Przyszli po
nas wcześnie rano, wydawało się, że dopiero położyliśmy się spać. Był
październik 1940 roku. Gdy zapukali do drzwi babcia Agnieszka zdziwiła się.
Tego dnia sąsiad miał przyjść wcześnie, chciał pożyczyć konia do prac w polu.
Ale to było za wcześnie, jeszcze ciemno, zwierzęta nie oprzątnięte, koń nie
dostał porannego owsa. Od kiedy nie ma Feliksa wszystko na głowie jednej
kobiety.
Otworzyła
drzwi pewna, że zobaczy za nimi sąsiada.
Za drzwiami stał sołtys Sarbinowa Humke z dwoma uzbrojonymi mężczyznami –
żołnierzami niemieckimi. Nogi się pod nią ugięły. Kazali się pakować, zabrać
niezbędne rzeczy na drogę, dokumenty, trochę jedzenia i najwyżej jedną kołdrę i
poduszkę. Okazało się później, że u każdego wyglądało to inaczej. Innym
pozwolono zabrać wszystko, nawet niedosuszone pranie ze sznurka. Zależało to od
ludzi, którzy przyszli do gospodarstwa, od ich dobrej woli i wrażliwości. Razem z nimi, jako pierwsi wysiedlani byli
sąsiedzi Jędrzejczakowie oraz rodzina Wiśniewskich i Matelanka.
Agnieszka
budzi dzieci. Trzęsącymi rękami pakuje do tornistra Stasia jedzenie . Mały,
trzyletni, Edmund wybudzony z głębokiego
snu, nie chce wstawać. Pakuje się z powrotem do łóżka i zasypia. Naprędce
spakować , to co jest najważniejsze, to co się przyda . Co jest najważniejsze ?
Nie byli na
to przygotowani, na to, że po nich pierwszych przyjdą. Co z nimi będzie ? Co z
dziećmi ? Jak i gdzie zostawić wiadomość dla rodziny? Jak my się odnajdziemy ?
A Feliks? Skąd będzie wiedział , gdzie ich szukać ?
Czas
biegnie. Kobieta ubiera dzieci , 7-letniego Stasia, 5-letnią Julkę i 3-letniego
Mundka. Stasiowi zakłada szkolny tornister. Była taka dumna, gdy kupowała mu go
na jesieni; pierwsze z jej dzieci szło do szkoły. Teraz jest wypchany jedzeniem
na drogę. Każe mu go pilnować i pilnować Julki. Sama zabiera najmłodsze dziecko
i spakowany tobołe . Wychodzą w chłód jesiennego poranka. Jeden z mężczyzn
pomaga załadować na wóz związaną kołdrę i poduszkę.
We wsi
słychać szczekanie psów. Furmanka stoi przed bramą. Taka sama furmanka i
żołnierze są u sąsiadów, państwa Jędrzejczaków. Pakują się na wóz i ruszają z
górki, na których stoi ich dom, w dół, do głównej drogi. Powoli na drodze do
Swarzędza formuje się ponura kolumna. Psy wyczuwają napięcie. Gdy wozy ruszają słychać wycie psów, których
właściciele opuszczają domostwa. Gdzie i na jaką poniewierkę ? W tej chwili nie
wiadomo. Tak jak i tego, dlaczego właśnie ich wysiedlono jako pierwszych ? Czy
to dobry sołtys Humkę skazał kobietę z trójką małych dzieci na poniewierkę ?
Czy komuś właśnie te gospodarstwa wydały się odpowiednie dla Niemców,
sprowadzonych do Kraju Warty. Potem okaże się, że inni gospodarze nie będę
wysiedlani w lubelskie. Pozostaną na miejscu, np. w Daszewicach po drugiej
stronie Poznania.
Zaczyna się
rozjaśniać , gdy wjeżdżają do Swarzędza. Robi się coraz większy ruch, furmanki
z takimi jak oni nieszczęśnikami, zjeżdżają z różnych stron na miejsce
zgrupowania. Przed budynkiem, obecnie stoi tu Hala Meblowa na skrzyżowaniu
Jasińskiej i Cieszkowskiego, stoją autobusy. W hali spotykają się sąsiedzi z
jednej wsi. Chcą trzymać się razem, ale w tym tłumie i tumulcie, powstałym przy
wsiadaniu do autobusów, staje się to niemożliwe. Agnieszka z Edmundem zostaje
rozdzielona ze starszymi dziećmi Stasiem i Julką . Staś trzyma siostrę mocno za
rękę, ale ta zaczyna płakać. Spychani są do innego autobusu niż mama. Sytuacje zauważa
Kazimierz Wiśniewski, łapie dzieci i zanosi je do mamy. O dziwo nikt z
pilnujących nie reaguje.
Autobusy
ruszaj w kierunku Poznania. Wysiadają z nich w okolicach hal targowych przy
Grunwaldzkiej i idą na dworzec PKP. Podjeżdżają pociągi z kierunku Piły.
Wysiedleńcy mają wsiadać do wagonów. W jednym przedziale Agnieszka z dziećmi i
rodzina Wiśniewskich; kobieta z trójką dorosłych dzieci pomaga matce z trójką
maluchów. Starają się nie rozdzielać. Na peronie wojsko niemieckie pilnuje
porządku. Ludzie na peronie płaczą, nawołują się, taszczą swój dobytek, większe
i mniejsze tobołki przepychają przez wąskie drzwi i przejścia . Dobytek całego
życia, to co ważne, to co potrzebne, to o się przyda, co pozwoli przeżyć.
W przedziale
rozmawiają o tym, co ich czeka, co będzie, dokąd ich zabierają, co będzie na
końcu tej podróży. Dzieci siedzą przytulone do boku matki. Mundek zasnął na jej
kolanach.
Gdy peron
jest już pusty, a ludzie zajęli przedziały i ulokowali nad głowami swoje bagaże
otwierają się drzwi. Do przedziału wchodzi Niemiec w cywilu, pewnie urzędnik,
za nim żołnierz pod bronią. Wskazuje na Kazimierza, Franka i Jadwigę
Wiśniewskich, każe im wychodzić . W pociągu robi się szum, ludzie głośno
protestują , płaczą. Pani Wiśniewska też płacze, zostaje sama, rozdzielają ją z
dziećmi. Jak oni dadzą sobie radę, jak ona sama da radę tam, gdzie ją zawiozą ?
Niemcy patrzą na rozpaczającą rodzinę, zamieniają kilka zdań po niemiecku
między sobą. W końcu ten po cywilnemu pozwala zostać najstarszemu synowi,
Frankowi. Pozostała dwójkę zabiera ze sobą. Dorośli płaczą. Dzieci, nie wiedząc
co się dzieje, też zaczynają płakać. Dojmujące poczucie braku wpływu na swój
los.
Na peronie
widać rosnącą grupę młodych ludzi , otoczonych kordonem żołnierzy. Nie wolno
otwierać okien wagonów. Ludzie rzucają się do zamkniętych okien, żeby
popatrzeć, żeby chociaż w ten sposób pożegnać się z najbliższymi.
- Dokąd ich
zabierają ?! – to pytanie powtarzane z ust do ust biegnie przez przedziały i
wagony. W końcu nadchodzi odpowiedź
- Młodych,
silnych, sprawnych zabierają na roboty .
Ludzie się
trochę uspokajają. Ale po chwili pojawia się niepokojąca myśl – to co zrobią z
nami, niezdolnymi do pracy, małymi dziećmi ? U niektórych pojawia się już
zrezygnowanie.
Rozlega się
gwizd , lokomotywa szarpnęła , wagony powoli zaczynają się toczyć. Na peronie
młodzi ludzie zaczynają się zwracać w stronę pociągu, iść wzdłuż peronu, to
niepokoi żołnierzy, wyżej podnoszą broń, zacieśniają kordon i zaczynają spychać
Polaków do zejścia z peronu . To ostatni obraz, który widzą odjeżdżający.
Pociąg opuszcza dworzec.
Ciag dalszy :
Życie w Mościcach
Ciag dalszy :
Życie w Mościcach

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz