wtorek, 7 stycznia 2020

W swarzędzkim ogrodzie Marco

Swarzędz Jezioro
mojswarzedz.pl
Tej czerwcowej niedzieli ruch na dworcu kolejowym w Swarzędzu jest ogromny. Specjalne, niedzielne pociągi przywożą z Poznania gości do kurortu w Swarzędzu. Reklama wykupiona w poznańskiej gazecie bardzo się opłaciła. W ciepłe niedziele poznaniacy chętnie wypoczywają nad jeziorem swarzędzkim.

Na gości wysiadających na peron z drewnianych wagonów, ciągnionych przez lokomotywy parowe, czekają bagażowi i stangreci. Pierwsi pomagają nieść bagaż tym, którzy przyjechali do Swarzędza na dłuższy pobyt. Drudzy – zachęcają do skorzystania z dorożki do miasta.
Na peronie witający przyjezdnych przepychają się między kolejarzami, bagażowymi i bagażami. Co rusz ktoś kogoś woła i ludzie padają sobie w objęcia.
Wśród podróżnych, którzy przyjechali pociągiem o 11, znajduje się także rodzina Kuntz z Poznania. Mieszkają na co dzień na Rynku i postanowili w niedzielę odpocząć od uciążliwości dużego miasta. Zwłaszcza, że czerwiec tego roku jest wyjątkowo upalny. A upał w Poznaniu jest nie do zniesienia. Niedawno otrzymali od kuzynostwa Reichów pocztówkę ze Swarzędza. „Grus aus Marco’s Luftkurort Livkadia in Schwersenz”, a na zdjęciu stylowy budynek – mur pruski, kryty dachówką, otoczony pięknym parkiem, a wszystko położone tuż nad jeziorem. Reichowie zachwalali urodę i spokój tego miejsca.  Ze swym chorowitym synem, Clemensem, wyjechali wiosną na 10 dni do kurortu "Livkadia". Kuntzowie postanowili przekonać się , czy to dobre miejsce na wypoczynek dla dzieci.


Przed dworcem czekają dorożki. Konie niecierpliwią się i szarpią za lejce  przywiązane do kozłów. Woźnice zajęci są pomaganiem klientom przy wsiadaniu po wykładanych schodkach do dorożki. Zwłaszcza dzieci mają trudności z wsiadaniem. Ich nóżki są za krótkie, żeby dosięgnąć wysoko położonego pierwszego stopnia. Pomagają też paniom w długich sukniach,  z parasolkami przeciw upalnemu słońcu, bardzo nieporęcznych w tej sytuacji. Chwytają kobiety pod łokieć, żeby nie straciły równowagi na chwiejnych stopieńkach, gdyby koń nagle szarpnął powozem. Panowie nie wymagają pomocy. Wsiadają ostatni. Chwytają się boków pojazdu, podciągają i siadają na miękko wyściełanej ławeczce.
Tak samo dzieje się w dorożce, wynajętej przez rodzinę Kuntz. Pani Hana siedzi już w środku, poprawiając dół sukienki, który podwinął się gdy siadała w dorożce. Dzieci, pięcioletnia Lidia i siedmioletni Johan siedzą naprzeciw niej, tyłem do stangreta i kierunku jazdy. Dzieci zabrały ze sobą drewnianego konika na kółkach, żeby mieć się czym bawić na powietrzu.  Głowa rodziny, Karol Kuntz, sprawdza czy kosz piknikowy , który niosła ich służąca Małgorzata, zwana przez nich z niemiecka Margaretą , jest dobrze przytroczony z tyłu.
Tymczasem stangret pomaga Małgorzacie wspiąć się na kozła obok siebie. Dziewczyna trochę się krępuje, ale Jasiek chwyta ją w pasie i bezceremonialnie podsadza na górę.
Tych, których  nie stać na wynajęcie dorożki ruszają w kierunku miasta pieszo. Sprzed dworca doskonale widoczna jest panorama Swarzędza, z jej charakterystycznymi punktami – wieżą ciśnień, wieżą kościoła ewangelickiego i ratuszem. Wszyscy kierują się w stronę jeziora. Stukot kopyt i chrzęst kół dorożek przecina ciszę sennego miasteczka.
Ledwie dorożka rusza, a dzieci zaczynają wykrzykiwać :
- Mamo , tato co to za wieża , taaaka wysoka ?
- Mamo, tato, a tam po prawej to kościół?
- Mamo, tato kiedy zobaczymy jezioro ?
- Mamo, tato będę mógł pojeździć na kucyku?
Rodzice nie próbują nawet odpowiadać na rzucane przez dzieci pytania. Wypatrują wśród tłumu niedzielnych znajomych twarzy. Od czasu do czasu kłaniają się komuś znajomemu, kogo dostrzegą w innej dorożce lub spacerującego chodnikiem, wyraźnie oddzielonym od drogi dla powozów.
W domu zdrojowym nad jeziorem gwar. W tak piękną pogodę jak dziś orkiestra zajęła miejsce na zewnątrz, w ogródku letnim. Muzyka niesie się po całym ogrodzie, płynie wśród stolików nakrytych obrusami w białoczerwoną kratę, umila czas gościom, którzy przyjechali tu, by nad jeziorem spędzić upalną niedzielę.
Kuntzowie omijają dom zdrojowy i kawiarnię ogrodu Marco. Idą w kierunku małego zoo, żeby rozłożyć koce na trawie w pobliżu jeziora. Małgorzata z zadowoleniem stwierdza, że to całkiem niedaleko, bo kosz w którym dźwiga jedzenie, napoje, naczynia i koce bardzo jej ciąży.
Wybierają miejsce w pobliżu innych piknikujących, w zacienionym miejscu pod kasztanowcem i rozkładają swoje rzeczy. Lidia i Johan biegną od razu w kierunku jeziora. Natychmiast zapoznają inne dzieci i przybiegają do rodziców, żeby ich o tym poinformować.
Mała Lidia zobaczyła u nowej koleżanki, Anny, kolorowy wiatraczek i teraz prosi rodziców.
- Mamo, kup mi taki wiatraczek. Zobacz jak on się kręci na słońcu i tak ładnie zmienia kolory. Proszę, mamo.
Mama uśmiecha się do dziewczynki i prosi męża.
- Idź , Karolu, widziałam straganik z zabawkami obok kawiarni. Kup Lidii ten wiatraczek.
Mała chwyta ojca za palec i podskakując towarzyszy mu w zakupach.
- Tato, tato! Zobacz jakie duże cukierki na patyku. – krzyczy zaaferowane dziecko
- To lizaki, taka nowość – mówi sprzedawca – Bardzo słodkie o smaku malinowym i cytrynowym.
- Tatko , kup, kup, proszę . Ja chcę malinowy lizak! – dziewczynka patrzy błagalnym wzrokiem na tatę – I Johanowi też kup. I dla mamusi.
Pan Karol Kuntz zaczyna się śmiać na samą myśl o tym, że jego żona miałaby w publicznym miejscu lizać kolorowy cukierek.
- Poproszę dwa lizaki , jeden malinowy, a drugi cytrynowy. Albo nie – dwa malinowe proszę. Uniknę kłótni między dziećmi, który lepszy, gdy dostaną takie same. – tłumaczy się sprzedawcy z westchnieniem.
Sprzedawca uśmiecha się wyrozumiale, zadowolony z udanej transakcji. Podaje lizaki ojcu, a dziewczynkę podnosi do góry, żeby  mogła z wysokiego stojaka wybrać sobie wiatrak, który jej się najbardziej podoba. Po chwili wahania Lidia wybiera wiatraczek o różnokolorowych skrzydełkach i czerwonym środku. Mężczyzna stawia ją na ziemi, a ona biegnie z nowym nabytkiem, który zaczyna się kręcić i furkotać w jej małej rączce.
Wracają do mamy, która razem z Małgorzatą rozłożyła już cały dobytek i siedzi teraz wygodnie z parasolką rozłożoną nad swoją głową. Służąca oddaliła się i wraz z innymi pomocami siedzą na ławeczce w pobliżu wody i co rusz wybuchają śmiechem. Za pewne wyśmiewają fanaberie swoich pracodawców, dając upust bezsilnej złości.
Dzieci bawią się w ganianego nad jeziorem. To pojawiają się to znikają z oczu rodzicom. Z małego zoo przychodzi na plażę pan z osiołkiem i za kilka groszy zabiera dzieci na przejażdżkę.
Pani Hana Kuntz zawarła już znajomość z państwem Kloch i państwem Shmutz, którzy siedzą w pobliżu. Okazało się, że również mieszkają w okolicy poznańskiego ryku i panie odwiedzają w mieście te same miejsca, więc mają wiele wspólnych tematów. Panowie stanęli w kręgu w pewnym oddaleniu i dyskutują na temat sytuacji w Europie.
W pewnym momencie panie zauważają, że dzieci za bardzo się oddaliły. Dzieci poszły w kierunku zoo i przestały być widoczne między krzewami rododendronów. Mamy nawołują, żeby dzieci wracały i bawiły się w pobliżu.
Pani Kuntz widzi na brzegu jeziora porzuconego drewnianego kucyka. Nigdzie nie widać za to małej Lidii w jej różowe sukience, z białymi kokardami we włosach i wiatraczkiem w ręku. Pani Hana podrywa się i nerwowo rozgląda wokół. Również pozostałe panie wstają i wypatrują dziewczynki. Pan Karol Kuntz widząc zaniepokojenie żony przerywa ciekawą rozmowę o rozwoju kolei żelaznej i podbiega do Hany.
- Co się stało, moja droga ? – pyta swym niskim, łagodnym głosem
- Lidia, nigdzie nie widzę Lidii! – mówi poddenerwowana kobieta
- Spokojnie, zaraz się rozejrzę. Najpierw zapytam chłopców , czy jej gdzieś nie zostawili.
- Johan – woła syna.
Chłopiec podbiega do taty posłusznie.
- Nie widziałeś Lidii?
- Nie, ona tu została. Bawiła się tym głupim koniem , który po piasku nie chciał jeździć, więc została.
- Kiedy to było ? – dopytuje ojciec
- No, zanim poszliśmy do zoo, oglądać pawie. A co się stało ? – zaciekawia się chłopiec
- Nic, na razie nic się nie stało. Po prostu Lidia zniknęła nam z oczu na chwilę…
- Lidia zginęła ! – wrzeszczy Johan, biegnąc do kolegów, którzy zostali na brzegu jeziora
Jego krzyk podrywa wszystkich na nogi. Dorośli podchodzą i dopytują, co się stało. Pani Hana połykając łzy mówi , jak córka wygląda, jak jest ubrana i gdzie ostatnio ją widzieli. Towarzystwo zaczyna rozchodzić się w różnych kierunkach i wypatrywać pięcioletniej dziewczynki.
Wieść szybko roznosi się w ogrodzie Marco. Dociera także do przystani, do ludzi na łodziach. Wszyscy zaczynają wypatrywać samotnego dziecka. Dochodzi przy tym do zabawnych sytuacji, gdy zaczepiane są dziewczynki u boku dorosłych i dopytywane, czy na pewno nie nazywają się Lidia Kuntz.
Tymczasem mała Lidia szła brzegiem jeziora zapatrzona w rodzinę kaczek. Mama kaczka cały czas zaganiała i opływała stado pięciu maluchów. Puszyste żółto szare kuleczki kręciły się i wirowały na wodzie. Lidia nie mogła oderwać od nich oczu i w końcu, gdy zniknęły jej w trzcinie weszła między źdźbła, przykucnęła na brzegu i wyciągała rączki, chcąc dosięgnąć kaczątek.
Wiatraczek położyła delikatnie z boku, na zmurszałym pniu wierzby, żeby się nie zniszczył, a sama weszła jak najdalej w głąb, aż woda muskała czubki jej białych bucików. Słyszała szum wiatru w trzcinach. Docierały do niej odgłosy wioseł, przecinających wodę i stukających o burty łodzi. Głosy ludzi niosły się po wodzie powodując, że dziecko czuło się bezpiecznie.
Nagle padł na nią jakiś cień. Dziewczynka obejrzała się. Za nią stał wysoki mężczyzna w meloniku, z parasolem w ręce.
- Ty jesteś Lidia ? – zagadnął widząc w oczach dziewczynki obawę. Na dźwięk swego imienia dziecko się uspokoiło.
- Tak.
- Wszyscy cię szukamy. Co tu robisz sama? – mężczyzna powoli zbliżył się do dziewczynki. Pochylił nad nią nisko, muskając twarzą jej włosy. Głośno wciągnął powietrze. Potem chwycił Lidię za nadgarstek i podniósł na nogi. Jednocześnie kciukiem muskał delikatną skórę dziecka.
- Podobają ci się te kaczuszki ?
- Tak. Są takie malutkie i mięciutkie, ale nie mogę ich dosięgnąć. - poskarżyła się
- Są bardzo płochliwe. A ty masz jakieś mięciutkie zabawki w swoim domu?
- Nie – odpowiedziało dziecko zgodnie z prawdą – Mam za to drewnianego konika, na kółkach.
- A ja mam w domu takiego brązowego misia. Ma białe łapki i biały brzuszek, na pewno by ci się spodobał. Chcesz zobaczyć ?
- Tak, tak – wykrzyknęło dziecko.
Mężczyzna chwycił ją mocniej za rękę.
- Mój wiatraczek, mój wiatraczek – krzyknęła dziewczynka i zaczęła się wyrywać w kierunku pozostawionej zabawki.
Mężczyzna jednak nie pozwolił jej się wyrwać, wziął ją na ręce i wyszedł z trzcin na alejkę. Rozejrzał się nerwowo i zobaczył dwóch mężczyzn biegnących w jego kierunku od strony przystani. Zrozumiał, że został zauważony. Powoli podniósł rękę, w której trzymał parasol
- Tu jest – krzyknął głośno – Znalazłem ją, tu jest!
Jednym z biegnących mężczyzn był swarzędzki stójkowy. Chwycił dziewczynkę, skinął tylko głową mężczyźnie w meloniku i ruszył w kierunku domu zdrojowego. Wieść między odpoczywającymi szybko się rozniosła i wyprzedziła policjanta. Naprzeciw niego, po żwirowej alejce między drzewami,  biegła już pani Hana, podtrzymując ręką swą długą błękitną suknię A  za nią biegł mąż, trzymając za rękę syna, a w drugiej ręce ściskając kapelusz.  Uściskom, podziękowaniom i męskim poklepywaniom się po plecach nie było końca.
Tylko Lidia nie wiadomo dlaczego wciąż mówiła o misiu, który na nią gdzieś czeka. Rodzice uznali, że majaczy, bo za długo przebywała na słońcu. Postanowili wracać do domu najbliższym pociągiem. Odjechali wkrótce podstawioną dorożką, a ludzie jeszcze dyskutowali o całym zdarzeniu. Dorośli przestrzegali się nawzajem, a dzieci nie mogły już samodzielnie oddalać się od rodziców.
Wkrótce wszystko się uspokoiło. W ogrodzie Marco zapada zmierzch. Latarnik zapala gazową lampę , stojącą przy wejściu do letniego ogródka. Orkiestra pakuje swoje instrumenty. Kelnerzy sprzątają stoliki i zdejmują ubrudzone obrusy w białoczerwoną kratę. Pachnie wieczorną wilgocią. Od jeziora wiatr przynosi kumkanie żab i kwakanie kaczek. Stukoczą koła odjeżdżających dorożek. Goście spieszą się na ostatni pociąg odjeżdżający w kierunku Poznania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz