Opisywanie dawnych zdarzeń, miejsc lub postaci przypomina wywoływanie
zdjęć w ciemni. Na pustym, białym papierze pojawia się najpierw cień. Po chwili
wyłania się zarys postaci, tło, a wreszcie – wyostrza się obraz, domostwa, twarze. Niestety, równie często te
obrazy pojawiają się i znikają, blakną, nie dają się odczytać, uchwycić.
Są jeszcze rozmowy ze świadkami czasu. Czasem w opowieści pojawia się
zdanie, wątek poboczny, dla opowiadanej historii niewiele znaczący, a w mojej
wyobraźni powstaje obraz, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Tak było z
informacją, o cygańskich taborach, którzy przyjeżdżały do Sarbinowa. Były to
dwie różne opowieści, nie wiem, która bardziej prawdziwa.
Prawdą jest to, że tabory w Sarbinowie się pojawiały, a reszta ... ?
***
Jadą wozy kolorowe …
Józek, jak zwykle, gdy w kuźni nic się nie działo, siedział na trawie,
oparty o bieloną ścianę. Wygrzewał się na słońcu. Muchy, które co rusz
przysiadały mu, a to na czole, a to na ręce, ogania. Spod daszka czapki, który
osłania mu oczy przed ostrym, kwietniowym słońcem, najbliższy rów obserwuje. W porastających brzegi rowu, krzakach, ledwie jeszcze zielenią pokrytych, uwijają się wróble i
sikory. Najpierw trzymają się z daleka
od człowieka. Ale wkrótce, uspokojone bezruchem wokół kuźni, zaczynają bliżej
podlatywać, na gałęziach bzu , co przy kuźni rośnie, przysiadać.
Józek na to czeka. W rękach, które położył na wyciągniętych w trawie
nogach, trzyma naciągniętą procę z
metalowym skobelkiem, z krzywego gwoździa zrobionym. Gdy wróbel siada na
upatrzonej przez chłopaka gałęzi, ten ręce wolno podnosi i skobelek ze świstem
przeszywa powietrze.
Od wczesnego rana kowalowy pomocnik tak się zabawia. Procę, z
rozwidlonej gałęzi bzu, zrobił sobie wczoraj. Ze starej dętki od roweru wyciął
cienki pasek gumy, który do dwóch odnóg patyka przywiązał. Wczoraj ćwiczył
celność, próbując trafić w stary metalowy kubek, który w kuźni jako pojemnik na
gwoździki służy. Ale w nieruchomy cel trafić , to nie sztuka. Więc dzisiaj
postanowił upolować wróbla. Na razie bez skutku. Skrzydlaci spryciarze są
czujni i za każdym razem o ułamek
sekundy szybsi.
Znudziło się chłopakowi to polowanie, więc czapkę głębiej na oczy
nasunął i drzemkę sobie uciął. Śniło mu się, że konno do miasteczka jedzie.
Leniwy chód konia i stukot kopyt po bruku kołysze go do snu. Kłania się ludziom
spotkanym na miedzy, czapkę uchyla..
- Dzień dobry
- bry – przez sen odpowiada
- Wygodnie się śpi. – męski głos ze snu Józka wyrywa.
Siada wyprostowany, oczy przeciera, ręką je osłania, próbuje dojrzeć ,
kto go budzi. W końcu wstaje i na placyk przed kuźnią wychodzi. Na drodze
zatrzymał się jeździec na koniu. Mężczyzna z góry patrzy i się uśmiecha, czapkę
zdjął i otarwszy rękawem koszuli pot z czoła, dłonią czarne włosy poprawia. Potężny kary
perszeron, łbem na boki szarpie, do chodzenia pod jeźdźcem nie przyzwyczajony. Ozdobne szory dzwonią przy
każdym ruchu konia, który, widać, dopiero co od wozu został odpięty. Mięśnie
masywnych nóg drgają pod aksamitnie lśniącą skórą. Długim ogonem koń smaga
boki, opędzając się od much. Psy w obejściu ostrzegawczo poszczekują. Mały
Kajtek, co luzem w koło domu biega, najwięcej hałasu robi.
- Dzień dobry – wita się ponownie przyjezdny – Zastałem sołtysa ?
- Bry – Józek burczy pod nosem, zły trochę, że mu sen przerwano, a może
bardziej, że go na spaniu przyłapano – Majster poszedł do domu.
- Kuźnia dzisiaj zamknięta ? – z kpiną w głosie pyta mężczyzna,
jednocześnie z konia zsiadając. Psy tymczasem się rozszczekały, a Kajtek
próbuje szczypnąć nogawkę jeźdźca.
- Nie, a bo co ? – Józek jest coraz bardziej zły na tego czarniawego
nieznajomego
- To po majstra biegaj, bo sprawę do niego mam.
Józek nie wie, czy ma po kowala biec, czy kuźni pilnować. Czy to klient do kuźni, czy jaki inny interes
w tym ma, żeby chłopaka odesłać. I gdy tak się waha z domu wychodzi majster i
od progu z Cyganem się wita.
- A dzień dobry, dzień dobry. Od jesieni was wyglądamy! – a zaraz potem
krzyczy ostro na psa - Kajtek! Spokój !
Psiak uspokaja się i do pana przybiega. Teraz razem z właścicielem
idzie, ogonem machając i trzymając się nogi swego pana.
Mężczyźni dłonie sobie ściskają. Cygan lejce przywiązuje do słupka. Na
Józka nikt uwagi nie zwraca, więc chłopak o wrota kuźni się opiera i
przysłuchuje rozmowie.
- Co się stało, że was tyle czasu u nas nie było ? – kowal Stefan
zapala papierosa i przybysza częstuje. Ten z wdzięcznością papierosa bierze,
zapala i nosem wydmuchuje dym.
- Ciężko – wzdycha i palcem zbiera drobinki tytoniu z warg. – Ciężko teraz po drogach wozami się przemieszczać.
Milicja na rogatkach miast łapie, za każde uchybienie mandat daje, albo grzywnę.
A nawet zamykają do więzienia, jak się co nie spodoba. No to długo nam zeszło
zanim w okolice wróciliśmy.
Kiwają głowami. Cygan zaciąga się papierosowym dymem i patrzy gdzieś w
przestrzeń, na pola, które za wsią się ciągną hen daleko. Po dłuższej chwili do
swego rozmówcy się odwraca.
- A w Sarbinowie będziemy mogli tabor postawić?
- Jak co roku. – Stefan papierosem się zaciąga – Na drodze do Uzarzewa,
tam w polu – ręką wskazuje na lewo , w kierunku wąskiej, biegnącej przez pola,
piaszczystej drogi. - Żeby nikomu na zawadzie nie stać.
To mówiąc klepie konia, który zaczął trawę koło kuźni skubać, po
kłębie. Ręką gładzi aksamitną sierść. – Piękne te wasze konie , piękne –
wzdycha ze słabo ukrywaną zazdrością. – A podkute dobrze?
Kowal papierosa w zębach przytrzymuje, a ręką z wprawą podnosi końską
zadnią nogę. Kopyto ogląda.
- Może będzie co poprawić. – uprzedza go gość. – Mam prośbę, żeby
rozgłosić we wsi, że będziemy kany bielić i garnki drutować. Można też u nas kotły
i patelnie kupić. I co tam w domu potrzeba.
Stefan skiną głową na zgodę. Mężczyźni podają sobie dłonie na
pożegnanie. Cygan lejce odwiązuje, zamachem konia dosiada i kieruje drogą na
Łowęcin. Kajtek, ujadając, odprowadza ich kawałek, ale szybko mu się nudzi i
wkrótce zawraca do domu.
Kowal z pomocnikiem patrzą chwilę za odjeżdżającym. W końcu majster
chłopaka szturcha.
- No dalej, biegaj na wieś, ludziom powiedzieć, że Cyganie we wsi będą.
Józek nie kryje swej niechęci, ale przecież majstrowi się nie odmawia. Ociągając
się, idzie do najbliższej zagrody.
***
Koło południa ruch się zaczął wokół placyku, w centrum wsi. Od strony
Łowęcina nadjeżdżał cygański tabor. Psy się rozszczekały w całej miejscowości,
dzieciaki biegały, nawet dorośli wyszli z domów, stanęli przy płotach, żeby
popatrzeć na kolorowe wozy. W tym roku jednak nie sześć , a cztery taborowe
wozy przyjechały do wsi.
Trzy z nich , drewniane, z półokrągłymi dachami, z których po prawej
stronie wystają metalowe rury. To kominy od małych piecyków, którymi mieszkańcy
tych domostw na kołach, ogrzewają się podczas zimnych nocy. Za dyszlem widać szerokie
wejście, w którym powożący może siedzieć. Teraz jednak woźnice idą obok wozów,
czasem poganiając cmoknięciem konie pociągowe.
Po obu stronach wejścia do wozu wykrojone małe okienka. Od środka wiszą
w nich firanki, zasłaniając wnętrze przed okiem ciekawskich. Deski w okół okien
i wejścia ozdobione w różnokolorowe
wzory, przeważnie czerwone i niebieskie kwiaty, czasem namalowana girlanda z
zielonych liści. Z jednego boku każdego wozu także po dwa okienka, na czas
przejazdu zamknięte za drewnianymi okiennicami.
Czwarty wóz zupełnie inny, przykryty białym brezentem, niczym namiot. W wozie, pod brezentem widać jakieś worki, skrzynie i kosze. Nastoletni chłopcy, oklep na
koniach, jadą za taborem.
Harmider we wsi się robi. Psy szczekają. Matki swoje dzieci wołają,
żeby za blisko do koni nie podchodziły. Zwłaszcza kary perszeron, przy pierwszym wozie, budzi
respekt.
Sołtys na przeciw karawanie wychodzi, ale pierwszy wóz wyznaczoną
drogą minął i na „kozi rynek” wjechał.
- Stój, stój ! – woła mężczyzna – W tamtą drogę wjeżdżajcie. Musisz się
cofnąć, albo w koło tu objechać – mówi do woźnicy, który za daleko zajechał.
Mężczyzna chwyta uzdę konia, a drugą ręką popycha zwierzę w pierś, próbuje zmusić
do pójścia do tyłu.
- Na, na – woła
Ale wóz skręca i cofa, niebezpiecznie zbliżając się tylnymi kołami do głębokiego
rowu. Kobiety przy furtce domostwa na przeciw stojące, widząc to, zaczynają krzyczeć. Koń się
płoszy i szarpie głową, nieprzygotowany na to woźnica leci na ziemie. Próbuje
wodze trzymać, na próżno. Sytuacja się
robi niebezpieczna. Józek , który dotychczas przyglądał się z boku, na wóz wskakuje,
chwyta lejce i bat, smaga koński zad. Koń szarpie wóz i rusza galopem na przód. Woźnica tymczasem podniósł
się z ziemi i próbuje złapać konia za uzdę. Ale ten wyrywa na przód, już wydaje
się, że wóz o jakiś płot zawadzi, ale chłopak ostro ściąga lejce i na drogę
kieruje zaprzęg. Objeżdża placyk i spokojnie na polną drogę wjeżdża. A za nim pozostałe wozy.
Już ma chłopak zeskoczyć z wozu, gdy w wejściu, za jego plecami, pojawia się dziewczyna. Na oko 15 może 16
letnia. Jej długie, czarne włosy sięgające prawie do pasa, zasłaniają twarz.
Bufiaste rękawy białej bluzki i kwiecista spódnica są tak różne od tego, co
Józek widział u wiejskich kobiet, że trudno mu wzrok oderwać. Patrzy na nią jak urzeczony. Dziewczyna
odgarnia włosy i spogląda czarnymi jak noc oczami na wybawcę. Józek czapkę
ściąga, przeczesuje palcami włosy, czerwieniejąc jak burak. Miętosi w rękach czapkę,
przestępuje z nogi na nogę i w końcu odzywa się.
- To już pójdę.
Cyganka widząc jego zawstydzenie uśmiecha się filuternie, zagarnia
włosy za ucho , lekko głowę przekrzywia .
- Dziękuję.
Chłopak się kłania cofając i o mało z wozu nie spada na ziemię. Ogólną wesołość
budzi ta scena. Ale nie złośliwą , a przyjazną. Cyganie Józka poklepuj po
plecach w podzięce.
Kowal dzieciarnie wiejską zagarnia .
- Do domu, bo was Cyganie zabiorą –śmieje się – zwłaszcza co ładniejsze
panny.
Ale Józek już w to nie wierzy. Po co Cyganom wiejskie dziewuchy jak u
nich takie piękne własne.
Tymczasem mężczyźni konie przykrywają derkami. Do wozów przywiązują. Ze
studni u sołtysa wodę, do wiader przytroczonych z tyłu wozów, nalewają. Zwierzęta
poją. Najpierw konie trzeba oporządzić, to nie tylko ich środek transportu, to
i źródło zarobku.
Rozpalają ogień, rozgrzewają cynę. Ludzie ze wsi znoszą kany, kotły i
garnki. Cierpliwie czekają na pobielenie i naprawę. Dzieciaki podchodzą jak się da najbliżej, żeby
zobaczyć, co Cyganie robią. Dorośli garnki i patelnie oglądają. Kobiety
chustki, które Cyganki na sprzedaż oferują, w rękach miętoszą. Ale ręki do
wróżenia żadna dać nie chce. Boją się swoją przyszłość poznać, a może pieniędzy na takie fanaberie szkoda. Mężczyźni
uprzęże końskie ozdabiają, też na sprzedaż wystawione. Dzieci cygańskie stoją
obok matek, niepewnie rozglądają się po wsi.
W kuźni też robota wrze. Konie taborowe nowych podków potrzebują. Kowal
z pomocnikiem się uwijają. Co rusz musi Józka do porządku przywołać, bo chłopak,
zamiast do ognia dokładać, na pole wygląda.
- Zamiast konia to woźnicę podkujesz, jak tak dalej będziesz się tam
gapił. Co jest ? Czar czy urok na ciebie rzuciła – śmieje się Stefan ze swojego
pomocnika.
Pod wieczór tabor się pakuje. Cyganki na wozy ładują garnki, koce i to
co od gospodarzy kupiły – jajka, sery, kury. Dzieciaki zaganiają do wozów.
Mężczyźni zaprzęgają konie. I w końcu tabor rusza.
Daleko przed nocą nie dojadą. Rozkładają obozowisko w pobliskim
zagajniku. Między wozami rozbijają jeden
duży namiot. Przed nim rozpalają ognisko. Na metalowym trójnogu wieszają
garnek, w którym przygotowywać będą kolację. Kobiety siadają wokół na
rozłożonych kocach, dywanach lub małych stołeczkach.
Do przygotowanego posiłku wszyscy siadają razem. Gwarno, wesoło.
Dzieciaki się przepychają, a młodzież flirtuje. Po kolacji krąg tworzą wokół
ogniska. Rozmowy stają się coraz spokojniejsze, aż w końcu ktoś zaczyna
śpiewać. Kto inny wyciąga skrzypce i zaczyna się wspólne śpiewanie.
***
Józek nie może spać. Na posłaniu w kącie kuźni się przewraca. Rozpaloną twarz odwraca w
kierunku uchylonego okienka. Przez brudne szyby widzi skrawek granatowego
nieba, usianego w tę wiosenną noc gwiazdami.
Wstaje. Chodzi z kąta w kąt. W końcu wrota otwiera i wychodzi przed
kuźnię. Gdzieś z oddali dźwięki cichej muzyki niosą się po nocy. Skrzypce
płaczliwie zawodzą do wtóru kobiecym głosom. Józek nie może ustać na miejscu.
Idzie pewnym krokiem przez cichą i ciemną wieś, ale im jest bliżej cygańskich
wozów krok staje się niepewny, aż w końcu chłopak zaczyna się skradać. Myśli tylko o dziewczynie , która nad głową ma
tylko te gwiazdy. Chce ją jeszcze raz zobaczyć, chociaż z daleka. Rano już
taboru tutaj nie będzie.
Na nic się zdało ukrywanie, zaraz go dzieciaki zauważyły i doniosły
starszym. Na spotkanie wyszedł woźnica, któremu Józek dzisiaj pomógł konia
okiełznać.
- A kogo ja tu widzę ! Chodź, chłopcze, do nas! Jak ci na imię ? – rękę
wyciąga na powitanie
- Józek – cicho odpowiada chłopak, rozglądając się wokół .
- A kogo Józek tak szuka ? – z uśmiechem pyta Cygan
- A bo ja … - jąka się przybyły, co wywołuje wśród zgromadzonych
powszechną wesołość. Ale nie ma w tym złośliwości, raczej pobłażanie i sympatie
dla zakochanego młodzika.
- Pewnie Lali naszej szuka ? – śmieje się starsza kobieta. Ognisko
oświetla jej pomarszczoną, tajemniczą twarz – Józek jej dzisiaj pomógł , to i
pewnie po zapłatę przyszedł jaką .
- Ja… ja… - Józek zawstydził się, chciały stąd uciec jak najszybciej,
ale ten, co go witał, ramieniem go objął i koło ogniska usadził. A z namiotu,
przy wozie rozpiętym, wyszły dwie dziewczyny. Obie długowłose, w kolorowych
spódnicach i białych bluzkach. Chłopak swoją Lalę wszędzie by poznał, nawet w
takiej ciemności. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego i razem z przyjaciółką
przy ognisku na ziemi siadły.
- Nie wstydź się, siadaj z nami. Naszej muzyki posłuchasz, z nami się
poweselisz.
***
Rano kowal otwiera wrota kuźni. Do wnętrza wpada światło słoneczne, w
którego promieniach wirują drobinki kurzu. Pies jak zwykle pod nogami
się plącze.
- Józek ! – woła kowal. Odpowiada mu cisza. - Józek ! – znów nic.
Kowal na tył kuźni, za palenisko idzie, zagląda na posłanie chłopaka. Nie ma na
posłaniu koca. Zniknął kubek, co na parapecie
okienka stał. I tobołka z ubraniami nie ma. Tylko proca, z której
Józek do wróbli strzelał ,na stołku została.
Stefan przed kuźnię wychodzi, papierosa zapala, zaciąga się głęboko, w
niebo spogląda i pod wąsem się uśmiecha.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz