poniedziałek, 13 lipca 2020

Antoni Tabaka swarzędzka historia

Tabaka Fabryka Mebli Swarzędz
W niedzielne, wiosenne, popołudnie przez otwarte okna do mieszkania wpadało tylko ćwierkanie zapracowanych ptasich rodziców, w koronach pobliskiego kasztanowca, próbujących nakarmić nienasycone dzioby swojego potomstwa. 
Pan Władysław siedział przy stole na swym, mocno sfatygowanym, fotelu i pił poobiednią kawę z ulubionej filiżanki. Na starość, jak mówił, bardzo cenił spokój i codzienne rytuały. Córka, która od dwóch lat znów zamieszkała w rodzinnym domu, próbowała wprowadzić do mieszkania trochę nowoczesności. starszy pan czasem ustępował. Ale co do jednej rzeczy był nieugięty.
- Mój fotel usuniesz z tego domu tylko razem ze mną - odgrażał się, na każdą wzmiankę o fatalnym stanie mebla - To pamiątka! Oryginalny 'tabaka'.
To był jedyny przedmiot ich sporów i powód żartów.

wtorek, 12 maja 2020

Kraina aksamitnego wiatru

Kąty Rybackie dawniej
Podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Zwłaszcza teraz, gdy już minęli ten śmieszny, jak zbudowany z klocków, dom podcieniowy w Żuławkach. I gdy przejechali przez przerażający most pontonowy w Drewnicy. Przemek straszył tą przeprawą swoją o trzy lata młodszą siostrę od momentu, gdy w Gdańsku wsiedli do autobusu. Dziewczynka jak zahipnotyzowana patrzyła nad uginające się pod ciężarem autobusowych kół metalowe pływaki. Jakby mogła siłą woli powstrzymać katastrofę. Liczyła pokonywane metalowe łączenia za każdym razem widząc jak pływak zanurza się w wiślaną toń. Nie patrzyła na gnącą się na wietrze trzcinę, na ogromne liście grzybieni kołyszące się na falach wzniecanych przez ruch na moście, ani łódki obijające się od pobliskiego pomostu. Jej uwagę pochłaniała woda, której się bała i która ją fascynowała. Ilekroć patrzyła na lustro wody widziała bezkresną głębinę, która kiedyś ją pochłonie.
Brat szturchnął Lonię
- Patrz
- No przecież patrzę - dziewczynka zamrugała oczami, jak wyrwana z głębokiego snu
- Tam, na słupie . Bociany! - chłopak był podekscytowany widokiem kolejnego bocianiego gniazda.

piątek, 14 lutego 2020

Jak Hersz Chimowicz do Swarzędza wrócił

Swarzędz
Wiosną 1946 roku gruchnęła wieść, że Żydzi wrócili do miasta. Ktoś jednego widział na dworcu kolejowym. Wysiadł z pociągu z Poznania. Na peronie stał z walizką. Skoro z walizką, to chyba wrócił do Swarzędza na stałe. A skąd wiadomo, że to Żyd? Bo szewc, co go na peronie widział, to go sprzed wojny zna i jest pewny, że to Hersz, tylko nazwiska nie mógł sobie przypomnieć.
[]
Potem jeszcze kilka osób go widziało. Chodził po mieście, jakby czegoś szukał. Żydowskiej dzielnicy, której już od dawna tutaj nie ma?

wtorek, 7 stycznia 2020

W swarzędzkim ogrodzie Marco

Swarzędz Jezioro
mojswarzedz.pl
Tej czerwcowej niedzieli ruch na dworcu kolejowym w Swarzędzu jest ogromny. Specjalne, niedzielne pociągi przywożą z Poznania gości do kurortu w Swarzędzu. Reklama wykupiona w poznańskiej gazecie bardzo się opłaciła. W ciepłe niedziele poznaniacy chętnie wypoczywają nad jeziorem swarzędzkim.

Na gości wysiadających na peron z drewnianych wagonów, ciągnionych przez lokomotywy parowe, czekają bagażowi i stangreci. Pierwsi pomagają nieść bagaż tym, którzy przyjechali do Swarzędza na dłuższy pobyt. Drudzy – zachęcają do skorzystania z dorożki do miasta.
Na peronie witający przyjezdnych przepychają się między kolejarzami, bagażowymi i bagażami. Co rusz ktoś kogoś woła i ludzie padają sobie w objęcia.
Wśród podróżnych, którzy przyjechali pociągiem o 11, znajduje się także rodzina Kuntz z Poznania. Mieszkają na co dzień na Rynku i postanowili w niedzielę odpocząć od uciążliwości dużego miasta. Zwłaszcza, że czerwiec tego roku jest wyjątkowo upalny. A upał w Poznaniu jest nie do zniesienia. Niedawno otrzymali od kuzynostwa Reichów pocztówkę ze Swarzędza. „Grus aus Marco’s Luftkurort Livkadia in Schwersenz”, a na zdjęciu stylowy budynek – mur pruski, kryty dachówką, otoczony pięknym parkiem, a wszystko położone tuż nad jeziorem. Reichowie zachwalali urodę i spokój tego miejsca.  Ze swym chorowitym synem, Clemensem, wyjechali wiosną na 10 dni do kurortu "Livkadia". Kuntzowie postanowili przekonać się , czy to dobre miejsce na wypoczynek dla dzieci.

sobota, 14 grudnia 2019

W obcym mieście

… czyli dlaczego lepiej nie pytać o drogę.


Nie po raz pierwszy los i sprawy urzędowe zawiodły mnie do obcego miasta. Jako, że na planach miasta z ulicami rozeznać się trudno uważam, że najlepiej zapytać przechodnia. Trzeba znaleźć takiego, co wygląda na miejscowego. Na Pomorzu najlepiej, żeby był ogorzały od słońca i wiatru. Ale nie tak ogorzały, jak  Wilk Morski, bo taki może cię pokierować przez morza i oceany, a niekoniecznie przez najbliższą dzielnicę.
Rozglądam się i oto jest! Kobieta, ale nie należy wybrzydzać. Ogorzała, ale tak w sam raz. Strój miejski,  nonszalancko rozchełstany prochowiec i buty na wysokim obcasie.
- Przepraszam, pani miejscowa ? – zagaduje z dość daleka, żeby nie poczuła się napadnięta. Zawsze oswajam obcych ze swoją osobą z pewnej odległości. Zanim wzrok złapie ostrość, kontakt został nawiązany i mimo niejakiego obrzydzenia udzielają informacji.
- A co pan ma na myśli ? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, co powinno włączyć u mnie dzwonki alarmowe i wsteczny bieg, ku komuś innemu, bardziej normalnemu.
- Czy pani stąd … może? – precyzuję krótko
- Morze?  Nie, panie, morze to raczej nie stamtąd, raczej stamtąd? – wskazuje na północ.
Już wiem, że łatwo nie będzie, ale coś każe mi brnąć w tę konwersację.
- Nie, nie. Czy pani zna to miasto? – gorączkowo szukam precyzyjniejszych określeń.
- To miasto, i to morze, znam jak własne podwórko, jeśli mogę się tak wyrazić. – uśmiecha się i dumnie prostuje się na całą swą, niewielką w sumie, wysokość.
- No to świetnie – ucieszyłem się zupełnie jawnie, żeby dodać naszemu przypadkowemu spotkaniu trochę ciepła – To może wskaże mi pani drogę na ulicę Kościuszki?
Zamyśliła się chwilę. Dłuższą chwilę. Widać, że stara się nie pomylić niczego i precyzyjnie wyznaczyć kierunek. To dobrze wróży. Chociaż „wróżyć” w kontekście poszukiwań adresu, to nie jest najlepszy sposób działania.
- Na Kościuszki? To nie wiem, bo tę ulicę zlikwidowali. – oznajmia nagle
- Jak to zlikwidowali? 

wtorek, 11 czerwca 2019

Wysiedleni - życie na wygnaniu

Końska derka drapie, ale daje trochę ciepła. Wozy toczą się od kilku godzin wzdłuż rzeki. Woźnica mówi, że to Bug. Rzeka raz oddala się od drogi, innym razem zdaje się ją podmywać. Kilkudniowa podróż w nieznane dzisiaj dobiega końca. Marzą o ciepłym miejscu do spania. Własnym łóżku. Po przegniłej, zawszonej słomie łódzkich hal fabrycznych czy pryczach chełmskich koszar, wszystko będzie lepsze. Agnieszka Komosińska  okrywa szczelnie trójkę dzieci, zakopane w słomie na wozie. Sama poprawia na ramionach kożuch, który podał jej żołnierz, gdy opuszczała swój dom.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje  łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna,  dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.