wtorek, 12 maja 2020

Kraina aksamitnego wiatru

Kąty Rybackie dawniej
Podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Zwłaszcza teraz, gdy już minęli ten śmieszny, jak zbudowany z klocków, dom podcieniowy w Żuławkach. I gdy przejechali przez przerażający most pontonowy w Drewnicy. Przemek straszył tą przeprawą swoją o trzy lata młodszą siostrę od momentu, gdy w Gdańsku wsiedli do autobusu. Dziewczynka jak zahipnotyzowana patrzyła nad uginające się pod ciężarem autobusowych kół metalowe pływaki. Jakby mogła siłą woli powstrzymać katastrofę. Liczyła pokonywane metalowe łączenia za każdym razem widząc jak pływak zanurza się w wiślaną toń. Nie patrzyła na gnącą się na wietrze trzcinę, na ogromne liście grzybieni kołyszące się na falach wzniecanych przez ruch na moście, ani łódki obijające się od pobliskiego pomostu. Jej uwagę pochłaniała woda, której się bała i która ją fascynowała. Ilekroć patrzyła na lustro wody widziała bezkresną głębinę, która kiedyś ją pochłonie.
Brat szturchnął Lonię
- Patrz
- No przecież patrzę - dziewczynka zamrugała oczami, jak wyrwana z głębokiego snu
- Tam, na słupie . Bociany! - chłopak był podekscytowany widokiem kolejnego bocianiego gniazda.



Biało czarny ptak wdzięcznie wyginał swoją długą szyję i klekotał zapamiętale. A potem spłynął na pole na rozpostartych, nieruchomych skrzydłach.
 Autobus zatrzymał się na przystanku, którym to już w dwugodzinnej podróży? Za budką przystanku stał biały dom, kolejny dom z wielką werandą, zamkniętą kratownicą z maleńkich szybek. Nad nisko osadzonymi oknami, przez które nawet Lonia, mimo swych kilku lat,  mogła wyskoczyć, piętrzył się wielki dach, pokryty lawiną ciężkich dachówek. Jakby swoim ciężarem wgniatał w wilgotną ziemię maleńki domek. Może rzeczywiście tak było, bo okienka co roku wydawały się być niżej nad ziemią - pomyślało dziecko.
Jechali teraz wzdłuż sosnowego lasu. Słońce przebijało się przez wysoko osadzone korony drzew i jasnymi plamami oświetlało wilgotne mchy. Zatrzymywali się na przystankach, przy których nie widać było żadnych zabudowań. Domy pojawiały się rzadko i były do siebie podobne. Może niektóre trochę większe. I okiennice w jednych pomalowane na zielono, a winnych szare od wiatru, deszczu i słońca. Przy każdym ławka pod oknem od strony ulicy, jakby tu zawsze ktoś kogoś wypatrywał, na kogoś czekał.
- Sztuthoff - powiedziała nagle mama - niedługo wysiadamy.



Lonia przycisnęła znów nos do szyby, jakby chciała między drzewami wypatrzeć baraki i wysokie płoty z drutu kolczastego. Poprzednim razem nie wpuszczono jej na teren muzeum. Była za  mała na okrutny obraz tego miejsca. Została z innymi dziećmi w pokoju zabaw, z którego roztaczał się widok na wieże strażnicze i ponure baraki. Nie rozumiała technologii i ekonomii tej gałęzi przemysłu wojennego, bo nikt normalny tego nie jest w stanie pojąć, ale czuła grozę tego miejsca.
Przecisnęli się do wyjścia i w napięciu obserwowali przesuwający się za oknem krajobraz. Jechali przez las, z którego najpierw wyłoniła się leśniczówka, a zaraz za ostrym zakrętem otworzył się widok na wioskę, Kąty Rybackie. Przemek podskakiwał na dolnym stopniu schodów  i wyskoczył na zewnątrz, gdy tylko kierowca otworzył drzwi. I pognał jak wystrzelony z procy, przez trójkątną połać łąki, omijając pasącego się tam gniadego ogiera, prosto do ich ukochanej rybakówki.
Lonia wahała się. Popatrzyła na mamę, której uśmiech starł z twarzy ślady zmęczenia i po chwili pognała za bratem, znacznie szerszym łukiem omijając przerażająco wielkie zwierzę.
 Bagaże stały na chodniku. Aksamitny, pachnący wodą i lasem, wiatr zdawał się obejmować kobietę w powitalnym uścisku, I pomyśleć, że zawdzięczała to wszystko lekarzowi, który powiedział, że na nawracające choroby gardła dzieci dobra byłaby zmiana klimatu. Najlepiej na nadmorski. Dzieciaki rzeczywiście znacznie mniej chorowały od trzech lat, gdy zaczęli tu przyjeżdżać. Ale kto wie, czy najbardziej te wyjazdy pomagały jej.
[][][]
Przy ogrodzeniu, opierając się ręką o metalowy słupek, stał pan Wiktor. Siatka zastąpiła stary, drewniany płot, który spróchniał i przewrócił się dawno temu, ale jego pozostałości nadal tkwiły między pniami dziko rosnącego bzu. Nowy płot nijak nie pasował do starego ceglanego domu z niebieskimi okiennicami i oszklonymi werandkami. Obok jednej z nich stała przyklejona do ściany ławka, na której rezydował gospodarz i z której podnosił się za każdym razem, gdy przyjeżdżał autobus PKS. Jakby chciał przyjrzeć się lepiej przyjeżdżającym.
Ale dzisiaj czekał na swoich wczasowiczów. Nie wiadomo czy ich rozpoznał, ale pomachał do biegnących dzieci, a te na ten znak jeszcze przyspieszyły. Zdyszane dobiegły do pana Landowskiego i stanęły przed nim, nagle onieśmielone.
- A kogo my tu mamy, rybeńki moje - przywitał ich starszy pan. Mówił wolno, a niski głos zdawał się wydobywać z głębi jego zwalistego ciała. Rolnik spod Lwowa, którego historia i własna ciekawość, przywiodły na Pomorze Gdańskie mówił językiem, nie zawsze zrozumiałym. Często z nich żartował i się z nimi droczył, ale serdeczny uśmiech nie schodził z jego twarzy. Wyciągnął do nich ogromną prawicę, którą uścisnęli z namaszczeniem. Mężczyzna obejrzał się.
- A gdzie mama? - dzieci jak na komendę wskazały w kierunku nadchodzącej kobiety, a same nie czekając popędziły ścieżką obok ławeczki, wzdłuż ceglanej ściany, na południową stronę domu. Drzwi dużej, oszklonej werandy były otwarte na oścież. Dzieci wbiegły do środka z radosnym powitaniem. Pani Klara, malutka, przygarbiona kobieta przestawiała akurat na płycie wielkiego kaflowego pieca garnki. Odwróciła się do nich w swój niepowtarzalny sposób, powoli szurając po podłodze małymi stopami obutymi w ogromne czarne kapcie. Usiana drobnymi zmarszczkami twarz rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.
- No jesteście wreszcie! Sami przyjechaliście? - zażartowała. Utykając i podpierając się o oparcia krzeseł ruszyła w ich kierunku. Przytuliła dziewczynkę, aż ta poczuła na policzku krochmalony materiał jej biało niebieskiego fartucha, a Przemkowi zmierzwiła ciemną, krótko przystrzyżoną czuprynę. Mówiła z tym samym zaśpiewem co jej mąż, często zamieniając o na u, ale zrozumieć było ją łatwiej. - Wiktor od rana na ławce siedzi i na was czeka. A gdzie on jest?
Tymczasem pan Wiktor wziął od mamy torbę podróżną i szli wolno, rozmawiając. Widać było u nich ciekawość siebie i serdeczną zażyłość dobrych znajomych. A ta przyjaźń zacieśniła się poprzedniego lata.
Gdy wówczas przyjechali do Kątów pan Wiktor nie czekał na nich przy płocie. Zaniepokoiło to mamę. Od razu poszła do mieszkania gospodarzy. Pani Klara nie była skora do rozmowy, kręciła się po całym domu i wyraźnie czegoś  szukała. Powiedziała tylko, że Wiktor chory i że lekarz już był. Zaprzyjaźniony wczasowicz z ośrodka Słoneczko  pojechał do Stegny, do apteki, wykupić lekarstwa. Po jakimś czasie gospodyni pojawiła się na werandzie z czarnymi, wyjściowymi, butami męża i zaczęła je starannie czyścić.
- Co pani robi? - zapytała mama, wracając od łózka chorego, któremu zaniosła gorącą herbatę.
- Buty czyszczę - spokojnie oznajmiła starsza pani.
- Po co? - mama zaczęła podejrzewać, co usłyszy,  chociaż nie mieściło jej się to w głowie.
- Do trumny - pragmatyzm rybaczki był porażający.
Mama wyrwała jej buty, zamknęła w pudełku i kazała kobiecie ugotować rosół, żeby wzmocnić chorego męża. Pani Klara, a może nawet bardziej Wiktor, była mamie potem niezmiernie wdzięczna za trzeźwą ocenę sytuacji.
Pan Wiktor wkrótce wyzdrowiał i uwędził dla nich na pożegnanie pyszne, tłuste węgorze.
[][][]
A  mama już wchodziła do domu. Bagaż zostawiła panu Wiktorowi i pospieszyła za dziećmi.
Kobiety uściskały się serdecznie.
- Ale wyrosły te pani pociechy.- zachwyciła się pani Klara i zaraz załamała ręce -  I jeszcze chudsze niż były. My się już tu nimi zajmiemy. Siadajcie , siadajcie. - wskazała na ławkę za ogromnym kuchennym stołem.
Jak zwykle panował tu niesamowity bałagan. Poduszki, ręczniki, poszewki walały się na stole i krzesłach. Najpierw trzeba było dla nich znaleźć miejsce i dopiero samemu usiąść. Z ogromnej, przeszklonej werandy na południowej stronie domu wpadało mnóstwo światła oświetlając mroczne niskie wnętrze.
Państwo Landowscy ciekawi byli wszystkiego, co się u nas wydarzyło przez ten rok. Co ze starszymi dziećmi. Jak w szkole, jak zdrowie. Sami też chętnie opowiadali o tym, co się działo w Kątach. Opowieści bieżące mieszały się z przeszłymi. Mama przywiozła z domu placek drożdżowy, specjalnie upieczony i wieziony przez pół Polski na tą okazję. Rozpakowała foremkę i kroiła sfatygowaną słodycz.
Dzieci szybko znudziły się gadaniem dorosłych. Zaczęły niespokojnie wiercić się. Wychodzić na werandę i z utęsknieniem patrzeć na podwórko. Pan Wiktor zerkał na nich z uśmiechem i w końcu powiedział
- A biegnijcie wy tam do obory, kurom jajka pozbierać
Nie było im trzeba dwa razy powtarzać. Po dwóch kamiennych schodkach wyskoczyli na zewnątrz i pognali do obórki za domem. Wysokie pokrzywy parzyły im łydki, ale dzielnie przedzierali się do kurnika. Drzwi zamknięte były na żelazną zasuwę. Chłopak zaparł się z całej siły i popchnął żelazną sztabę. Drzwi uchyliły się ze zgrzytem. W słonecznym świetle padającym z niewielkich okienek widać było wirujący w powietrzu kurz. Pachniało słomą i sianem. Kury korzystały z piaskowych kąpieli na zewnątrz i w gniazdach umieszczonych w drewnianych budkach było pusto.
Żeby zajrzeć do budek musieli wspinać się na palce. Jajek było po kilka w każdym gnieździe , a oni nie wzięli żadnego naczynia. Dziewczynka podwinęła spódniczkę i zrobiła z niej prowizoryczny koszyczek. Okazało się, ze w ostatniej budce siedziała kura. Wystraszona ich wtargnięciem rozgdakała się przeraźliwie. Z zewnątrz zaczęły jej wtórować koleżanki. Jedno jajko wypadło z rączki dziewczynki.  Dzieciaki przyspieszyły swoją pracę. Resztę jajek chłopiec umieścił w zawiniętej koszulce i szybko, ale ostrożnie wyszli na zewnątrz. Stadko uspokoiło się zanim doszli do domu.
Gospodyni załamała ręce na widok jajek w spódniczce, ale rybak delikatnie wyciągał jajka z zawiniątek i umieszczał je w płaskim wiklinowym koszu. Żadne się nie stłukło.
- Mamo - zaczęły prosić dzieci - możemy kurom dać pić? Zupełnie nie mają wody w poidłach.
- To nie mnie pytajcie - uśmiechnęła się matka z rozczuleniem
- Pewnie, że dajcie wody. A umiecie studnie obsłużyć?
Pan Wiktor już podnosił się z krzesła. Siedzenie z kobietami w kuchni chyba też nie bardzo mu się podobało. Dzieci uwielbiały starszego pana. Miał dla nich całe morze cierpliwości i chętnie wszystko im tłumaczył. Równie chętnie wysługiwał się dzieciakami, więc korzyści były obopólne.
- To jeszcze mlecza z grządek im przynieście - zawołała za nimi Klarcia - Narosło tego diabelstwa w marchewce, że strach.
Przemek dopadł pompy i zaczął machać żelazną wajchą, ale ani kropla wody nie pojawiła się z drugiej strony.
- Poczekaj - pan Wiktor wolno sunął przez podwórko - Zmachasz się, a i tak nic z tego nie będzie. Widzisz ten garnek ?- wskazał na pokrzywione naczynie na koślawym stoliku pod drzewem - To daj.
Chłopak skoczył i przyniósł.
- A teraz z wiadra nabierz wody i nalej tu do środka pompy. o tak, od góry - wziął naczynie i powoli zaczął wlewać wodę do wnętrza pompy. Usłyszeli plusk napełniającego się zbiornika. - I teraz pompuj. Nie tak szybko, powoli, ale do końca.
Zamachnął się i bez trudu nacisnął na dźwignię, z którą Przemek miał przedtem nie lada problem.
- Teraz ty
Chłopakowi tak łatwo nie poszło, ale naparł całym ciałem żeby docisnąć dźwignie do końca.
- Jeszcze raz - zachęcił rybak
W końcu woda trysnęła z rury. Gospodarz podstawił ocynkowane wiadro, które szybko napełniło się lodowatą wodą.
Dzieci chwyciły uchwyt i usiłowały podnieść naczynie. Pan Wiktor uśmiechnął się jowialnie
- Następnym razem nalejcie wody do połowy, bo tyle to wy nie uniesiecie.
Wziął wiadro i wolno ruszył do kurzej zagrody. Dzieci niecierpliwie biegały od niego do kurnika i z powrotem. Kury ogrodzone były płotem ze starej sieci i wystarczyło zdjąć odczepić  siatkę ze słupka i już wchodziło się do środka. Starszy mężczyzna szurał roboczymi butami, z przydeptanymi piętami. Poruszał się z trudem, zaatakowane reumatyzmem stawy bolały przy każdym ruchu, ale uśmiech nigdy nie schodził z jego twarzy. Lubił dzieci. Oboje lubili i jedyne czego w życiu żałowali to tego, że mieli tylko jednego syna.
- Gdyby się inaczej ułożyło, gdyby się inaczej ułożyło - uśmiechali się do siebie czule.
Klara i Wiktor. W pokoju, nad łóżkiem wisiało ich wielkie zdjęcie ślubne. Zretuszowane i podkolorowane, jak to było kiedyś w modzie. Ona wciąż na niego gderała, on ciągle z niej żartował, ale świata poza sobą nie widzieli. On wysoki, wręcz zwalisty, poruszający się wolno i statecznie. Ona malutka, drobniutka, dopóki pozwalało zdrowie nie szła, tylko biegła.
[][]   2  [][]
Poranne słońce zaglądało przed postrzępione zazdroski na obłażących z farby okienkach rybakówki. Pająk rozpostarł delikatną pajęczynę między zielonymi okiennicami. Błyszczały na niej drżące diamenciki porannej rosy. Dziecko wyciągnęło dłoń w kierunku słonecznych promieni. Przenikały przez małe paluszki i rzucały na ścianę zabawne cienie.
Dziewczynkę obudziło skrzypnięcie drzwi wejściowych. Matka, jak co rano,  poszła do piekarni po świeże bułki i jagodzianki, które potem zabiorą na plażę. Za kilka minut kobieta wróci i pokój wypełni słodki zapach świeżego pieczywa. Przyjemność pozostania w łóżku walczyła z chęcią wybiegnięcia na spotkanie.
Brat spał w łóżku pod ścianą obok zimnego kaflowego pieca. Metalowe sprężyny skrzypnęły, gdy obrócił się na bok i nakrył kołdrą, jak tarczą przed dźwiękami i światłem. Nabierał siły przed kolejnym dniem nad morzem. Dzisiaj na pewno pójdą na plażę. Będą zbierać gałęzie, żeby zbudować ochronę przed wiatrem. Jeśli mama pozwoli, będą pływać w lodowatych wodach Bałtyku. Usta będą im sinieć, ale nie złapią nawet kataru.
Za ścianą słychać było krzątanie się gospodarzy. Szuranie stóp pana Wiktora i drobne szybkie kroczki pani Klary. Z portu nad Zalewem dobiegał terkoczący dźwięk silnika kutra. Za chwilę rozgdaczą się wypuszczone z kurnika kury, a potem gospodyni zawoła męża na śniadanie. Każdy poranek w Kątach Rybackich zaczynał się tak samo.
Usiadła na łóżku, żeby zobaczyć czy mama już wraca. Budynek piekarni, z wysokim kominem i zarośniętym ogrodem, widać było stąd między gałęziami bzu. Szła powoli w swej niebieskiej sukience w drobne białe kwiatki i uśmiechała się. W domu zawsze się gdzieś spieszyła, była wciąż zajęta i zmęczona. Tutaj ma dla nich czas i cierpliwość. Dziewczynka zabrała kilka kolorowych szmatek, pozostałości maminych fartuszków i spódnic. Poprosi mamę, żeby uszyła sukienki dla jej lalki. Zabawka siedziała sztywno w nogach łóżka. Dziecko przytuliło lalkę i przygładziła rączką sterczące złote loki.
Mama minęła drzwi ich pokoju i poszła do mieszkania gospodarzy. Pani Klary często prosiła wczasowiczów o pomoc. Mimo niespożytej energii wiek dawał jej się już we znaki. Kupowali dla niej chleb w piekarni, biegali do zaprzyjaźnionego rybaka po sandacze. Zbierali muszle, które kobieta tłukła na proszek i sypała kurom. Wielokrotnie Lonia i Przemek zajmowali miejsce w kolejce przed kioskiem spożywczym. Za wciśnięte w umorusane  łapki,  pieniądze kupowali kawę, batoniki prince-polo i masło, towar deficytowy.
Dwa razy w tygodniu wielki star chłodnia zatrzymywał się przed kioskiem, który doskonale był widoczny z domu państwa Landowskich. Wtedy ożywiał się pan Wiktor i wołała, w zależności od koloru samochodu.
- Elbląg przyjechał lub - Towar z Gdańska przywieźli.
A pani Klara zbierała dzieciaki i chętnych wczasowiczów, i biegła przez łąkę na zakupy.  Najpierw pytała sprzedawczynię, co przywieźli, a potem instruowała dzieci, o co mają prosić. Bywało, że zanim zbiegła się reszta mieszkańców, to Klara i jej goście mieli za sobą trzy nawroty kolejki.
Dziewczynka wyślizgnęła się z łóżka. Zimna metalowa rama wywołała dreszcze. Bose stopy zabębniły po drewnianej podłodze. Chwyciła przygotowaną koszulkę i spodenki. Chłodu starego domu skłonił ją do powrotu pod kołdrę.  Energia ją rozpierała. Po chwili kręcenia się pod ciepłą kołdrą wstała i ubrała się. Cicho, żeby nie budzić brata wyszła na podwórko. Wciągnęła w nozdrza żywiczny zapach wilgotnego powietrza. I pobiegła w ślady matki. Kobiety siedziały w kuchni przy herbacie. Dziecko wdrapało się na kolana matki. Przytuliła się do maminej piersi i słuchała rozmowy pałaszując z apetytem maślaną bułkę.
Nie zdążyła zjeść bułki, gdy w drzwiach werandy pojawił się Przemek. Zaspany chłopiec tarł pięścią lewe oko, kołnierzyk koszulki miał podwinięty do środka. Drugą ręką  przygładzał niesforną czuprynę. Usiadł za wielkim kuchennym stołem i oparł głowę na rękach, jakby chciał spać dalej. Pani Klara postawiła przed dziećmi parujące kubki kakao i poprawiła zawinięty kołnierzyk.
Najedzone i ostatecznie rozbudzone dzieci ruszyły na obchód podwórka. A kryło ono wiele tajemnic. Zarośnięte było niekoszoną, kłującą trawą i pokrzywami, które po wysuszeniu nadawały się do karmienia kur. Do poszczególnych miejsc wiodły tylko wydeptane przez gospodarzy ścieżki. Nie sposób było jednak uniknąć poparzenia przez pokrzywy i pogryzienia przez bytujące w tych nieużytkach komary. Ciekawość była silniejsza od bólu. Odkrywali w zaroślach stare maszyny rolnicze, kolorowe okiennice, które wiatr oderwał i nikt nie widział powodu, żeby je przykręcić ponownie, tajemnicze drewniane naczynia, których przeznaczenia nie mogli odgadnąć. Pan Wiktor nauczył ich, których miejsc powinni unikać, żeby nie narazić się na ukąszenie żmii. Chyba zamieszkała gdzieś w podmurówce domu i lubiła się wygrzewać na starych deskach, które bezładnie leżały tu i  tam.
 Po lewej stronie, za dziko rosnącymi krzewami widać było, ustawione do  nich tyłem, domki fińskie ośrodka wczasowego "Słoneczko". Skrzypnięcia drzwi i tupot stóp po drewnianych schodach słychać było często, chociaż nie widzieli nikogo.
Tutaj stała wędzarnia, a tak na prawdę wielka zardzewiała beczka przykryta grubą warstwą jutowych worków. Obok koślawy stolik do oprawiania ryb, dostosowany wysokością do wzrostu pana Wiktora, więc zajrzenie na blat było dla dzieci wyzwaniem.
Ale dzisiaj było w tym kącie podwórka coś niezwykłego. Srebrzyste wiadro, przykryte niegdyś niebieską pokrywą od kociołka, przyduszoną kamieniem. Przysłuchiwali się przez chwilę, w wiadrze coś się działo. Przemek nie wytrzymał. Z trudem dźwignął odrobinę kamień i kazał siostrze podnieść pokrywę. Dziewczynka zajrzała i wrzasnęła. Odskoczyła z przerażeniem, z pokrywą w dłoni. W wiadrze wiły się srebrne ... węże.
- Zakryj to, zakryj! - brat zdawał się być równie przerażony, ale zachował resztki zdrowego rozsądku, a raczej bał się, że ktoś odkryje, że zaglądali, gdzie im nie wolno. Węgorze zaczęły podnosić się w kierunku krawędzi wiadra.
Lonia rzuciła pokrywę i odsunęła się podrygując nerwowo. Chłopak opuścił trzymany kamień i też odsunął się od naczynia, prosto pod nogi nadchodzącego pana Wiktora.
- A co tu robicie? - śmiał się stary rybak - Nie wypuściliście ryb z wiadra?
Bez trudu podniósł  wieko i pomieszał wielką dłonią w wiadrze, A potem wyciągnął srebrzysty wijący się podłużny kształt.
- Tłuste sztuki - pokiwał głową. Włożył spowrotem i zamknął. - Dzisiaj wędzimy węgorze.
Lonia pobiegła do kuchni.
- Mamo, a pan Landowski będzie wędził węże - szepnęła jakby chciała to ukryć przed panią Klarą
- Węgorze, dziecinko, węgorze - siwa kobietka podeszła do niej opierając się o stół - Zobaczysz jakie to pyszne ryby są
- Ja nie będę ich jeść - wzdrygnęło się dziecko
Do kuchni wpadł Przemek
- Mamo, mamo! Będę wędził węgorze. Pan Landowski mi pozwolił
- To nie pójdziesz  z nami na plażę? - z rozbawieniem zapytała mama
Zawahał się. Obie propozycje spędzenia dnia były kuszące.
- Idź nad morze, idź, dziecino - uspokoiła rozterki dziecka gospodyni - Wiktor będzie wędził dopiero pod wieczór. Musi je dopiero sprawić i nasolić.


[][] 3 [][]
Droga ze wsi na plażę biegła przez las.  Wznosiła się i opadała między piaszczystymi pagórkami albo wiła się niczym żółty wąż nad błotnistymi dolinkami. Mama szła powoli piaszczystą ścieżką, a dzieci wbiegały na każdy pagórek, w większości porośnięte jagodami. Owoce już pojawiły się na krzaczkach, więc przystawali co chwilę i zajadali się granatowymi owocami. Buzie i ręce wkrótce pokryły fioletowe barwy, a drogi nie ubywało. Za każdym zakrętem wydawało się, że to już ostatnie wzniesienie, że to już ta ostatnia górka, z której można, nie oglądając się na mamę, zbiegać w szalonym pędzie wprost na plażę i zatrzymać się dopiero, gdy nogi ugrzęzną w miałkim piasku Mierzei.
 Las zdawała się niekończącą puszczą, która nie chce wędrowców wypuścić ze swoich objęć. W wierzchołkach sosen wiatr chichotał nad ich udręką, a skrzypiące pnie świerków drwiły z wędrowców. Spragnione, końca spaceru, dzieci dały się oszukiwać szumowi wiatru, biorąc go za odgłos morskich dal i wykrzykując na każdym zakręcie
- Słychać morze, słychać morze!
Ale to było tylko złudzenie.
Aż w końcu jest! Morze. Granatowy bezkres, który zdaje się wznosić od wąskiego paska plaży aż po horyzont. Rodzeństwo rzuciło się pędem z wysokiego wzniesienia w dół ku wodzie. Piasek wsypywał im się do tenisówek, by wreszcie obciążone nim buty pospadały z dziecięcych stóp. Nie oglądali się na zgubę tylko wpadli boso prosto do wody. Równie szybko wyskoczyli na ciepły piasek. Zimne wody Bałtyku na chwilę zniechęciły dzieci przed kąpielą. Na chwilę.
Zaraz bowiem wróciły do wody i brodziły w niej, szukając muszli i innych skarbów, które morze wyrzuciło na brzeg.
Mama schodziła przez wydmy na plażę. Wiatr rozwiał jej spódnicę, gdy wyszła zza osłony drzew. Poza nimi na dzikiej plaży nie było nikogo. W porcie widać żółto czarne kutry rybackie i kręcących się ludzi.
Wybrali, osłonięte wyrzuconym dawno temu na plażę, pniem drzewa i mama rozłożyła tam koc, kryjąc się przed wiatrem. Słońce raz wyłaniało się , raz chowało za gęstymi obłokami.  Droga przez las bardzo zmęczyła dzieciaki, więc niezwłocznie zabrali się za poszukiwanie w torbie bułek i jagodzianek. Mama wyciągnęła gazetę, a Lonia i Przemek zaczęli swą ulubioną zabawę.
Znosili do swojego obozu, jak nazwali miejsce powyżej mamy schronienia, najróżniejsze znaleziska. Drewnianą skrzynkę, która pewnie wypadła ze statku na pełnym morzu. Jakież to skarby w niej przewożono, nie zgadniesz. Kawał okrętowej cumy, którą ciągnęli we dwójkę i musieli odpoczywać po drodze, bo sił im brakło. I biało niebieskie styropianowe pływaki, które świetnie nadawały się do zabaw w wodzie. I oblepioną muszelkami deskę, która prawdopodobnie była częścią dna kutra. Muszle kaleczyły paluszki, ale nie powstrzymywało to przed dotykaniem ostrych krawędzi.
Ledwie uporali się z budowaniem swojego statku dalekomorskiego, którym ostatecznie stał się obóz, i biegli z kawałkiem znalezionej sieci i pomarańczową szmatką, która miała powiewać na maszcie ich łajby czyli wbitej głęboko w piach długiej gałęzi, gdy matka zarządziła odwrót.
- Jeszcze nie, jeszcze nie - marudziły płaczliwie, przerażone tym, ze ledwie stąd odejdą, a ktoś na pewno zajmie ich statek.
- Musimy iść. Obiecałam panu Wiktorowi, że przyniesiemy szyszek z lasu. - kobieta wyciągnęła z torby plażowej dwa jutowe worki. - Potrzebuje do wędzarni.
To była argument, z którym nie zamierzały dyskutować. Szybko zabrali swoje rzeczy i ruszyli w powrotną drogę. Jak zawsze, droga do domu wydaje się o wiele krótsza niż ta, w przeciwnym kierunku. Wkrótce przecinali "drewniankę", drogę przez las wybudowaną przez więźniów obozu Stutthof, która wyznaczała dwie trzecie trasy z plaży do wsi. Zaraz przy niej ,pod sosną, na piaszczystym wzniesieniu, mama położyła torbę plażową i zaczęli zbierać szyszki. Lonia i Przemek zbierali na wyścigi, a mama tylko trzymała worki, żeby zbieraczom wygodnie było szyszki wsypywać do środka. Wkrótce szare, pękate worki, stały na polance. Jeden wzięła mama, a drugi, chwyciwszy z dwóch stron, dzieci ciągnęły za sobą. Dobrze, że do rybakówki stąd było już niedaleko.
Pan Wiktor, pochylony nad stołem obok wędzarni, z czymś się trudził. Rzucili worki obok i już wisieli uczepieni stołu z obu stron rybaka. Popatrzył na nich z góry. Przemek wystawał chociaż trochę nad krawędź blatu, a dziewczynka podskakiwała, żeby zobaczyć cokolwiek, Podsunął jej litościwie pod nogi mały stołeczek, dzięki czemu mogła w końcu zobaczyć, co się tu dzieje.
Na stole rozłożone były wypatroszone, przecięte wzdłuż, węgorze. W powietrzu unosił się zapach ryb i soli. Biało czarny kot, z nienaturalnie okrągłym brzuchem siedział bez ruchu na skrzynce pod jabłonką.
- Obżarty - ruchem głowy wskazał na niego pan Landowski. - Jeśli nie pęknie, to będzie cud.
Rąk mężczyzna nie odrywał od roboty. Sztywnymi palcami brał wykałaczki zrobione z zapałek i przekłuwał naciętą skórę węgorzy, tworząc w ich brzuchach drewnianą drabinkę.
- Co pan robi? - zapytał chłopiec
- Podpórki, żeby ryby się dobrze uwędziły. Żeby dym mógł dostać się do środka.
Robił to powoli i dokładnie. Potem podniósł worki i odsunął metalową pokrywę wędzarni. Ze środka pachniało suchym drewnem i wędzonymi tu przez lata rybami. Mężczyzna wyciągnął ze środka metalowe szpikulce, na które nadział głowy węgorzy. Srebrzyste firanki wkładał po kolei do beczki i poprawiał ryby tak, żeby nie stykały się ze sobą.
- No serdeńko, teraz będę potrzebował ten stołek - dziewczynka zeskoczył na piasek, a pan Wiktor ciężko usiadł na niskim zydelku, przed wykopaną pod beczką niewielką dziurą, osłoniętą po bokach dużymi pustakami.
Nie odrywali oczu od tego, co robił pan Landowski. Nie słyszeli nawoływań matki. Nie dali się zabrać na obiad. Nie czuli głodu.
Rybak podpalił kawałek papieru i podsunął pod ułożony stosik suchego drewna. Niewielkie deszczułki zajęły się szybko i gryzący dym uleciał w górę. Mężczyzna zakasłał, a potem metalową szufelką wsunął ogień pod beczkę. Dokładał kolejne kawałki drewna uważając, żeby ogień nie dosięgnął ryb. Kiwnął ręką na Przemka, żeby ten przysunął mu worek z szyszkami i pozwolił chłopakowi dorzucać do ognia, żeby wzmocnić dym.
W końcu żar pod beczką był odpowiedni. Pan Wiktor przykrył wędzarnię i nakrył z góry workami.
- Niech się wędzą - pokiwał z zadowoleniem głową i poszedł na swoją ławkę.
Wieczorem, gdy Lonia i Przemek wracali z wieczorynki, którą oglądali w świetlicy w ośrodku wypoczynkowym "Słoneczko' , rybak czekał na nich przy wędzarni i zawołał:
- Chodźcie, rybeczki, chodźcie, za robotę coś się wam należy.
Podniósł jutowe worki, które intensywnie pachniały dymem, i odłożył na stół, a potem podniósł metalową pokrywę. Zamiast lśniących węgorzy w środku były złoto brązowe , ociekające tłuszczem, ryby, które pachniały tak, że od razu chciało się jeść. Chwycił za końcówki metalowy pręt  i wyciągnął. Węgorze zwisały niczym grube, zmrożone sznury.  Klara czekała z wielką blachą do ciasta drożdżowego, na którą jej mąż zsunął uwędzone ryby. Wybrał z nich jednego, nie najdłuższego, ale za to najgrubszego węgorza i podał Przemkowi.
- Macie, na kolację.
Dzieci pobiegły do mamy. Nic tak nie smakuje jak świeżo uwędzony, ciepły węgorz z bułką ze starej piekarni.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz