Nie po raz
pierwszy los i sprawy urzędowe zawiodły mnie do obcego miasta. Jako, że na
planach miasta z ulicami rozeznać się trudno uważam, że najlepiej zapytać
przechodnia. Trzeba znaleźć takiego, co wygląda na miejscowego. Na Pomorzu
najlepiej, żeby był ogorzały od słońca i wiatru. Ale nie tak ogorzały, jak Wilk Morski, bo taki może cię pokierować przez morza i oceany, a niekoniecznie
przez najbliższą dzielnicę.
Rozglądam się i oto
jest! Kobieta, ale nie należy wybrzydzać. Ogorzała, ale tak w sam raz.
Strój miejski, nonszalancko rozchełstany prochowiec i buty na wysokim
obcasie.
- Przepraszam,
pani miejscowa ? – zagaduje z dość daleka, żeby nie poczuła się napadnięta.
Zawsze oswajam obcych ze swoją osobą z pewnej odległości. Zanim wzrok złapie
ostrość, kontakt został nawiązany i mimo niejakiego obrzydzenia udzielają informacji.
- A co pan ma na
myśli ? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, co powinno włączyć u mnie dzwonki
alarmowe i wsteczny bieg, ku komuś innemu, bardziej normalnemu.
- Czy pani stąd …
może? – precyzuję krótko
- Morze?
Nie, panie, morze to raczej nie stamtąd, raczej stamtąd? – wskazuje na północ.
Już wiem, że łatwo
nie będzie, ale coś każe mi brnąć w tę konwersację.
- Nie, nie. Czy
pani zna to miasto? – gorączkowo szukam precyzyjniejszych określeń.
- To miasto, i to
morze, znam jak własne podwórko, jeśli mogę się tak wyrazić. – uśmiecha się i
dumnie prostuje się na całą swą, niewielką w sumie, wysokość.
- No to świetnie –
ucieszyłem się zupełnie jawnie, żeby dodać naszemu przypadkowemu spotkaniu
trochę ciepła – To może wskaże mi pani drogę na ulicę Kościuszki?
Zamyśliła się
chwilę. Dłuższą chwilę. Widać, że stara się nie pomylić niczego i precyzyjnie wyznaczyć kierunek. To dobrze wróży. Chociaż „wróżyć” w kontekście
poszukiwań adresu, to nie jest najlepszy sposób działania.
- Na Kościuszki? To
nie wiem, bo tę ulicę zlikwidowali. – oznajmia nagle
- Jak to
zlikwidowali?
– udało jej się mnie zaskoczyć – Ale ja pismo otrzymałem, że mam się zgłosić na Kościuszki 2. Trzecie piętro, pokój 102 – bezradnie pokazuje jej papier, który pocztą dostarczono mi, z górą, dwa tygodnie temu. Świat się dziś zmienia w zastraszającym tempie, ale nazwy ulic, to chyba nie?.
– udało jej się mnie zaskoczyć – Ale ja pismo otrzymałem, że mam się zgłosić na Kościuszki 2. Trzecie piętro, pokój 102 – bezradnie pokazuje jej papier, który pocztą dostarczono mi, z górą, dwa tygodnie temu. Świat się dziś zmienia w zastraszającym tempie, ale nazwy ulic, to chyba nie?.
- Jak na trzecie
piętro, to pokój chyba 302 – pani z bliska przygląda się adresowi na urzędowym
piśmie. A może nawet czyta pismo?
- Dlaczego? –
ponownie zaskoczony wybałuszam na nią wzrok
- Bo na trzecim są
pokoje na trzy.
Próbuję nadążyć za
nią, ale w końcu poddaje się i ugodowo mówię:
- No może ma pani
racje, ale na razie to muszę znaleźć ulicę, pokojem będę się martwić później.
- Czasem lepiej
zapobiegać niż potem się martwić. – wykłada swoja filozofię życiową, potakując
sobie przy tym głową.
- Znów ma pani
racje. Ale dlaczego zlikwidowali ulicę ? – udaje mi się zadać pytanie.
- Nieprecyzyjnie
się wyraziłam. Nie zlikwidowali w sensie zaorali i obsiali poplonem.
- Jakim poplonem?
- osłupiałem
- No nie wiem,
facelią na przykład. – rzuca pospiesznie
- A dlaczego
facelią, a nie łubinem ? – żałuję tego pytania, zanim wypowiedziałem je do
końca.
- Nie wiedziałam,
że łubin to poplon. Myślałam, że to kwiatek ogrodowy, taki różnokolorowy.
- hmmm Może wróćmy
do Kościuszki? – próbuję ratować sytuacje wracając do meritum.
- A co u niego? –
pyta pani uprzejmie, poprawiając apaszkę przy rozchełstanym kołnierzu płaszcza.
- No zlikwidowali,
prawda?
- Jezus Maria,
Adam nie żyje? – pani wpada w panikę
- Jaki Adam? – Którędy
galopują myśli tej kobiety?!
- No przecież
Kościuszko! Powiedział pan, że zlikwidowali. Czyli kaput! - wymownie przesuwa
krawędzią dłoni po szyi.
- Nie Adama, tylko
Tadeusza! – wykrzykuję zrozpaczony
- A, to nie znam –
uspokaja się
- Jeszcze raz. –
postaram się uspokoić rozedrgane emocje - Zna pani to miasto?
- Już pan pytał.
– obrusza się - Prawie jak własne.
- Jak to - prawie?
- Bo ja ze Słupska
jestem, ale tutaj bywam tak często, że prawie jak u siebie.
Westchnąłem.
„Dlaczego ze wszystkich ludzi w tym mieście musiałem trafić na tę panią.” – pomyślałem
z żalem.
- To może mi pani
powie, jak dojdę na ulicę Kościuszki?
- Tę, co ją
przemianowali na Bliźniąt?
- Na Bliźniąt? –
zaskoczyła mnie, ponownie - Dlaczego?
- Mnie niech pan
nie pyta. Skargi to do rady miasta. – wzruszyła ramionami – To co? Chce pan tam
iść, czy jednak zmienił zdanie ?
- Mam być w urzędzie, najlepiej dzisiaj - cedzę przez zęby
- No dobrze. To
pójdzie pan prosto, a potem pierwszą ulicą w lewo. Tam do niedawna był taki
duży park, z aleją platanów, z ławeczkami. – rozmarza się - Ale go
zlikwidowali.
- A co jest teraz?
– uważam, że lepiej w życiu kierować się tym co jest, niż tym co było.
- Apartamentowce.
Takie same jak po prawo i przez trzy kolejne przecznice. Proszę się nie zgubić!
- A jak się nazywa
ta ulica?
- Czesława
- A jakie
nazwisko?
- Nie wiem, ale
podobno był święty. To może coś panu powie?
- No dobrze,
skręcę w tego Czesława i… ?
- I pójdzie pan
cały czas prosto. Aż do pomnika Jana Pawła. Drugiego – podkreśla - Od razu
powiem, bo pan taki dociekliwy. Kiedyś tam była fontanna Neptuna.
- A za tym
pomnikiem?
- Za tym pomnikiem
skręci pan w prawo. – macha ręką w lewo
- Ale pokazała
pani w lewo!
- No to skręci
pan, tak jak pokazałam. Lepiej ufać swoim oczom niż czyimś słowom, prawda? Tam
był taki skwer, z sadzawką, w której się latem kąpały wróble. Ale zlikwidowali.
Sadzawkę, nie wróble. Chociaż chyba na jedno wyszło. Pyta pan co tam jest
teraz?- uprzedza moje pytanie - Deweloperski blok. Taki sam jak biurowce
na Czesława.
- I co dalej?
- Jak pan minie
ten blok, to dalej cały czas prosto.
- A co tam jest?
- Chwilowo nic.
Pracują nad planem zagospodarowania. Podobno będą zakładać park, z platanami i
sadzawką. Za dwadzieścia lat pięknie będzie. Jak kiedyś.
- Długo mam iść
przez to nic ?
- Do końca ulicy
Wujka.
- Jakiego wujka? –
po raz kolejny wprawiła mnie w osłupienie.
- Nie mojego, bo
to ksiądz był, a ja nie mam wujka księdza. A może pan ma ?
- Dobrze. –
ignoruje jej pytanie - I z Księdza Wujka, gdzie mam pójść ? – jestem tym
dialogiem zmęczony, jakbym przeszedł nie dwie ulice, a całe dwie dzielnice tego
miasta.
- W lewo i to
będzie ulica, której pan szuka!
Patrzę na prawie
mieszkankę miasta na Pomorzu, jak na kosmitkę, którą niewątpliwie jest. I
powoli zaczynam tłumaczyć:
- Ale, proszę
pani, jeśli skręcę trzy razy w lewo, to nie uważa pani, że znajdę się na ulicy,
która jest za nami.
Obejrzała się
zaskoczona.
- No wie pan! A
mówił pan, że nie zna miasta! Ładnie to tak, zaczepiać kobiety na ulicy?! – odeszła
wyraźnie oburzona
I zaskoczyła mnie,
po raz ostatni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz