W niedzielne, wiosenne, popołudnie przez otwarte okna do mieszkania wpadało tylko ćwierkanie zapracowanych ptasich rodziców, w koronach pobliskiego kasztanowca, próbujących nakarmić nienasycone dzioby swojego potomstwa.
Pan Władysław siedział przy stole na swym, mocno sfatygowanym, fotelu i pił poobiednią kawę z ulubionej filiżanki. Na starość, jak mówił, bardzo cenił spokój i codzienne rytuały. Córka, która od dwóch lat znów zamieszkała w rodzinnym domu, próbowała wprowadzić do mieszkania trochę nowoczesności. starszy pan czasem ustępował. Ale co do jednej rzeczy był nieugięty.
- Mój fotel usuniesz z tego domu tylko razem ze mną - odgrażał się, na każdą wzmiankę o fatalnym stanie mebla - To pamiątka! Oryginalny 'tabaka'.
To był jedyny przedmiot ich sporów i powód żartów.
- Tato - w otwartych drzwiach salonu pojawiła się młoda kobieta. W ręku trzymała dziecięcą koszulkę, jakby tylko na chwilę oderwała się od prasowania - Zabierzesz dzisiaj Pawełka na spacer ?
To pytanie również należało do niedzielnego rytuału tego domu. Pan Władysław czekał już na nie od kilku minut. Wiedział, że córka chce chociaż przez chwilę odpocząć od dociekliwych pytań swojego rezolutnego synka i spacer z dziadkiem był doskonała okazją. Zwłaszcza, że dziadek nigdy się nie wzbraniał od tego obowiązku. Miał w małym Pawle towarzystwo i wdzięcznego słuchacza.
- Spacer! - do pokoju wpadł, w podskokach, chudy chłopiec. Jego, obcięta na pazia, blond czupryna podrygiwała w rytm podskoków dziecka - Dziadku, dziadku, na spacer!
Chwycił starszego pana za rękę.
- Idziemy? - z niepokojem spojrzał dziadkowi w oczy. Ten uśmiechnął się tylko i kiwnął potakująco głową.
- Tylko bądź grzeczny i słuchaj dziadka! - nakazała, z udawaną surowością, matka chłopca.
Pan Władysław z niejakim trudem uniósł się z fotela, podpierając się dłońmi na rzeźbionych podłokietnikach.
- No to w drogę!
Wyszli z chłodnego mroku kamienicznego korytarza na osłonecznioną ulicę. Oczy powoli przyzwyczajały się do majowego blasku. Ruszyli na wschód. Najpierw przez Plac Niezłomnych, nazywanych wciąż plantami. Pawełek przez chwilę pobawił się w fontannie. Dziadek pozwalał mu na to, mimo że zawsze kończyło się to zazwyczaj mokrymi butami, a czasem i głową. Zanim wrócą do domu dzieciak wyschnie, a niech ma trochę zabawy - myślał dziadek. Uważał, że córka jest nadopiekuńczą matką i odrobina kontrolowanej swobody chłopcu się przyda. Pewnie dlatego wnuk tak chętnie wychodził z dziadkiem. Mógł wtedy wspinać się na drzewa, huśtać na sznurowej huśtawce, powieszonej na wierzbie nad wodą czy wspinać się na wysokie skarpy nad jeziorem i zsuwać się z nich, brudząc się niemiłosiernie.
Gdy zabawa w wodzie dziecko znudziła ruszyli dalej. Minęli Rynek i weszli w ruchliwą, nawet w niedzielę, ulicę Wrzesińską.
- Dziadku, dlaczego nie idziemy nad jezioro? - zainteresował się nagle chłopiec. W jego głosie nie było niepokoju, raczej ciekawość. Lubił spacery z dziadkiem. Również dlatego, że nieodmiennie kończyły się w kawiarni "Magdalenka", na lodach lub ciastku. Ale też dlatego, że dziadek miał dla malca znacznie więcej cierpliwości niż matka i odpowiadał na wszystkie pytania.
Paweł lubił słuchać opowieści pana Władysława o ulicach, kamienicach i ich dawnych mieszkańcach. Świat dziecka dzięki temu zapełniały konne powozy, jarmarkowe stragany, żydowskie sklepiki, biegający na posyłki, oblepieni drewnianymi wiórkami, pomocnicy stolarzy, grała orkiestra nad jeziorem, a ewangelicy szli do swego kościoła. Swarzędz z opowieści dziadka zdawał się być znacznie ciekawszym miejscem.
Pan Władysław nie odpowiedział na pytanie wnuczka. Coś go dzisiaj pchało na Wrzesińską. Wkrótce zatrzymali się przed dziwaczną kamienicą. Wyglądała jak dziecięca budowla z klocków, pozlepiana w całość z, pozornie niepasujących do siebie, części. Z jednej strony wygląda jak budynek jakiegoś urzędu, z drugiej pięły się w górę wysokie, spadziste dachy, by od wschodniej strony zaskoczyć architekturą ogrodowej willi w jakimś kurorcie.
Dziadek podszedł do drzwi, ozdobionych kutymi girlandami i zatrzymał się przed czarną tablicą. Jego twarz, okolona aureolą siwych włosów, odbiła się niewyraźnie w błyszczącej powierzchni granitu, litościwie zacierając ślady długiego, pracowitego życia.
- 1881-1945 - przeczytał na głos
Dziecko, jakby czuło, że nie powinno przeszkadzać, stało milczące, spoglądając na wyrytą w kamieniu postać i na dziadka, który wpatrywał się w skupieniu w pamiątkową tablicę. W zmarszczkach na policzku nagle pojawiła się łza.
- Może to właśnie w taki dzień jak dziś - mruknął do siebie starszy pan.
Malec niecierpliwił się przedłużającą ciszą,przestępował z nogi na nogę. W końcu nie wytrzymał
- Dziadku, dlaczego płaczesz? Przez tego pana? - dziecko wskazało na portret na ścianie.
Pan Władysław szybko otarł łzy dłonią i z trudem uniósł wnuka z chodnika.
- To Pawełku jest pan Antoni Tabaka. To ...- zamilkł na chwilę, próbując znaleźć słowa, które zrozumie ten mały człowiek i które choć w części oddadzą to, co chciałby mu powiedzieć - To człowiek, dzięki któremu mówimy, że Swarzędz drewnem stoi.
Postawił dziecko na ziemi i jak się spodziewał usłyszał
- Dlaczego ?
- Bo to pan Tabaka zbudował w Swarzędzu największy i najnowocześniejszy zakład stolarski swoich czasów.
Starszy pan wziął wnuczka za rękę i ruszyli wokół willi Tabaki. Minęli wnękę, z białymi kolumnami i niewielkim tarasem na parterze. Potem obrośnięte różami wejście na posesje i skręcili za róg, gdzie, od wschodniej strony, dom prezentował się najlepiej.
- A gdzie jest ten zakład? - Paweł zaczął rozglądać się ciekawie po zarośniętym chwastami placu na tyłach domu.
Dziadek westchnął.
- Kiedyś tu był. Ogromne budynki Fabryki Stołów i Krzeseł Antoniego Tabaki. Zmechanizował produkcję. Pierwszy wprowadził do fabryki maszyny parowe. - popatrzył na szeroko otwarte oczy wnuka - Były wielkie, potężne, sapały jak największe lokomotywy, jakie widziałeś.
Spróbował przybliżyć dziecku potęgę i moc ówczesnej technologii. Oczami wyobraźni widział ceglane budynki dawnej fabryki, komin wznoszący się wysoko i plujący w niebo dymem przez całą dobę. Ciagły stukot maszyn wydobywający się z wnętrza fabrycznych hal. Robotników, mijających się w drodze, na kolejną zmianę. Świst gwizdków oznaczających koniec pracy jednych i początek zmiany drugich.
"Bez nich nie ma fabryki Tabaki, a bez fabryki Tabaki oni nie mają pracy" - powtarzał przedsiębiorca. Czuł się odpowiedzialny za losy pracowników i ich rodzin. Nie każdy to rozumiał. Ale on czuł się odpowiedzialny, za ludzi, za to miasto, które wybrał do życia. Dla siebie i dla swojej rodziny.
W 1905 roku ożenił się z córką swojego szefa Marią Olgą Knade. 'Wżenił się' powiedzieli niektórzy. Może. Całe szczęście miłość nie napotykała już dawnych przeszkód klasowych i społecznych. Rodziły się dzieci. Najpierw Helena, cudowna pierwsza córeczka, na której punkcie oszaleli młodzi rodzice. Potem Stefan, upragniony przez każdego ojca syn. Niestety, po roku dziecko zmarło, pozostawiając w żałobie rodziców i dziadków. W 1909 roku zmarł Henryk Knade, senior rodu i warsztat w całości przejął Antoni.
Był pełen energii i pomysłów. Miał dla kogo pracować. Dzieci sypały się jak z rogu obfitości ; Edmund, Irena, Walerian, Roman.
Ogród wokoł domu rozbrzmiewał dziecięcym śmiechem i zabawą.
- A potem przyszła wojna - powiedział na głos, czym wzbudził zainteresowanie wnuka
- Ten pan, pan Antoni był na wojnie ?
- Był, ale krótko. Bo widzisz, Pawełku, pan Antoni zawsze mówił, niech każdy robi, to co umie najlepiej. A on się do niszczenia nie nadawał. On umiał tworzyć.
Uśmiechnął się pan Władysław pod nosem. Jak to nazywali lekarze wojskowi podczas pierwszej wojny? "Polska choroba" Żołnierze ostrzykiwali sobie stawy kolanowe wodą, obcinali palce u rąk lub niby przypadkiem ranili z broni palnej. Wszystko po to, żeby uniknąć udziału w nieswojej wojnie.
"Nie każdemu chłopakowi proch pachnie" - mawiaj ojciec pana Władysława, gdy ten był tylko trochę starszy niż Paweł.
Pan Tabaka też postrzelił się w stopę, dzięki czemu wrócił do domu. Okupił to utykaniem do końca życia, ale widać uznał, że warto.
- Widzisz Pawełku, po tej wojnie przyszła niepodległość, prawdziwa wolność. Zakład Tabaki rozwinął skrzydła.
Nieszczęścia nie omijały rodziny Tabaków. Najpierw pod pociąg wpadł najstarszy syn, Edmund. Jednak największa tragedia wydarzyła się po Bożym Narodzeniu 1926 roku. - westchnął ciężko.
- Co się stało, dziadku, co się stało? - niecierpliwił się chłopiec
- Walerek i Roman, synowie pana Antoniego. Żywe srebra, jak to się mówi, pełno ich wszędzie było. Zawsze w ruchu, zawsze gdzieś biegli i gdzieś się spieszyli, zawsze razem. Pod choinkę dostali w prezencie nowe łyżwy. Najchętniej od razu pobiegliby nad jezioro je próbować. Rodzice ulegli ich prośbą, ale ostrzegali, żeby uważali, bo Jezioro Swarzędzkie nigdy do końca nie zamarza. Tam gdzie przecina je Cybina,nawet podczas siarczystych mrozów, lód jest zawsze słaby i niepewny.
Zamyślił się na chwilę starszy pan.
- Dzieci jak to dzieci. W ferworze zabawy zapomniały o przestrogach. Lód się pod nimi załamał. Obaj utonęli.
Zakończył. Ogrom tragedii przytłoczył rodzinę. Ludzie szeptali, że to klątwa jakaś. Każdy szuka sensu , gdy nieszczęście przerasta wyobrażenie. Pogrzeb zgromadził tłumy swarzędzan. Jedni chcieli wesprzeć swą obecnością ducha pogrążonych w żałobie rodziców, inni popatrzeć.
Nigdy więcej Antoni Tabaka nie poszedł nad jezioro , mimo że orkiestra w Ogrodzie Marco nadal grała.
- Po śmierci synów pan Antoni rzucił się w wir pracy. Ten zakład stał się jego ucieczką przed widokiem zrozpaczonej żony, przed poczuciem winy, jego domem. Jego dziełem życia.
To właśnie wtedy postawił na nowości technologiczne. Podjął współpracę z tartakiem Zawidzkiego, swojego późniejszego zięcia. Chcąc rozreklamować Swarzędz miasto stolarzy i swój zakład zaangażował się w organizację targów meblowych . Były sukcesem, jak wszystko czego się podjął. Na kolejne targi w 1934 roku wybudowano w Swarzędzu Halę Meblową. I znów sukces. Eksport z Fabryki Stołów i Krzeseł Tabaki szedł do Niemiec, Rosji, Turcji. Katalogi mebli rozsyłane były po całej Europie. I gdy wydawało się, że już tylko będzie lepiej nadeszła wojna.
- Wojna? Dziadku, ale już mówiłeś o wojnie !- wnuczek szarpnął dziadka za rękę, jakby bał się, że dziadek się pomylił.
- Tak, Pawełku, wiem. Ale przyszła kolejna, druga wojna światowa, jeszcze okropniejsza niż ta poprzednia.
Dziecko otworzyło tylko usta ze zdziwienia
- Fabrykę mebli przejął okupant. Zarządcą został Irschik estoński Niemiec. Zaczęła się niewolnicza praca dawnych robotników.
- A pan Antoni?
- Większość właścicieli z tej okolicy została wysiedlona do Generalnej Guberni. Pan Antoni z rodziną wyjechali do Warszawy
- A jak już wojna się skończyła, to wrócili do Swarzędza, do domu? - dopytywał się niecierpliwy sześciolatek
Pan Władysław wziął wnuka za rękę i ruszyli w drogę powrotną. Przystanął jeszcze raz przed tablicą pamiątkową na kamienicy przy Wrzesińskiej 24.
- "W 65 rocznicę śmierci" - przeczytał napis - W 1945 roku, w maju, może w takim pięknym wiosennym dniu jak dziś, pan Antoni zmarł w Austrii, w obozie w Mauthausen. Tuż po jego wyzwoleniu.
- A jego żona wróciła ?
Pan Władysław przecząco pokiwał głową. Nie chciał opowiadać dziecku o potwornościach obozu koncentracyjnego. Pani Maria Tabaka przeżyła tyle osobistych tragedii, utratę majątku, Powstanie Warszawskie, by w końcu trafić do obozu koncentracyjnego Rovensbruk, gdzie zmarła na tyfus w lutym 1945 roku.
Zamilkł starszy pan, wspominając czasy, gdy jego ojciec przyprowadzał go tu każdego roku. Pod Zakład nr 2 Swarzędzkich Fabryk Mebli i pod ten dom z wieżą, teraz bez hełmu, z której pan Antoni Tabaka spoglądał na swój zakład i swój Swarzędz.
- Człowiek żyje dopóki żywa jest pamięć o nim. - zacytował na głos słowa swego ojca
- Dziadku, a ty skąd tak dobrze znasz historię Tabaki?
- Opowiadał mi ją mój tata.
- A on skąd ją znał?
- Bo widzisz Pawełku, pan Antoni był przyjacielem mojego ojca, w czasie, gdy byli tylko biednymi czeladnikami. I nawet, gdy został bardzo bogatym człowiekiem, nigdy o przyjacielu nie zapomniał. I mój ojciec obiecał, że nie pozwoli, żeby pamięć o panu Tabace umarła.
Starszy pan dotknął czarnej tablicy, jakby żegnał się i spojrzał z góry na kolorową czapeczkę chłopca. Twarz mu się rozpogodziła.
- To co Pawełku, idziemy na lody ?
Wnuczek podskoczył i klasnął z zachwytu w dłonie. A potem chwycił dziadka za rękę i ruszyli razem, w kierunku Rynku.
"Niech prawda nie stanie na drodze dobrej opowieści" Zachęcam do pozostawienia komentarza. Nie ma nic lepszego niż poznanie czytelnika.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
-
Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej p...
-
W styczniu 1945 roku świat niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął się zmieniać. Niemcy ...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz