Podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Zwłaszcza teraz, gdy już minęli ten śmieszny, jak zbudowany z klocków, dom podcieniowy w Żuławkach. I gdy przejechali przez przerażający most pontonowy w Drewnicy. Przemek straszył tą przeprawą swoją o trzy lata młodszą siostrę od momentu, gdy w Gdańsku wsiedli do autobusu. Dziewczynka jak zahipnotyzowana patrzyła nad uginające się pod ciężarem autobusowych kół metalowe pływaki. Jakby mogła siłą woli powstrzymać katastrofę. Liczyła pokonywane metalowe łączenia za każdym razem widząc jak pływak zanurza się w wiślaną toń. Nie patrzyła na gnącą się na wietrze trzcinę, na ogromne liście grzybieni kołyszące się na falach wzniecanych przez ruch na moście, ani łódki obijające się od pobliskiego pomostu. Jej uwagę pochłaniała woda, której się bała i która ją fascynowała. Ilekroć patrzyła na lustro wody widziała bezkresną głębinę, która kiedyś ją pochłonie.
Brat szturchnął Lonię
- Patrz
- No przecież patrzę - dziewczynka zamrugała oczami, jak wyrwana z głębokiego snu
- Tam, na słupie . Bociany! - chłopak był podekscytowany widokiem kolejnego bocianiego gniazda.
"Niech prawda nie stanie na drodze dobrej opowieści" Zachęcam do pozostawienia komentarza. Nie ma nic lepszego niż poznanie czytelnika.
wtorek, 12 maja 2020
piątek, 14 lutego 2020
Jak Hersz Chimowicz do Swarzędza wrócił
Wiosną 1946 roku gruchnęła wieść, że Żydzi wrócili do miasta. Ktoś jednego widział na dworcu kolejowym. Wysiadł z pociągu z Poznania. Na peronie stał z walizką. Skoro z walizką, to chyba wrócił do Swarzędza na stałe. A skąd wiadomo, że to Żyd? Bo szewc, co go na peronie widział, to go sprzed wojny zna i jest pewny, że to Hersz, tylko nazwiska nie mógł sobie przypomnieć.
[]
Potem jeszcze kilka osób go widziało. Chodził po mieście, jakby czegoś szukał. Żydowskiej dzielnicy, której już od dawna tutaj nie ma?
[]
Potem jeszcze kilka osób go widziało. Chodził po mieście, jakby czegoś szukał. Żydowskiej dzielnicy, której już od dawna tutaj nie ma?
wtorek, 7 stycznia 2020
W swarzędzkim ogrodzie Marco
![]() |
| mojswarzedz.pl |
Na gości
wysiadających na peron z drewnianych wagonów, ciągnionych przez lokomotywy
parowe, czekają bagażowi i stangreci. Pierwsi pomagają nieść bagaż tym, którzy
przyjechali do Swarzędza na dłuższy pobyt. Drudzy – zachęcają do skorzystania z
dorożki do miasta.
Na peronie
witający przyjezdnych przepychają się między kolejarzami, bagażowymi i
bagażami. Co rusz ktoś kogoś woła i ludzie padają sobie w objęcia.
Wśród
podróżnych, którzy przyjechali pociągiem o 11, znajduje się także rodzina Kuntz
z Poznania. Mieszkają na co dzień na Rynku i postanowili w niedzielę odpocząć
od uciążliwości dużego miasta. Zwłaszcza, że czerwiec tego roku jest wyjątkowo
upalny. A upał w Poznaniu jest nie do zniesienia. Niedawno otrzymali od
kuzynostwa Reichów pocztówkę ze Swarzędza. „Grus aus Marco’s Luftkurort
Livkadia in Schwersenz”, a na zdjęciu stylowy budynek – mur pruski, kryty
dachówką, otoczony pięknym parkiem, a wszystko położone tuż nad jeziorem.
Reichowie zachwalali urodę i spokój tego miejsca. Ze swym chorowitym synem, Clemensem, wyjechali wiosną na 10 dni do kurortu "Livkadia". Kuntzowie postanowili
przekonać się , czy to dobre miejsce na wypoczynek dla dzieci.
sobota, 14 grudnia 2019
W obcym mieście
… czyli dlaczego lepiej nie pytać o drogę.
Nie po raz
pierwszy los i sprawy urzędowe zawiodły mnie do obcego miasta. Jako, że na
planach miasta z ulicami rozeznać się trudno uważam, że najlepiej zapytać
przechodnia. Trzeba znaleźć takiego, co wygląda na miejscowego. Na Pomorzu
najlepiej, żeby był ogorzały od słońca i wiatru. Ale nie tak ogorzały, jak Wilk Morski, bo taki może cię pokierować przez morza i oceany, a niekoniecznie
przez najbliższą dzielnicę.
Rozglądam się i oto
jest! Kobieta, ale nie należy wybrzydzać. Ogorzała, ale tak w sam raz.
Strój miejski, nonszalancko rozchełstany prochowiec i buty na wysokim
obcasie.
- Przepraszam,
pani miejscowa ? – zagaduje z dość daleka, żeby nie poczuła się napadnięta.
Zawsze oswajam obcych ze swoją osobą z pewnej odległości. Zanim wzrok złapie
ostrość, kontakt został nawiązany i mimo niejakiego obrzydzenia udzielają informacji.
- A co pan ma na
myśli ? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, co powinno włączyć u mnie dzwonki
alarmowe i wsteczny bieg, ku komuś innemu, bardziej normalnemu.
- Czy pani stąd …
może? – precyzuję krótko
- Morze?
Nie, panie, morze to raczej nie stamtąd, raczej stamtąd? – wskazuje na północ.
Już wiem, że łatwo
nie będzie, ale coś każe mi brnąć w tę konwersację.
- Nie, nie. Czy
pani zna to miasto? – gorączkowo szukam precyzyjniejszych określeń.
- To miasto, i to
morze, znam jak własne podwórko, jeśli mogę się tak wyrazić. – uśmiecha się i
dumnie prostuje się na całą swą, niewielką w sumie, wysokość.
- No to świetnie –
ucieszyłem się zupełnie jawnie, żeby dodać naszemu przypadkowemu spotkaniu
trochę ciepła – To może wskaże mi pani drogę na ulicę Kościuszki?
Zamyśliła się
chwilę. Dłuższą chwilę. Widać, że stara się nie pomylić niczego i precyzyjnie wyznaczyć kierunek. To dobrze wróży. Chociaż „wróżyć” w kontekście
poszukiwań adresu, to nie jest najlepszy sposób działania.
- Na Kościuszki? To
nie wiem, bo tę ulicę zlikwidowali. – oznajmia nagle
- Jak to
zlikwidowali?
wtorek, 11 czerwca 2019
Wysiedleni - życie na wygnaniu
Końska derka drapie, ale daje trochę ciepła. Wozy toczą się od kilku godzin wzdłuż rzeki. Woźnica mówi, że to Bug. Rzeka raz oddala się od drogi, innym razem zdaje się ją podmywać. Kilkudniowa podróż w nieznane dzisiaj dobiega końca. Marzą o ciepłym miejscu do spania. Własnym łóżku. Po przegniłej, zawszonej słomie łódzkich hal fabrycznych czy pryczach chełmskich koszar, wszystko będzie lepsze. Agnieszka Komosińska okrywa szczelnie trójkę dzieci, zakopane w słomie na wozie. Sama poprawia na ramionach kożuch, który podał jej żołnierz, gdy opuszczała swój dom.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna, dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna, dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.
piątek, 29 czerwca 2018
Jarmark w Grzymałowie
Cztery
razy do roku w mieście, od nazwiska właściciela Grzymałowem zwanym, a dla
mieszkańców Swarzędzem pozostałym, odbywają się jarmarki. Prawem królewskim
ustanowione na Małgorzaty po 13.lipca, na Marcina po 11.listopda, na Mikołaja
po 6.grudnia i po Wielkanocy w pierwszą niedzielę. Wielki to przywilej jarmarki
organizować. Opłaty od handlujących do kasy miasta wpływają. Zgodnie z
punktem dwudziestym drugim aktu lokacyjnego
w miasteczku pozostać mają i na rozbudowę miasta przeznaczone być muszą.
Targ na Świętego Marcina zawsze przyciąga dużo ludzi. Zewsząd do miasta spieszą. Prace w polu zakończone, plony zebrane, pieniądze zarobione. I z wiosek okolicznych i z niedalekiego Poznania, stolicy prowincji, handlarze i kupujący do Swarzędza przyjeżdżają. Na czworoboczny rynek, prostopadłymi ulicami, z każdej strony świata tłum się wlewa.
A ze wsi żywności wszelkiej nazwożono pełno. Z prawej strony placu targowego furmanki zaprzężone w konie stoją, a na nich worki z ziemniakami i brukwią. Nawet młynarz na wozie pełnym worków z mąką siedzi. Worki w razie potrzeby rozwiązuje i klientowi swój towar zachwala. Obok wiejska gospodyni, obstawiona koszami jajek, do zakupu nawołuje. Na wozie za nią powiązane żywe kury i kaczki leżą.
Z Poznania handlarz przyjechał z wyrobami żelaznymi. Sztućce , garnki i patelnie, a także pogrzebacze do pieca na straganie porozkładał.
Kuglarzy i muzykantów jarmark także przyciąga. Ci pierwsi sztuczki pokazują i tych co się wciągnąć dają oszukują okrutnie. Zanim się biedak zorientuje już zarobionych groszy się pozbywa i zamiast z towarem z pustą torbą i wstydem do domu wróci.
Między kramami ludzi kręci się moc. Kucharki przyszły po świeżą żywność ze wsi. Mieszczanie futra i ciepłe buty oglądają; wkrótce zima przyjdzie, więc ciepły przyodziewek potrzebny będzie. Dzieciarnia nowe miejsce do zabawy sobie znalazła, między wozami się przepycha, co rusz któreś pod wozem się przed innym chowa i z wrzaskiem z drugiej strony wyskoczy. Konia spłoszy, że wozem szarpnie. Drób się wtedy na cały rynek rozwrzeszczy, rzucając się i skrzydłami trzepiąc , z uwięzi próbując się zerwać.
Piekarz swój kram wystawił na północno-wschodnim narożniku rynku. Cała ta ciżba, umęczona targowaniem i przeciskaniem się w tę i z powortem, zgłodniała i chętnie rogala czy obwarzanka kupi, by się wzmocnić i posilić.
Z ratusza na targ włodarz miasteczka łaskawym okiem patrzy. Pilnować wpływu do kasy miasta musi. Cieszy go popularność jarmarków swarzędzkich na cała okolicę. Życzliwym okiem na kupców przybyłych z dalszych stron patrzy. To dla nich na okres jarmarków prawo handlu jest luzowane.
Taki jarmark to okazja, żeby nowe prawa miejscowe i królewskie ludziom ogłosić, więc burmistrz wkrótce przed ratusz wyjdzie i tej powinności zadośćuczyni.
Gwar podczas
jarmarku w mieście i zamieszanie wielkie. Po wschodniej stronie rynku, na
wyznaczonych miejscach, kramy i wozy handlujących stają. Żydzi, na co dzień na
północnej stronie rynku, na parterze kamienic w sklepikach handlujący, także ze
swoim towarem na rynek wychodzą.
W
przeddzień jarmarku targ zwierząt hodowlanych się odbył. Od 1507 roku targi po
wsiach zakazane , więc z okolicznych wiosek z końmi, bydłem i nierogacizną do
Swarzędza na targ ściągnęło z 50 chętnych. Jedni drogo sprzedać swoje bydło i
nierogaciznę, po urodzajnym roku dobrze odkarmione, przybyli. Inni chcieli tanio
konia do gospodarstwa nabyć, albo trzodę w gospodarstwie na targu uzupełnić. Targ na Świętego Marcina zawsze przyciąga dużo ludzi. Zewsząd do miasta spieszą. Prace w polu zakończone, plony zebrane, pieniądze zarobione. I z wiosek okolicznych i z niedalekiego Poznania, stolicy prowincji, handlarze i kupujący do Swarzędza przyjeżdżają. Na czworoboczny rynek, prostopadłymi ulicami, z każdej strony świata tłum się wlewa.
Pogoda
tego roku jarmarkowi sprzyja. Słoneczna niedziela, chociaż powietrze rześkie i
wilgotne, jak na listopad przystało. Wiatr, który wczoraj drzewami obok ratusza
szarpał, dzisiaj się uspokoił. Dzięki temu kramy można było spokojnie
rozstawiać i towar rozkładać.
A
czegóż tu nie ma ? Grzymałowo tkactwem na cała okolicę słynie, więc najwięcej
tu kramów z tekstyliami. Materiały tkane w belach leżą. Ale i ubrania gotowe na
kramach wiszą. Handluje się też futrami i skórą, a także butami z tejże
wykonanymi. Wyroby z drewna, gównie do gospodarstw domowych potrzebne, w
niewielkiej ilości , ale też się pojawiają. A ze wsi żywności wszelkiej nazwożono pełno. Z prawej strony placu targowego furmanki zaprzężone w konie stoją, a na nich worki z ziemniakami i brukwią. Nawet młynarz na wozie pełnym worków z mąką siedzi. Worki w razie potrzeby rozwiązuje i klientowi swój towar zachwala. Obok wiejska gospodyni, obstawiona koszami jajek, do zakupu nawołuje. Na wozie za nią powiązane żywe kury i kaczki leżą.
Z Poznania handlarz przyjechał z wyrobami żelaznymi. Sztućce , garnki i patelnie, a także pogrzebacze do pieca na straganie porozkładał.
Kuglarzy i muzykantów jarmark także przyciąga. Ci pierwsi sztuczki pokazują i tych co się wciągnąć dają oszukują okrutnie. Zanim się biedak zorientuje już zarobionych groszy się pozbywa i zamiast z towarem z pustą torbą i wstydem do domu wróci.
Między kramami ludzi kręci się moc. Kucharki przyszły po świeżą żywność ze wsi. Mieszczanie futra i ciepłe buty oglądają; wkrótce zima przyjdzie, więc ciepły przyodziewek potrzebny będzie. Dzieciarnia nowe miejsce do zabawy sobie znalazła, między wozami się przepycha, co rusz któreś pod wozem się przed innym chowa i z wrzaskiem z drugiej strony wyskoczy. Konia spłoszy, że wozem szarpnie. Drób się wtedy na cały rynek rozwrzeszczy, rzucając się i skrzydłami trzepiąc , z uwięzi próbując się zerwać.
Piekarz swój kram wystawił na północno-wschodnim narożniku rynku. Cała ta ciżba, umęczona targowaniem i przeciskaniem się w tę i z powortem, zgłodniała i chętnie rogala czy obwarzanka kupi, by się wzmocnić i posilić.
Z ratusza na targ włodarz miasteczka łaskawym okiem patrzy. Pilnować wpływu do kasy miasta musi. Cieszy go popularność jarmarków swarzędzkich na cała okolicę. Życzliwym okiem na kupców przybyłych z dalszych stron patrzy. To dla nich na okres jarmarków prawo handlu jest luzowane.
Taki jarmark to okazja, żeby nowe prawa miejscowe i królewskie ludziom ogłosić, więc burmistrz wkrótce przed ratusz wyjdzie i tej powinności zadośćuczyni.
Longina Komosińska
Subskrybuj:
Posty (Atom)
-
Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej p...
-
W styczniu 1945 roku świat niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął się zmieniać. Niemcy ...




