sobota, 12 lutego 2022

Ostatni posiłek

Zima 1945            W styczniu 1945 roku świat niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął się zmieniać. Niemcy przestali zwracać uwagę na pracę polskich robotników w swoich sarbinowskich gospodarstwach. Przestali obnosić się ze swoją wyższością, wyższością wynikającą z przynależności do rasy panów. Zniknęły niemieckie guwernantki, które zajmowały się dziećmi. Zagorzali zwolennicy Hitlera przestali jeździć na coniedzielne spotkania do Osthausen (Paczkowa), które były okazją zademonstrowania swojej pogardy do każdego Polaka, do każdego napotkanego polskiego dziecka, oplucia go, kopnięcia, nazwania „polnisches schwein”.

            Pakowali się, chociaż nie oficjalnie, jeszcze w ukryciu wiązali tobołki i zabijali skrzynie z majątkiem, którego dorobili się tutaj, na nieswojej ziemi, nieswoimi rękoma. Aż pewnej nocy załadowali swoje rodziny swój dobytek na wozy, i ruszyli na zachód. 



Zaczęła się pospieszna ucieczka Niemców z Sarbinowa. Dla uciekinierów z Kraju Warty podstawione były pociągi jeszcze 18. stycznia, ale wobec szybko przesuwającego się frontu, niektórzy próbowali uciekać na własną rękę. Na niewiele się to zdało. Zmuszeni do pomocy polscy robotnicy przy pierwszej nadarzającej się sposobności porzucali wozy i swoich dawnych panów, i wracali do domu.
            Wieś opustoszała. Nie było już Polhlmanów, nie było Echelmeyerów, zniknął sołtys Humke z rodziną. Polscy mieszkańcy, niepewnie poruszali się w nowej rzeczywistości. Wiadomo było, że nadciąga front wschodni, ale losy wojny nie były rozstrzygnięte. Nie wracali na razie do opuszczonych gospodarstw. Czekali.

            Pewnego styczniowego dnia, być może był to 19. Styczeń, od strony Poznania nadjechała niemiecka, wojskowa ciężarówka. Objechała wieś dookoła i zatrzymała się przed kuźnią, która stała w centralnym punkcie Sarbinowa. Z kabiny auta wyjrzał niemiecki żołnierz, prawdopodobnie dowódca tego oddziału.
- Gdzie jest sołtys? Gdzie Niemcy ? – krzyknął do chodzących po drodze wyrostków, którzy nie musieli dzisiaj iść do pracy na niemieckich gospodarstwach.
- Nie ma, nikogo nie ma. – chłopcy odpowiadają, trzymając się z dala od samochodu
- Z kim można we wsi rozmawiać ? – dopytywał wojskowy. Jego surowy donośny głos budzi obawę.
Najwyższy chłopak, Bernard, wysunął się na czoło grupki,  pokazał ręką na kuźnię
- Z kowalem, z moim ojcem, można rozmawiać.
- Mówi po niemiecku ?
Chłopak kiwa głową.
Dwóch Niemców wysiadło z ciężarówki. Ten, który pokrzykiwał na nich, chwycił chłopaka za rękaw i popchnął w kierunku zabudowań małego gospodarstwa. Pozostali chłopcy wykorzystali brak zainteresowania ze strony wojskowych i rozpierzchli się do swoich domów.
            Tymczasem Bernard z żołnierzami weszli do domu. W kuchni paliło się w piecu, pachniało gotowanym posiłkiem. Kowal Stefan siedział na krześle przy drzwiach i palił papierosa. Widząc Niemców, prowadzących jego syna, poderwał się na równe nogi. Jego żona, Maria, dokładała właśnie do pieca. Czując chłód wpadający przez otwarte drzwi odwróciła się , trzymając w ręce kawałek drewna, który nie zmieścił się pod płytę. Zamarła. Henia, najstarsza córka, wzięła Trudę i małego Bolka za ręce i stanęła obok matki. Tylko Eda, pięcioletni chłopiec, wysunął się do przodu. Być może chciał podejść do ojca, ale ten powstrzymał go gestem dłoni.
            Dowódca niemiecki przywitał się i zwracając się do gospodarza, najpierw wypytywał  o tutejszych Niemców. Gdy uzyskał pewność, że nikogo już we wsi nie ma, zmienił ton.
- Majster – zwrócili się do kowala – Czy twoja żona może ugotować nam zupę, prawdziwy rosół ?
Zdziwił się Stefan takiej prośbie. To oznaczało, że oddział tu zostanie, w jego domu. Popatrzył na broń w rękach żołnierzy i wiedział, że nie ma sensu protestować. Oni nadal byli tu panami, nadal trwała wojna. Skinął twierdząco głową.
- My wszystko przywieziemy, kury i makaron, tylko żeby ugotować. Dla nas ośmiu.
            Wyszli, ale wkrótce wrócili z trzema martwymi kurami i makaronem, dziwnym, gotowym, z zapasów wojskowych. Kobieta odebrała kury i zabrała się do pracy. Zanurzyła ptaki w gorącej wodzie, żeby ułatwić sobie oskubanie z piór. Następnie je wypatroszyła i poćwiartowała. Zalała mięso zimną wodą, dodała przygotowane warzywa i wstawiła dwa wielkie garnki na płytę. Dołożyła do pieca drewna i usiadła na stołeczku obok paleniska. Dwuletni Bolek przybiegł od razu do niej, wspiął się na kolana i przytulił do piersi.
            Wkrótce po domu rozszedł się zapach gotowanego rosołu. Niemcy, którzy stali na drodze przed domem, palili papierosy i rozmawiali, zaczęli schodzić się do kuchni. Karabiny zostawili w sieni. Jedni zasiedli na ławce pod ścianą, inni stali oparci o futrynę drzwi. Na straży zostawili jednego. Przytupywał z nogi na nogę i zabijał ręce dla rozgrzewki.
            Dowódca usiadł obok gospodarza. Zapalił papierosa. Patrzy na dzieci, trójkę zbitą w gromadkę przy piecu
- Ile macie dzieci ?
- Szóstkę.
- Ja mam trójkę. Syna i dwie córki. Też mieszkają na wsi, pod Berlinem. Najstarszy ma 7 lat.- zaciąga się papierosem i odwraca głowę  do okna - Nie będą mnie pamiętać. – mówi cicho, jakby do siebie.
            W tym czasie Maria, podawszy Bolka najstarszej córce,  nastawiła dodatkowy garnek z wodą na makaron. Cały czas nerwowo spoglądała na swoje dzieci, które siedzą obok pieca, tuląc się do siebie, a jednocześnie patrząc ciekawie na przybyłych. W kuchni, od ognia, robi się coraz cieplej. Żołnierze, jeden po drugim, odpinają pasy i zdejmują płaszcze. Wieszają je na kołku w sienni lub przerzucają przez oparcia krzeseł. Coraz bliżej przysuwają się do stołu. Zdejmują czapki i ściskają je w dłoniach.
            Gospodyni odwraca się od pieca, na którym przesuwała garnek z makaronem  i spogląda po twarzach wpatrzonych w nią żołnierzy, cierpliwie czekających na posiłek. Takie zwyczajne bez wojskowych czapek z niemieckim orłem, zarumienione od domowego ciepła. Patrzy na swojego najstarszego syna, który siedzi między ojcem a dowódcą niemieckim. Zaciska zęby.
- Dajcie talerze – mówi cicho do młodszych dzieci
Rzucają się do pomocy Henia i Lonia. Wyciągają z kredensu talerze i stawiają na stole. Młodsze kładą przy każdym talerzu łyżkę. Mężczyźni uśmiechają się do dzieci. Sięgają po łyżki. Gospodyni nakłada makaron i nalewa parującej zupy. Na każdy talerz wkłada dużą porcję kurzego mięsa.
Pochylają się nisko po żołniersku ostrzyżone głowy. Początkowo jedzą w ciszy, ale wspólny posiłek rozwiązuje języki.
- Dobre – wysapują między jednym kęsem a drugim.
- Jak dawno nie jadłem takiego rosołu.
- Jak w domu… - zapada cisza.
            Maria siedzi między swoimi dziećmi. Pięcioletnia Truda przytula się do mamy. Edek wysuwa się przed mamę, ale tylko tyle, żeby czuć za plecami jej obecność. Bolek nie rozumie co się dzieje, zmęczony zasypia na rękach mamy.
            Żołnierze szybko kończą posiłek i wyciągają papierosy. Dowódca skinął na żołnierza siedzącego najbliżej drzwi. Ten zakłada płaszcz i czapkę, wybiega na zewnątrz. Zmienia strażnika przy ciężarówce. Mężczyzna wchodzi z czapką w dłoniach i nie zdejmując płaszcza siada do posiłku. Dowódca każe najmłodszemu ze swoich pójść po coś. Chłopka wybiega i wraca z manierką. Podaje dowódcy. Ten wznosi przed sobą butelkę.
- Gospodarzu, napijesz się z nami sznapsa.
Odkręca i nalewa pierwszy kieliszek.
– Jedziemy dalej, na wschód. - mówi- Może do Wrześni. Zobaczymy, gdzie front.
A po chwili dodaje spokojnie :
- To koniec. My z tej wojny nie wrócimy.
            Głowy żołnierzy pochylają się, ramiona drżą. Ci najmłodsi, których dorosłe życie upłynęło na wojnie, płaczą. Wychylają każdy po kieliszku, który wraz z butelką, wędruje z rąk do rąk.  Starsi wznoszą kieliszki wysoko, uśmiechnięci , a może tylko pogodzeni z losem. Dalej palą swoje papierosy.
            Maria patrzy na ogolone głowy niemieckich żołnierzy, na ich przerażone, jeszcze dziecinne twarze. Napotyka wzrok jednego z nich i szybko odwraca oczy.
- Może to nasz ostatni posiłek. – mówi znów jakby do siebie niemiecki dowódca.
Zimą dzień jest krótki, szarówka nadchodzi szybko. Pada rozkaz:
- Wychodzimy.
            Żołnierze naciągają na głowy czapki, poprawiają pasy, z przytroczoną do nich bronią, zabierają płaszcze i karabiny, które stały porzucone w sieni. Wychodzą w styczniowy, mroźny wieczór.
Dowódca zapina pas, na którym widnieje napis „Gott mit uns”. Uśmiecha się z przekąsem i wzrusza ramionami.
– Bóg nie jest już z nami. Ale z wami też nie był, nigdy.
Prostuje się stuka obcasami i salutuje . Opuszcza rękę i mówi spokojnym głosem
- Auf wiedersehen
Zamyka po cichu drzwi. Jeszcze słychać głosy na zewnątrz. Psy szczekają gdzieś we wsi. Krótkie rozkazy i ciężarówka rusza.
Gospodarze siedzą przez chwilę patrząc na siebie, niepewni czy to koniec, czy Niemcy jeszcze wrócą. W końcu Maria podnosi się ze swojego miejsca.
- No dalej, kto to posprząta ? – mówi głośno
Dzieci rzucają się do stołu. Zbierają talerze i znoszą w kąt kuchni, gdzie matka już szykuje miednicę z gorącą wodą do mycia. Dzieci, dotychczas milczące, zaczynają na wyścigi opowiadać, o broni, o mundurach, o dziwnych czapkach niemieckich żołnierzy, którzy właśnie opuścili ich dom.
            Ani kowal, ani jego żona nie położyli się spać. Tej nocy słychać było  od wschodu kanonadę.
A już nazajutrz pojawiło się we wsi wojsko radzieckie na motorach.
- Gdzie Germańcy? Gdzie ?!

5 komentarzy:

  1. Znakomity tekst wspomnieniowy z dbałością o szczegóły. Wyraźny talent literacki. Serdecznie gratuluję!
    Z wyrazami szacunku,
    Jerzy

    OdpowiedzUsuń
  2. Super! Czyta się jednym tchem - od pierwszego zdania do końca. W jednym zdaniu drobna pomyłka, ale bez znaczenia dla całości.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytam kolejny raz, i jestem zauroczona. Extra!

    OdpowiedzUsuń