czwartek, 25 maja 2023

Przez życie

Nazywam się Kazimiera. Mojego ojca zamordowano w Twerze kilka dni temu. Tylko dlatego, że był polskim policjantem. W tej chwili o tym nie wiem. Mam na imię Kazia. Mam sześć lat.
Stoję w kącie naszego domu w Brodach, w powiecie tarnopolskim. Trzymam za rączkę młodszego brata, Zbyszka. Dom przeszukują Rosjanie. Mama siedzi na łóżku, z maleńkim Adasiem przy piersi. Jedne z żołnierzy pakuje nasze rzeczy. Te najpotrzebniejsze. Pakuje też kożuchy. Po co? Jest wiosna. Chce nam coś powiedzieć, ale się boi. Urzędnik, który jest z nim, ciągle krzyczy. Jest na nas zły. Nie wiem dlaczego, przecież byliśmy grzeczni. Tak jak taka kazał.
***
Tatę zabrali jesienią. Przyszli o świcie, z mundurach, z bronią. Kazali zostawić wszystko i iść. Mama płakała. Tata ucałował nas na pożegnanie. Uśmiechnął się, ale w oczach miał smutek.
Teraz i nas wyrzucają z domu. Nie tylko nas. Na dworze słychać pokrzykiwania, płacz, a czasem pojedynczy wystrzał. Wtedy mama przytula mocniej Adasia. Jest wiosna, kwiecień albo początek maja, bo zieleń na drzewach jeszcze delikatna.
***
Mam na imię Kazia i teraz mieszkam w Kazachstanie.



Nie wiem, jak długo jechaliśmy pociągiem w ciemnym wagonie. Tylko małe okienko dawało odrobinę światła na pryczę powyżej nas.
Tu jest przerażająco pięknie. Pięknie bo już lato. W okół nie ma nic, poza falującymi pod dotknięciem gorącego wiatru, trawami. Step. Można biegać do nieprzytomności. Całe dnie się bawimy. Jest tu mnóstwo dzieci , takich jak my, z Polski.
Nie ma żadnego taty. Są tylko mamy, ciocie , babcie. Czasem dziadkowie, ale oni szybko umierają. Adaś też umarł. Jeszcze w pociągu. Kolejarz, ten co w Brodach był naszym sąsiadem, zabrał od mamy zawiniątko i obiecał, że je pochowa. Żeby wiedziała, żeby była spokojna. Mama jest potem bardzo spokojna. Nie wstaje z pryczy. Dopiero na końcu podróży, tu na miejscu, wyrzucają ją z wagonu.
**
Tutaj nie mamy domu, takiego jak kiedyś. To bardziej lepianka, ciasna i ciemna. Okna są małe, jakby tutaj ludzie bali się światła. Wodę trzeba nosić w wiadrach. Miejscowe dzieci podchodzą do nas nieufnie. Ale w końcu bawimy się razem. Podobno powiedzieli im, że przyjadą przestępcy z Polski i mają trzymać się z daleka.
Na razie nie musimy chodzić do szkoły,. Mama chodzi do pracy. Do takiego gospodarstwa, sowchozu. Przynosi nam mleko.
W Kazachstanie nie ma jesieni, tak mi się wydaje. Jednego dnia jest bardzo gorąco, a następnego jest mróz. Zimą, gdy mróz ściska w swych okowach nasze liche domy, a mroźny wiatr wiejący po stepie, przenika nasze chude ciała na wskroś, powietrze staje się przezroczyste. Patrzymy na zachód, kazachskie dzieci pokazały nam kierunek. Może zobaczymy Polskę?
Mama nie chodzi już do pracy. Leży w łóżku, ma wysoką gorączkę.
***
Mama nie wróciła ze szpitala. Mam na imię Kazia. Jestem sierotą. Zabrali takich jak my, bez mamy, do Atbasaru, do sierocińca. Opiekują się nami siostry zakonne. Możemy z nimi mówić po polsku.
Chodzimy tutaj do szkoły. W szkole nie wolno mówić po polsku. I nie wolno pamiętać. Za pytanie, dlaczego tu jesteśmy jest kara, więc przestajemy pytać. To jest teraz nasz dom.
Wojna się skończyła. Skąd wiemy? Mamy więcej jedzenia. I każdy ma teraz swoje łóżko.
***
Nazywam się Kazimiera Komosinska mam siedemnaście lat. Jestem krawcową w fabryce, gdzieś w głębi Związku Radzieckiego. Zbyszek został w sierocińcu, w Atbasarze. Na Stalina mówi batiuszka. Nie pamięta polskich czasów. Naszego domu w Brodach. Nie pamięta ojca. Ja też już nie pamiętam. Staram się zapomnieć, że było inne życie. Teraz jesteśmy tu, mamy tylko siebie.
Pewnego dnia, gdy wychodzę z fabryki, woła mnie brygadzistka. Nie powinna być zła, już wyrabiam dzienne normy. W biurze czeka na mnie jakaś obca kobieta.
- Proszę się pakować. Jedzie pani do Polski.
Siadam na krześle. Nic nie rozumiem. Gdzie mam jechać, po co? Podaje mi dokument. W rogu symbol Czerwonego Krzyża.
***
Jest czerwiec  1950 roku. Nazywam się Kazimiera Komosińska. Czekam w Brześciu nad Bugiem na mojego młodszego brata.
Znów jedziemy pociągiem. W przeciwnym kierunku. Widok za oknem nie przypomina niczego znajomego. Tylko zniszczone miasta, miasteczka i wioski. Na dworcu w Katowicach wita nas płacząca kobieta. Siostra mamy. Podobna, tylko starsza. Szukała nas zanim sama została przesiedlona ze wschodu na Śląsk. Jest nauczycielką. To dobrze. Zbyszek nie zna polskiego, a będzie tu chodził do szkoły. Musi nauczyć się pisać i czytać.
**
Nie jesteśmy sami. Mamy rodzinę, dużą rodzinę. Brat ojca zaprasza nas na lato do Sarbinowa, w Wielkopolsce. Do domu dziadków. Zjeżdżają inni krewni.
Wiemy, że mama umarła, ale co się stało z ojcem? Ciocia wciąż pisze listy do Czerwonego Krzyża. My też piszemy. Miejsce pobytu -  nieznane.
Uczę się wieczorowo. Mam pracę, na kopalni w biurze. Poznaje tam mojego męża. Jestem szczęśliwa. Mamy swój własny kąt. I Basię. Zbyszek też pracuje na kopalni. Poukładało się nam w Polsce.
***
Nazywam się Kazimiera. Mam osiemdziesiąt sześć lat.
Nie pytaj mnie więcej o tamte czasy. Nie chcę do tego wracać. W życiu zawsze trzeba patrzeć do przodu, pamiętaj o tym. I napisz, że miałam dobre życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz