sobota, 14 grudnia 2019

W obcym mieście

… czyli dlaczego lepiej nie pytać o drogę.


Nie po raz pierwszy los i sprawy urzędowe zawiodły mnie do obcego miasta. Jako, że na planach miasta z ulicami rozeznać się trudno uważam, że najlepiej zapytać przechodnia. Trzeba znaleźć takiego, co wygląda na miejscowego. Na Pomorzu najlepiej, żeby był ogorzały od słońca i wiatru. Ale nie tak ogorzały, jak  Wilk Morski, bo taki może cię pokierować przez morza i oceany, a niekoniecznie przez najbliższą dzielnicę.
Rozglądam się i oto jest! Kobieta, ale nie należy wybrzydzać. Ogorzała, ale tak w sam raz. Strój miejski,  nonszalancko rozchełstany prochowiec i buty na wysokim obcasie.
- Przepraszam, pani miejscowa ? – zagaduje z dość daleka, żeby nie poczuła się napadnięta. Zawsze oswajam obcych ze swoją osobą z pewnej odległości. Zanim wzrok złapie ostrość, kontakt został nawiązany i mimo niejakiego obrzydzenia udzielają informacji.
- A co pan ma na myśli ? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, co powinno włączyć u mnie dzwonki alarmowe i wsteczny bieg, ku komuś innemu, bardziej normalnemu.
- Czy pani stąd … może? – precyzuję krótko
- Morze?  Nie, panie, morze to raczej nie stamtąd, raczej stamtąd? – wskazuje na północ.
Już wiem, że łatwo nie będzie, ale coś każe mi brnąć w tę konwersację.
- Nie, nie. Czy pani zna to miasto? – gorączkowo szukam precyzyjniejszych określeń.
- To miasto, i to morze, znam jak własne podwórko, jeśli mogę się tak wyrazić. – uśmiecha się i dumnie prostuje się na całą swą, niewielką w sumie, wysokość.
- No to świetnie – ucieszyłem się zupełnie jawnie, żeby dodać naszemu przypadkowemu spotkaniu trochę ciepła – To może wskaże mi pani drogę na ulicę Kościuszki?
Zamyśliła się chwilę. Dłuższą chwilę. Widać, że stara się nie pomylić niczego i precyzyjnie wyznaczyć kierunek. To dobrze wróży. Chociaż „wróżyć” w kontekście poszukiwań adresu, to nie jest najlepszy sposób działania.
- Na Kościuszki? To nie wiem, bo tę ulicę zlikwidowali. – oznajmia nagle
- Jak to zlikwidowali? 

– udało jej się mnie zaskoczyć – Ale ja pismo otrzymałem, że mam się zgłosić na Kościuszki 2. Trzecie piętro, pokój 102 – bezradnie pokazuje jej papier, który pocztą dostarczono mi, z górą, dwa tygodnie temu. Świat się dziś zmienia w zastraszającym tempie, ale nazwy ulic, to chyba nie?.
- Jak na trzecie piętro, to pokój chyba 302 – pani z bliska przygląda się adresowi na urzędowym piśmie. A może nawet czyta pismo?
- Dlaczego? – ponownie zaskoczony wybałuszam na nią wzrok
- Bo na trzecim są pokoje na trzy.
Próbuję nadążyć za nią, ale w końcu poddaje się i ugodowo mówię:
- No może ma pani racje, ale na razie to muszę znaleźć ulicę, pokojem będę się martwić później.
- Czasem lepiej zapobiegać niż potem się martwić. – wykłada swoja filozofię życiową, potakując sobie przy tym głową.

- Znów ma pani racje. Ale dlaczego zlikwidowali ulicę ? – udaje mi się zadać pytanie.
- Nieprecyzyjnie się wyraziłam. Nie zlikwidowali w sensie zaorali i obsiali poplonem.
- Jakim poplonem? - osłupiałem
- No nie wiem, facelią na przykład. – rzuca pospiesznie
- A dlaczego facelią, a nie łubinem ? – żałuję tego pytania, zanim wypowiedziałem je do końca.
- Nie wiedziałam, że łubin to poplon. Myślałam, że to kwiatek ogrodowy, taki różnokolorowy.
- hmmm Może wróćmy do Kościuszki? – próbuję ratować sytuacje wracając do meritum.
- A co u niego? – pyta pani uprzejmie, poprawiając apaszkę przy rozchełstanym kołnierzu płaszcza.
- No zlikwidowali, prawda?
- Jezus Maria, Adam nie żyje? – pani wpada w panikę
- Jaki Adam? – Którędy galopują myśli tej kobiety?!
- No przecież Kościuszko! Powiedział pan, że zlikwidowali. Czyli kaput! - wymownie przesuwa krawędzią dłoni po szyi.
- Nie Adama, tylko Tadeusza! – wykrzykuję zrozpaczony
- A, to nie znam – uspokaja się
- Jeszcze raz. – postaram się uspokoić rozedrgane emocje - Zna pani to miasto?
- Już pan pytał.  – obrusza się - Prawie jak własne.
- Jak to - prawie?
- Bo ja ze Słupska jestem, ale tutaj bywam tak często, że prawie  jak u siebie.
Westchnąłem. „Dlaczego ze wszystkich ludzi w tym mieście musiałem trafić na tę panią.” – pomyślałem z żalem.
- To może mi pani powie, jak dojdę na ulicę Kościuszki?
- Tę, co ją przemianowali na Bliźniąt?
- Na Bliźniąt? – zaskoczyła mnie, ponownie  - Dlaczego?
- Mnie niech pan nie pyta. Skargi to do rady miasta. – wzruszyła ramionami – To co? Chce pan tam iść, czy jednak zmienił zdanie ?
- Mam być w urzędzie, najlepiej dzisiaj - cedzę przez zęby
- No dobrze. To pójdzie pan prosto, a potem pierwszą ulicą w lewo. Tam do niedawna był taki duży park, z aleją platanów, z ławeczkami. – rozmarza się - Ale go zlikwidowali.
- A co jest teraz? – uważam, że lepiej w życiu kierować się tym co jest, niż tym co było.
- Apartamentowce. Takie same jak po prawo i przez trzy kolejne przecznice. Proszę się nie zgubić!
- A jak się nazywa ta ulica?
- Czesława
- A jakie nazwisko?
- Nie wiem, ale podobno był święty. To może coś panu powie?
- No dobrze, skręcę w tego Czesława i… ?
- I pójdzie pan cały czas prosto. Aż do pomnika Jana Pawła. Drugiego – podkreśla - Od razu powiem, bo pan taki dociekliwy. Kiedyś tam była fontanna Neptuna.
- A za tym pomnikiem?
- Za tym pomnikiem skręci pan w prawo. – macha ręką w lewo
- Ale pokazała pani w lewo!
- No to skręci pan, tak jak pokazałam. Lepiej ufać swoim oczom niż czyimś słowom, prawda? Tam był taki skwer, z sadzawką, w której się latem kąpały wróble. Ale zlikwidowali. Sadzawkę, nie wróble. Chociaż chyba na jedno wyszło. Pyta pan co tam jest teraz?- uprzedza moje pytanie -  Deweloperski blok. Taki sam jak biurowce na Czesława.
- I co dalej?
- Jak pan minie ten blok, to dalej cały czas prosto.
- A co tam jest?
- Chwilowo nic. Pracują nad planem zagospodarowania. Podobno będą zakładać park, z platanami i sadzawką. Za dwadzieścia lat pięknie będzie. Jak kiedyś.
- Długo mam iść przez to nic ?
- Do końca ulicy Wujka.
- Jakiego wujka? – po raz kolejny wprawiła mnie w osłupienie.
- Nie mojego, bo to ksiądz był, a ja nie mam wujka księdza. A może pan ma ?
- Dobrze. – ignoruje jej pytanie -  I z Księdza Wujka, gdzie mam pójść ? – jestem tym dialogiem zmęczony, jakbym przeszedł nie dwie ulice, a całe dwie dzielnice tego miasta.
- W lewo i to będzie ulica, której pan szuka!
Patrzę na prawie mieszkankę miasta na Pomorzu, jak na kosmitkę, którą niewątpliwie jest. I powoli zaczynam tłumaczyć:
- Ale, proszę pani, jeśli skręcę trzy razy w lewo, to nie uważa pani, że znajdę się na ulicy, która jest za nami.
Obejrzała się zaskoczona.
- No wie pan! A mówił pan, że nie zna miasta! Ładnie to tak, zaczepiać kobiety na ulicy?! – odeszła wyraźnie oburzona
I zaskoczyła mnie, po raz ostatni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz