piątek, 14 lutego 2020

Jak Hersz Chimowicz do Swarzędza wrócił

Swarzędz
Wiosną 1946 roku gruchnęła wieść, że Żydzi wrócili do miasta. Ktoś jednego widział na dworcu kolejowym. Wysiadł z pociągu z Poznania. Na peronie stał z walizką. Skoro z walizką, to chyba wrócił do Swarzędza na stałe. A skąd wiadomo, że to Żyd? Bo szewc, co go na peronie widział, to go sprzed wojny zna i jest pewny, że to Hersz, tylko nazwiska nie mógł sobie przypomnieć.
[]
Potem jeszcze kilka osób go widziało. Chodził po mieście, jakby czegoś szukał. Żydowskiej dzielnicy, której już od dawna tutaj nie ma?



Na Zamkowej był, przed starą żydowską karczmą, którą jeszcze na początku lat trzydziestych stary Joszko prowadził. Ten sam, co to katolikom, idącym na mszę do Marcina, wódeczki odmawiaj. Ale jak wracali ze mszy, szerokim gestem zapraszał do siebie. Na placu po spalonej synagodze też był. I na Bramkowej, którą to według tradycji, zmarłych Żydów na kirkut niesiono.
[][]
Lekarz miejscowy go widział,  na kirkucie. Dokładnie tam, gdzie od drogi poznańskiej  była brama na cmentarz żydowski. Ale kirkutu już nie ma. Niemcy na początku okupacji kirkut zlikwidowali rękoma swarzędzkich kobiet i dzieci. Park założyli na miejscu pochówków żydowskich. Napis  "Nur für Deutsche " brzmiał jak szyderstwo.
Jakże to trzeba drugiego człowieka nienawidzić, żeby mu zabrać przeszłość, teraźniejszość i przyszłość?



Mówiono, że długo samotny Żyd stał w modlitwie pogrążony.
- Kadysz za zmarłych odmawiał - szeptali ci, którzy się trochę znali na judaizmie i ich modlitwach.
Ludzie mówią, że nie miejsce się liczy, lecz pamięć, ale bez miejsca i pamięć o ludziach wkrótce uleci.
[][][]
W końcu stójkowy, Stasiek od Wieczorków, teraz milicjant, spotkał go przy rynku. Wylegitymował się. Hermann Chimowicz, zapamiętał milicjant dane. I to, że z Łodzi wrócił, z getta. W Poznaniu pomieszkuje. Pytał, czy ktoś wrócił, ktoś z Żydów. Bo chodzi cały dzień po mieście i nikogo nie ma. Nikogo.
W milczeniu razem po papierosie wypalili i Hersz wrócił na stację, na ostatni pociąg do Poznania.
[][][]
Kilka dni później pojawił się znów na rynku. Szedł do ratusza. A jak już stamtąd wyszedł, to skierował się do kamienicy pod dwudziestym ósmym, gdzie kiedyś mieszkał z żoną, Sylwią z Fabianów, i córeczką Eugenią. Długo stał przed drzwiami, aż się dzieciarnia zaczęła zbierać koło niego. W końcu wszedł do środka i zapukał do dawnego mieszkania. W nim już osiedlono nowych, napływowych ludzi. Akurat gospodyni z pieca wyjęła drożdżowy placek z rabarbarem. Zapach roznosił się po całej kamienicy, a nawet na podwórko , bo wszystkie okna pootwierane, taki był ciepły dzień.
[][][]
Nie znali się, więc Hersz się przedstawił. Powiedział, że mieszkał tu kiedyś, kiedyś w innym życiu i w innej rzeczywistości.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale jestem tu pewnie ostatni raz. Wyjeżdżam ze Swarzędza, prawdopodobnie na zawsze i mam do państwa prośbę. -mąż gospodyni stanął za żoną zaniepokojony. Może ten Żyd będzie chciał zapłaty? Albo zechce jednak mieszkanie odzyskać. W końcu to było jego dom przed wojną. A oni już tu zainwestował, remont zrobili. Ale niech się magistrat martwi, to on ich tu przecież przydzielił . Oni się nie prosili. Nastawiony buńczucznie, ręce w kieszenie w bił i patrzył na przybysza nie jak na gościa, ale jak na intruza.
- Chciałbym, jeśłi państwo pozwolą,  mieszkanie zobaczyć. Ostatni raz.
Obawy mieli, ale coś takiego w tym człowieku było, w jego łamiącym głosie, w spojrzeniu. Jakiś smutek, tęsknota, a może rozpacz, że nie mogli biedakowi odmówić. Słyszeli już, że wrócił do Swarzędza, bo liczył, że spotka tu swoich, że też przeżyli i wrócili do domu. Otworzyli szerzej drzwi. Pani domu zaproponowała herbatę i kawałek świeżutkiego ciasta.
[][][]
Ale Chimowicz odmówił. Przechodził od pokoju do pokoju i rozglądał się. Po ścianach, które miały już nowy deseń i kolor. Po zmienionych szafach i krzesłach. Nawet stary piec kaflowy, który przy rozpalaniu okropnie dymił, zniknął. Podłóg parkietowych, na których śliskała się kiedyś mała Genia, też nie ma. Jakby ślady wszystkie, po dawnych mieszkańcach, wymiecione z kątów.
 I w końcu dotarł Hersz do malutkiego pokoju, na tyłach domu. Stanął przy oknie, dłońmi ścisnął drewniany parapet, aż mu kostki dłoni zbielały. Twarz do nieba podniósł, oczy zamknął, usta szeptały modlitwę. A spod zamkniętych powiek płynęły nieprzerwanie  łzy.
Wycofali się nowi gospodarze. Nie śmieli mu przeszkadzać. Żałoba ludzka jest wspólna, bez względu na wyznanie, narodowość i czas.
[][]
W końcu Hersz Chimowicz pożegnał się, ale gdy wychodził z mieszkania, na moment zatrzymał się przy drzwiach wejściowych.  Z czułością dotknął ślad po mezuzie na futrynie i niespodziewanie poprosił:
- Czy mogę zejść do piwnicy ?
Trochę to się wydawało podejrzane. Czego on tam może szukać, czego chce? Byli pewni, że niczego tam nie ma. Piwnicę dokładnie przeszukali ci, co mieszkali tu podczas wojny. Ale i oni, gdy dostali przydział, to zajrzeli w każdy zakamarek a nawet obstukali ściany, tak na wszelki wypadek. Tyle to się o zakopanych bogactwach słyszało, że na wyobraźnie każdego działało. Ale teraz tylko weka na półkach i klepisko pod nogami. A niech idzie. Zdjęli kłódkę i otworzyli drzwi z żelaznego skobla, i zostawili Żyda samego w zimnym, wilgotnym wnętrzu.
Gdy odeszli mężczyzna ukląkł na klepisku i ręką pod regal z ogórkami sięgnął. Odliczył dwanaście cegieł od północnej ściany i dwie cegły powyżej klepiska. Między cegły włożył płaski wytrych, który wyjął z kieszeni. Pierwsza cegła wysunęła się z trudem, ale następne już wyszły gładko. Ze szczeliny, na cegłę wysokiej i na trzy cegły długiej, wyjął, zawinięty w tałes, album. Usiadł na klepisku pod gołą żarówką i strona po stronie przeglądał cenną pamiątkę rodzinną.
[][]
Najpierw zdjęcia dziadków i rodziców, którzy umarli zanim koszmar wojny się zaczął. Potem piękną ciotkę Ryfkę, młodszą siostrę jego matki, z mężem na ślubnym zdjęciu. Do Auschwitz trafili. Hela, cioteczna siostra, która śmiała się takim bezwstydnie zaraźliwym śmiechem, razem z nimi w Łodzi była. Zginęła tego samego dnia, co jego żona Sylwia. Na kolejnej fotografii dwóch chłopaków, w śmiesznych portkach uśmiecha się nieśmiało. Bracia Sylwii, urwisy, którzy tylko do zdjęcia chwilę ustali w spokoju. Co się stało z małym Ickiem i z trzy lata starszym Mosze?
Strona po stronie, zdjęcie po zdjęciu, wciąż to samo pytanie - co się stało, gdzie ich szukać?
Nagle zdjęcia córeczki Geni wysunęło się z albumu na ziemię.  W sierpniu trzydziestego dziewiątego zrobione w zakładzie fotograficznym. Nie zdążył go wkleić. Patrzył na ufryzowaną główkę, wielkie kokardy na głowie. Pamiętał tę sukienkę, bladoróżową, koronkową. Zabrali ją ze sobą w tę straszną podróż.
- Gdzie jesteś, córeczko? - szepnął łamiącym się głosem.
Ucałował zimny papier. I głośno zapłakał. A może to było zawodzenie, zwierzęcy skowyt człowieka, który na całym świecie nie ma już nikogo. Nikogo. Grube mury dźwięk stłumiły. A może ktoś i słyszał ten rozpaczliwy szloch, ale kto ma odwagę przerwać męski szloch?
Kołysał się na klepisku, zdjęcia córeczki przyciskając do piersi, a łzy spływały na jego ręce, wsiąkały w papier i w jego koszulę.
Gdyby ktoś był tam wtedy usłyszałby, szeptane przez spierzchnięte wargi, słowa:
"Krew jej na was i na dzieci wasze"

Wiele godzin spędził Hersz w piwnicy. Aż nastał wieczór i okienko nad głową samotnego Żyda poszarzało. Wtedy zamknął album i życie w nim zawarte. Na powrót wsunął go do szczeliny.
- Niech spoczywa tu, na wieki. - szepnął.
Bez słowa opuścił kamienicę, rynek i Swarzędz. I nigdy więcej nikt Hersza Chimowicza w mieście nie widział.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz