - zawsze pod krawatem, podobno zdarzało mu się, że i pod dwoma. Na raz. - uśmiechnęła się Lucyna - A do tego lubił samochody. Sławetna była dekawka, nazwana pieszczotliwie "Pszczółką", którą miał jeszcze w czasach gorzowskich. Limuzyna "stary rzęch", - nawiązała do tytułu filmu "Limuzyna Daimler-Benz"- która wciąż się psuła, aż w końcu naprawy kosztowały więcej, niż sam samochód. Zamienił więc profesor "Pszczółkę" na motocykl BMW, którym zwiedzał bliższą i dalszą okolicę. Lubił jeździć na ryby, ale nie koniecznie po ryby. Po ryby wstępował w drodze do domu, do centrali rybnej.
Śmiały się serdecznie z ludzkich przywar profesora Stanisława Kirkora.
- No popatrz, te lipy pamiętają profesora Kirkora. - westchnęła w zadumie Barbara.
- Może posadzone jego własną ręką - dodała Lucyna
Jesienne liście, kołysząc się na wietrze, opadają miękko na trawę. W parku pojawiają się niedzielni spacerowicze. Przy bramie, dziewczynka w błękitnej kurteczce, zbiera kasztany, niezdarnie próbując wepchnąć je do kieszonki.
- Perełkowiec - Barbara zagląda ponownie do komórki - w Polsce rzadki, kwitnie późno, górna strona liści ciemnozielona, dolna - sinawa , nie przebarwia się jesienią, pozostaje ciemno zielony, będąc ozdobą jesiennych ogrodów.
poniedziałek, 13 lipca 2020
Antoni Tabaka swarzędzka historia
W niedzielne, wiosenne, popołudnie przez otwarte okna do mieszkania wpadało tylko ćwierkanie zapracowanych ptasich rodziców, w koronach pobliskiego kasztanowca, próbujących nakarmić nienasycone dzioby swojego potomstwa.
Pan Władysław siedział przy stole na swym, mocno sfatygowanym, fotelu i pił poobiednią kawę z ulubionej filiżanki. Na starość, jak mówił, bardzo cenił spokój i codzienne rytuały. Córka, która od dwóch lat znów zamieszkała w rodzinnym domu, próbowała wprowadzić do mieszkania trochę nowoczesności. starszy pan czasem ustępował. Ale co do jednej rzeczy był nieugięty.
- Mój fotel usuniesz z tego domu tylko razem ze mną - odgrażał się, na każdą wzmiankę o fatalnym stanie mebla - To pamiątka! Oryginalny 'tabaka'.
To był jedyny przedmiot ich sporów i powód żartów.
Pan Władysław siedział przy stole na swym, mocno sfatygowanym, fotelu i pił poobiednią kawę z ulubionej filiżanki. Na starość, jak mówił, bardzo cenił spokój i codzienne rytuały. Córka, która od dwóch lat znów zamieszkała w rodzinnym domu, próbowała wprowadzić do mieszkania trochę nowoczesności. starszy pan czasem ustępował. Ale co do jednej rzeczy był nieugięty.
- Mój fotel usuniesz z tego domu tylko razem ze mną - odgrażał się, na każdą wzmiankę o fatalnym stanie mebla - To pamiątka! Oryginalny 'tabaka'.
To był jedyny przedmiot ich sporów i powód żartów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej p...
-
W styczniu 1945 roku świat niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął się zmieniać. Niemcy ...

