![]() |
| mojswarzedz.pl |
Na gości
wysiadających na peron z drewnianych wagonów, ciągnionych przez lokomotywy
parowe, czekają bagażowi i stangreci. Pierwsi pomagają nieść bagaż tym, którzy
przyjechali do Swarzędza na dłuższy pobyt. Drudzy – zachęcają do skorzystania z
dorożki do miasta.
Na peronie
witający przyjezdnych przepychają się między kolejarzami, bagażowymi i
bagażami. Co rusz ktoś kogoś woła i ludzie padają sobie w objęcia.
Wśród
podróżnych, którzy przyjechali pociągiem o 11, znajduje się także rodzina Kuntz
z Poznania. Mieszkają na co dzień na Rynku i postanowili w niedzielę odpocząć
od uciążliwości dużego miasta. Zwłaszcza, że czerwiec tego roku jest wyjątkowo
upalny. A upał w Poznaniu jest nie do zniesienia. Niedawno otrzymali od
kuzynostwa Reichów pocztówkę ze Swarzędza. „Grus aus Marco’s Luftkurort
Livkadia in Schwersenz”, a na zdjęciu stylowy budynek – mur pruski, kryty
dachówką, otoczony pięknym parkiem, a wszystko położone tuż nad jeziorem.
Reichowie zachwalali urodę i spokój tego miejsca. Ze swym chorowitym synem, Clemensem, wyjechali wiosną na 10 dni do kurortu "Livkadia". Kuntzowie postanowili
przekonać się , czy to dobre miejsce na wypoczynek dla dzieci.
Przed
dworcem czekają dorożki. Konie niecierpliwią się i szarpią za lejce przywiązane do kozłów. Woźnice zajęci są
pomaganiem klientom przy wsiadaniu po wykładanych schodkach do dorożki.
Zwłaszcza dzieci mają trudności z wsiadaniem. Ich nóżki są za krótkie, żeby
dosięgnąć wysoko położonego pierwszego stopnia. Pomagają też paniom w długich
sukniach, z parasolkami przeciw upalnemu
słońcu, bardzo nieporęcznych w tej sytuacji. Chwytają kobiety pod łokieć, żeby
nie straciły równowagi na chwiejnych stopieńkach, gdyby koń nagle szarpnął
powozem. Panowie nie wymagają pomocy. Wsiadają ostatni. Chwytają się boków
pojazdu, podciągają i siadają na miękko wyściełanej ławeczce.
Tak samo
dzieje się w dorożce, wynajętej przez rodzinę Kuntz. Pani Hana siedzi już w
środku, poprawiając dół sukienki, który podwinął się gdy siadała w dorożce.
Dzieci, pięcioletnia Lidia i siedmioletni Johan siedzą naprzeciw niej, tyłem do
stangreta i kierunku jazdy. Dzieci zabrały ze sobą drewnianego konika na
kółkach, żeby mieć się czym bawić na powietrzu. Głowa rodziny, Karol Kuntz, sprawdza czy kosz
piknikowy , który niosła ich służąca Małgorzata, zwana przez nich z niemiecka
Margaretą , jest dobrze przytroczony z tyłu.
Tymczasem
stangret pomaga Małgorzacie wspiąć się na kozła obok siebie. Dziewczyna trochę
się krępuje, ale Jasiek chwyta ją w pasie i bezceremonialnie podsadza na górę.
Tych,
których nie stać na wynajęcie dorożki
ruszają w kierunku miasta pieszo. Sprzed dworca doskonale widoczna jest
panorama Swarzędza, z jej charakterystycznymi punktami – wieżą ciśnień, wieżą
kościoła ewangelickiego i ratuszem. Wszyscy kierują się w stronę jeziora.
Stukot kopyt i chrzęst kół dorożek przecina ciszę sennego miasteczka.
Ledwie
dorożka rusza, a dzieci zaczynają wykrzykiwać :
- Mamo , tato
co to za wieża , taaaka wysoka ?
- Mamo,
tato, a tam po prawej to kościół?
- Mamo, tato
kiedy zobaczymy jezioro ?
- Mamo, tato
będę mógł pojeździć na kucyku?
Rodzice nie
próbują nawet odpowiadać na rzucane przez dzieci pytania. Wypatrują wśród tłumu
niedzielnych znajomych twarzy. Od czasu do czasu kłaniają się komuś znajomemu,
kogo dostrzegą w innej dorożce lub spacerującego chodnikiem, wyraźnie
oddzielonym od drogi dla powozów.
W domu
zdrojowym nad jeziorem gwar. W tak piękną pogodę jak dziś orkiestra zajęła
miejsce na zewnątrz, w ogródku letnim. Muzyka niesie się po całym ogrodzie,
płynie wśród stolików nakrytych obrusami w białoczerwoną kratę, umila czas gościom,
którzy przyjechali tu, by nad jeziorem spędzić upalną niedzielę.
Kuntzowie
omijają dom zdrojowy i kawiarnię ogrodu Marco. Idą w kierunku małego zoo, żeby rozłożyć
koce na trawie w pobliżu jeziora. Małgorzata z zadowoleniem stwierdza, że to
całkiem niedaleko, bo kosz w którym dźwiga jedzenie, napoje, naczynia i koce
bardzo jej ciąży.
Wybierają
miejsce w pobliżu innych piknikujących, w zacienionym miejscu pod kasztanowcem
i rozkładają swoje rzeczy. Lidia i Johan biegną od razu w kierunku jeziora. Natychmiast
zapoznają inne dzieci i przybiegają do rodziców, żeby ich o tym poinformować.
Mała Lidia
zobaczyła u nowej koleżanki, Anny, kolorowy wiatraczek i teraz prosi rodziców.
- Mamo, kup
mi taki wiatraczek. Zobacz jak on się kręci na słońcu i tak ładnie zmienia
kolory. Proszę, mamo.
Mama
uśmiecha się do dziewczynki i prosi męża.
- Idź ,
Karolu, widziałam straganik z zabawkami obok kawiarni. Kup Lidii ten
wiatraczek.
Mała chwyta
ojca za palec i podskakując towarzyszy mu w zakupach.
- Tato,
tato! Zobacz jakie duże cukierki na patyku. – krzyczy zaaferowane dziecko
- To lizaki,
taka nowość – mówi sprzedawca – Bardzo słodkie o smaku malinowym i cytrynowym.
- Tatko ,
kup, kup, proszę . Ja chcę malinowy lizak! – dziewczynka patrzy błagalnym
wzrokiem na tatę – I Johanowi też kup. I dla mamusi.
Pan Karol
Kuntz zaczyna się śmiać na samą myśl o tym, że jego żona miałaby w publicznym
miejscu lizać kolorowy cukierek.
- Poproszę
dwa lizaki , jeden malinowy, a drugi cytrynowy. Albo nie – dwa malinowe proszę.
Uniknę kłótni między dziećmi, który lepszy, gdy dostaną takie same. – tłumaczy się
sprzedawcy z westchnieniem.
Sprzedawca
uśmiecha się wyrozumiale, zadowolony z udanej transakcji. Podaje lizaki ojcu, a
dziewczynkę podnosi do góry, żeby mogła
z wysokiego stojaka wybrać sobie wiatrak, który jej się najbardziej podoba. Po
chwili wahania Lidia wybiera wiatraczek o różnokolorowych skrzydełkach i
czerwonym środku. Mężczyzna stawia ją na ziemi, a ona biegnie z nowym
nabytkiem, który zaczyna się kręcić i furkotać w jej małej rączce.
Wracają do
mamy, która razem z Małgorzatą rozłożyła już cały dobytek i siedzi teraz
wygodnie z parasolką rozłożoną nad swoją głową. Służąca oddaliła się i wraz z
innymi pomocami siedzą na ławeczce w pobliżu wody i co rusz wybuchają śmiechem.
Za pewne wyśmiewają fanaberie swoich pracodawców, dając upust bezsilnej złości.
Dzieci bawią
się w ganianego nad jeziorem. To pojawiają się to znikają z oczu rodzicom. Z
małego zoo przychodzi na plażę pan z osiołkiem i za kilka groszy zabiera dzieci
na przejażdżkę.
Pani Hana
Kuntz zawarła już znajomość z państwem Kloch i państwem Shmutz, którzy siedzą w
pobliżu. Okazało się, że również mieszkają w okolicy poznańskiego ryku i panie
odwiedzają w mieście te same miejsca, więc mają wiele wspólnych tematów.
Panowie stanęli w kręgu w pewnym oddaleniu i dyskutują na temat sytuacji w
Europie.
W pewnym
momencie panie zauważają, że dzieci za bardzo się oddaliły. Dzieci poszły w
kierunku zoo i przestały być widoczne między krzewami rododendronów. Mamy nawołują,
żeby dzieci wracały i bawiły się w pobliżu.
Pani Kuntz
widzi na brzegu jeziora porzuconego drewnianego kucyka. Nigdzie nie widać za to
małej Lidii w jej różowe sukience, z białymi kokardami we włosach i
wiatraczkiem w ręku. Pani Hana podrywa się i nerwowo rozgląda wokół. Również
pozostałe panie wstają i wypatrują dziewczynki. Pan Karol Kuntz widząc
zaniepokojenie żony przerywa ciekawą rozmowę o rozwoju kolei żelaznej i
podbiega do Hany.
- Co się stało,
moja droga ? – pyta swym niskim, łagodnym głosem
- Lidia,
nigdzie nie widzę Lidii! – mówi poddenerwowana kobieta
- Spokojnie,
zaraz się rozejrzę. Najpierw zapytam chłopców , czy jej gdzieś nie zostawili.
- Johan –
woła syna.
Chłopiec
podbiega do taty posłusznie.
- Nie
widziałeś Lidii?
- Nie, ona
tu została. Bawiła się tym głupim koniem , który po piasku nie chciał jeździć,
więc została.
- Kiedy to
było ? – dopytuje ojciec
- No, zanim
poszliśmy do zoo, oglądać pawie. A co się stało ? – zaciekawia się chłopiec
- Nic, na
razie nic się nie stało. Po prostu Lidia zniknęła nam z oczu na chwilę…
- Lidia
zginęła ! – wrzeszczy Johan, biegnąc do kolegów, którzy zostali na brzegu
jeziora
Jego krzyk
podrywa wszystkich na nogi. Dorośli podchodzą i dopytują, co się stało. Pani
Hana połykając łzy mówi , jak córka wygląda, jak jest ubrana i gdzie ostatnio
ją widzieli. Towarzystwo zaczyna rozchodzić się w różnych kierunkach i
wypatrywać pięcioletniej dziewczynki.
Wieść szybko
roznosi się w ogrodzie Marco. Dociera także do przystani, do ludzi na łodziach.
Wszyscy zaczynają wypatrywać samotnego dziecka. Dochodzi przy tym do zabawnych
sytuacji, gdy zaczepiane są dziewczynki u boku dorosłych i dopytywane, czy na
pewno nie nazywają się Lidia Kuntz.
Tymczasem
mała Lidia szła brzegiem jeziora zapatrzona w rodzinę kaczek. Mama kaczka cały
czas zaganiała i opływała stado pięciu maluchów. Puszyste żółto szare kuleczki
kręciły się i wirowały na wodzie. Lidia nie mogła oderwać od nich oczu i w
końcu, gdy zniknęły jej w trzcinie weszła między źdźbła, przykucnęła na brzegu
i wyciągała rączki, chcąc dosięgnąć kaczątek.
Wiatraczek położyła
delikatnie z boku, na zmurszałym pniu wierzby, żeby się nie zniszczył, a sama
weszła jak najdalej w głąb, aż woda muskała czubki jej białych bucików. Słyszała
szum wiatru w trzcinach. Docierały do niej odgłosy wioseł, przecinających wodę
i stukających o burty łodzi. Głosy ludzi niosły się po wodzie powodując, że
dziecko czuło się bezpiecznie.
Nagle padł
na nią jakiś cień. Dziewczynka obejrzała się. Za nią stał wysoki mężczyzna w
meloniku, z parasolem w ręce.
- Ty jesteś
Lidia ? – zagadnął widząc w oczach dziewczynki obawę. Na dźwięk swego imienia
dziecko się uspokoiło.
- Tak.
- Wszyscy
cię szukamy. Co tu robisz sama? – mężczyzna powoli zbliżył się do dziewczynki.
Pochylił nad nią nisko, muskając twarzą jej włosy. Głośno wciągnął powietrze. Potem
chwycił Lidię za nadgarstek i podniósł na nogi. Jednocześnie kciukiem muskał
delikatną skórę dziecka.
- Podobają
ci się te kaczuszki ?
- Tak. Są takie
malutkie i mięciutkie, ale nie mogę ich dosięgnąć. - poskarżyła się
- Są bardzo
płochliwe. A ty masz jakieś mięciutkie zabawki w swoim domu?
- Nie –
odpowiedziało dziecko zgodnie z prawdą – Mam za to drewnianego konika, na
kółkach.
- A ja mam w
domu takiego brązowego misia. Ma białe łapki i biały brzuszek, na pewno by ci
się spodobał. Chcesz zobaczyć ?
- Tak, tak –
wykrzyknęło dziecko.
Mężczyzna
chwycił ją mocniej za rękę.
- Mój
wiatraczek, mój wiatraczek – krzyknęła dziewczynka i zaczęła się wyrywać w
kierunku pozostawionej zabawki.
Mężczyzna jednak
nie pozwolił jej się wyrwać, wziął ją na ręce i wyszedł z trzcin na alejkę.
Rozejrzał się nerwowo i zobaczył dwóch mężczyzn biegnących w jego kierunku od
strony przystani. Zrozumiał, że został zauważony. Powoli podniósł rękę, w której
trzymał parasol
- Tu jest –
krzyknął głośno – Znalazłem ją, tu jest!
Jednym z
biegnących mężczyzn był swarzędzki stójkowy. Chwycił dziewczynkę, skinął tylko
głową mężczyźnie w meloniku i ruszył w kierunku domu zdrojowego. Wieść między
odpoczywającymi szybko się rozniosła i wyprzedziła policjanta. Naprzeciw niego,
po żwirowej alejce między drzewami, biegła już pani Hana, podtrzymując ręką swą
długą błękitną suknię A za nią biegł mąż,
trzymając za rękę syna, a w drugiej ręce ściskając kapelusz. Uściskom, podziękowaniom i męskim
poklepywaniom się po plecach nie było końca.
Tylko Lidia
nie wiadomo dlaczego wciąż mówiła o misiu, który na nią gdzieś czeka. Rodzice
uznali, że majaczy, bo za długo przebywała na słońcu. Postanowili wracać do
domu najbliższym pociągiem. Odjechali wkrótce podstawioną dorożką, a ludzie
jeszcze dyskutowali o całym zdarzeniu. Dorośli przestrzegali się nawzajem, a
dzieci nie mogły już samodzielnie oddalać się od rodziców.
Wkrótce wszystko się uspokoiło. W ogrodzie Marco zapada zmierzch. Latarnik zapala gazową lampę , stojącą przy wejściu do letniego ogródka. Orkiestra pakuje swoje instrumenty. Kelnerzy sprzątają stoliki i zdejmują ubrudzone obrusy w białoczerwoną kratę. Pachnie wieczorną wilgocią. Od jeziora wiatr przynosi kumkanie żab i kwakanie kaczek. Stukoczą koła odjeżdżających dorożek. Goście spieszą się na ostatni pociąg odjeżdżający w kierunku Poznania.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz