niedziela, 1 grudnia 2024

Śladem wielokulturowego Swarzędza


W 1934 roku Eliasa Berwina najstarszego mieszkańca Swarzędza, co to 105 pięknych lat w tym mieście przeżył, Żyda miejscowego, na Kirkut ponieśli.  Na to samo miejsce, gdzie on w 1907 roku brata Loiusa Berwina, lat 83, pochował. A w 1902 roku siostrę Minnę, za męża Freitag, lat 78 poprowadził. Bez Minny mąż Lorenz Freitag żyć nie potrafił i w tym samym roku obok pochowany został. 

czwartek, 25 maja 2023

Przez życie

Nazywam się Kazimiera. Mojego ojca zamordowano w Twerze kilka dni temu. Tylko dlatego, że był polskim policjantem. W tej chwili o tym nie wiem. Mam na imię Kazia. Mam sześć lat.
Stoję w kącie naszego domu w Brodach, w powiecie tarnopolskim. Trzymam za rączkę młodszego brata, Zbyszka. Dom przeszukują Rosjanie. Mama siedzi na łóżku, z maleńkim Adasiem przy piersi. Jedne z żołnierzy pakuje nasze rzeczy. Te najpotrzebniejsze. Pakuje też kożuchy. Po co? Jest wiosna. Chce nam coś powiedzieć, ale się boi. Urzędnik, który jest z nim, ciągle krzyczy. Jest na nas zły. Nie wiem dlaczego, przecież byliśmy grzeczni. Tak jak taka kazał.
***
Tatę zabrali jesienią. Przyszli o świcie, z mundurach, z bronią. Kazali zostawić wszystko i iść. Mama płakała. Tata ucałował nas na pożegnanie. Uśmiechnął się, ale w oczach miał smutek.
Teraz i nas wyrzucają z domu. Nie tylko nas. Na dworze słychać pokrzykiwania, płacz, a czasem pojedynczy wystrzał. Wtedy mama przytula mocniej Adasia. Jest wiosna, kwiecień albo początek maja, bo zieleń na drzewach jeszcze delikatna.
***
Mam na imię Kazia i teraz mieszkam w Kazachstanie.

sobota, 12 lutego 2022

Ostatni posiłek

Zima 1945            W styczniu 1945 roku świat niemieckiej okupacji, w którym nauczyli się żyć przez prawie sześć lat, zaczął się zmieniać. Niemcy przestali zwracać uwagę na pracę polskich robotników w swoich sarbinowskich gospodarstwach. Przestali obnosić się ze swoją wyższością, wyższością wynikającą z przynależności do rasy panów. Zniknęły niemieckie guwernantki, które zajmowały się dziećmi. Zagorzali zwolennicy Hitlera przestali jeździć na coniedzielne spotkania do Osthausen (Paczkowa), które były okazją zademonstrowania swojej pogardy do każdego Polaka, do każdego napotkanego polskiego dziecka, oplucia go, kopnięcia, nazwania „polnisches schwein”.

            Pakowali się, chociaż nie oficjalnie, jeszcze w ukryciu wiązali tobołki i zabijali skrzynie z majątkiem, którego dorobili się tutaj, na nieswojej ziemi, nieswoimi rękoma. Aż pewnej nocy załadowali swoje rodziny swój dobytek na wozy, i ruszyli na zachód. 

piątek, 24 grudnia 2021

W cichą, swarzędzką, noc…

Kościół świętego Marcina pustoszał powoli. Szopka cieszyła się, jak zwykle podczas pasterki, popularnością wśród dzieci, które mimo późnej pory nie chciały odchodzić od widoku wymoszczonego sianem żłóbka, skrzydlatych aniołów, strojnych królów, skromnych pastuszków, czuwających u swych trzód.
Joanne nie dziwiły zachwyty dzieci. Sama czuła się przy bożonarodzeniowych szopkach jak mała dziewczynka. Podziwiała kunszt wykonania i detale, które pozwalały wyobraźni jeszcze raz uwierzyć w Narodziny w ubogiej stajence na pustyni.
Kościelny, gasząc światła, dal jej do zrozumienia, że czas już kończyć kontemplacje. Sam marzył o tym by wrócić do domu, dołożyć polan do dogasającego kominka i siąść w nocnej ciszy pod choinką, którą tego ranka dekorował kolorowymi bombkami z pięcioletnim wnuczkiem.
Kobieta wyszła przed kościół. Śnieg okrył krajobraz białym puchem, jak kołdrą utulił zziębnięte drzewa. Podświetlone światłem latarni, wyglądały spod śnieżnych czapek czerwone twarzyczki jarzębinowych korali. 
Uważnie stawiała stopy, schodząc na parking, na który opadały niespiesznie płatki śniegu. Ostrożnie ruszyła autem i bezpiecznie zjechała na ulicę. Ale gdy tylko mocniej przycisnęła pedał gazu, samochód stracił przyczepność i zaczął zakosami płynąć w dół. Na zakręcie odbija kierownicą w prawo i zjechała z drogi. Kia sunęła jeszcze chwilę w dół parkową alejką, by w końcu znieruchomieć w pryzmie śniegu.

– Świetnie! – syknęła, uspokojona, że przygoda tak się zakończyła.
Reflektory oświetliły zamarzniętą taflę jeziora. Obserwowała przez chwilę gęsto padające płatki śniegu, gdy nagle w snopie światła, jak w blasku scenicznych reflektorów, pojawił się łyżwiarz.
„ To niebezpieczne” – zdążyła pomyśleć, gdy pojawił się kolejny, jeszcze jeden i wkrótce jezioro zaroiło się od wirującej w płatkach śniegu młodzieży.
Niektórzy z chłopców mieli w rękach płonące pochodnie. Wełniane kurtki z futrzanymi kołnierzami i takież czapki. To musiała być jakaś inscenizacja.
„Lata dwudzieste , lata trzydzieste” – pomyślała, patrząc na roześmiane twarze.
Uchyliła okno by wychwycić głosy łyżwiarzy

poniedziałek, 12 października 2020

Profesor od pszczółek

Prof Kirkor przy pracy
Jesienne słońce barwi liście złotem i żółtymi plamami bawi się na tarasie Pałacyku pod lipami. W niedzielne przedpołudnie dzwony z pobliskiego kościoła dźwięcznie przecinają ciszę, której nie zakłócają nawet samochody na pobliskiej krajówce. Dzbaneczki z herbatą, pod pierzynką z ocieplaczy, niczym wiejskie kurki przycupnęły na stoliku przed dwoma kobietami.
- Baśka! Odłóż ten telefon!- ostro skarciła swoją znajomą rudowłosa, poprawiając ciepły szal na ramionach - Nigdzie nie ma przed tym ucieczki. - dodała zrzędliwym tonem.
- Sprawdzam - odparła zaaferowana Barbara, przesuwając palcem po ekranie telefonu
- Ale co musisz właśnie teraz sprawdzać? - zniecierpliwiła się znajoma, sprawdzając ostrożnie czy herbata nabrała już odpowiedniej barwy.
- Jest! - wykrzyknęła skarcona i poprawiając nerwowym ruchem popielatą grzywkę zaczęła czytać - Perełkowiec japoński roślina miododajna. Licznie hodowany w parkach i ogrodach Francji i południowej Anglii, w Polsce rzadki, sadzony tylko w ogrodach botanicznych. Ciekawe skąd się wziął w Swarzędzu.?
- Za pewne posadził go Stanisław Kirkor, jak większość drzew tutaj. - stwierdziła ruda, upijając ostrożnie łyk herbaty jaśminowej.
- No tak, pani Lucyna jak zawsze dobrze przygotowana do wycieczki - zadrwiła Baśka
- A pani Barbara siedzi z nosem w komórce i nic ciekawego z niej nie wyczytuje - odgryzła się Lucyna
- Coś tam jednak znalazłam, choćby nazwę tej dziwnej rośliny, co to zapomniała się przebarwić jesienią. Kirkor to ten profesor od pszczółek, miły pan, o okrągłej twarzy? - zapytała koleżankę.
Lucyna roześmiała się.
- Miły pan o okrągłej twarzy - zacytowała koleżankę - Ciekawe określenie dla tej nietuzinkowej postaci.
- Masz skłonność do przesady. - z powątpiewaniem powiedziała blondynka, dziobiąc zawzięcie widelczykiem w kruchym cieście z dynią.
Lucyna siedziała dłuższą chwilę w milczeniu, ogrzewając dłonie o białe ścianki filiżanki. Druga z kobiet czekała. Znała dobrze te chwile namysłu, które zapowiadają dłuższą opowieść.
- Perełkowiec - ruda uśmiechnęła się pod nosem - Wiesz, że profesor , wtedy jeszcze doktor, Stanisław Kirkor, zanim przydzielono mu tę resztkę nowowiejskiego majątku, był skierowany do Paczkowa?
- Po co? - wzruszyła ramionami Barbara
- Miał stworzyć filię Instytutu Weterynarii w Puławach. Skierowano go do zniszczonego majątku. Dostał do dyspozycji Instytutu dworek i czterdzieści hektarów ziemi. Wyobraź sobie, że przez dwa lata założył dwudziestohektarowy sad owocowy, uporządkował teren wokół dworku i obsadził go drzewami miododajnymi, lipami i akacjami. Filia miała zajmować się badaniami nad chorobami pszczół.
- Mówiłam, że profesor od pszczółek - tryumfalnie wykrzyknęła blondyna machając widelczykiem, niczym dwuzębnym orężem.
- Od pszczółek - uśmiechnęła się wyrozumiale Lucyna.
- No i dlaczego nie został w tym Paczkowie, skoro tak mu dobrze szło?
- Bo po dwóch latach pracy na gospodarstwie uznano - rozumiesz 1953 rok, głęboka komuna, zarządzanie centralne i rządza sukcesu - Więc uznano, że świetnie teren się nada pod rolniczą spółdzielnie produkcyjną. Gospodarstwo zabrano, spółdzielnie założono, odtrąbiono sukces kolektywizacji, a profesorowi na otarcie łez przydzielono tzw. "resztówkę" w Nowej Wsi.
- Szlag go pewnie trafił? - ze zrozumieniem pokiwała głową Barbara.
- Szczęśliwy na pewno nie był.
- I co dalej?
- Zaczął wszystko od początku. Tym razem miał z ministerstwa obietnicę, że to na zawsze. Znów obsadził teren drzewami, założył sad i pasiekę. Dworek przystosował na potrzeby instytutu....
- Obietnicę miał aż z ministerstwa? - przerwała rudej Barbara
- Wiesz, Stanisław Kirkor to nie był byle kto. Miał już dorobek naukowy, nie tylko w Polsce. Będąc we Francji, podczas wojny, napisał książkę o ochronie pszczół, pierwszy bodajże taki podręcznik. We współpracy z francuskim profesorem Paillot , który go zresztą namaścił później na swojego następcę. Ale to już były zupełnie inne czasy.
- A co Kirkor robił we Francji? - zainteresowała się blondynka, dla której Paryż był ulubionym miejscem wiosennych wyjazdów.
- Kochał podróże. - zakpiła Lucyna i dodała poważnie - Przedostał się tam po klęsce wrześniowej, jak większość przez Rumunię, Węgry, Włochy i Szwajcarię.
- No to zwykłym żołnierzem chyba nie był? - rozsądnie zauważyła Barbara
Lucyna uśmiechnęła się na słowo "zwykły", które nie pasowało do Stanisława Kirkora.  Nic w jego życiu nie było zwyczajne. Może to kwestia czasów, w których przyszło mu żyć, a może ducha niepokornego.
Nawet w siermiężnej, komunistycznej Polsce, wzbudzał sensację przejazdem konnych dorożek ulicami Gorzowa. Organizował instytut na wzór zachodni, jakby rzeczywistość go nie dotykała. Pracował i bawił się na sto procent. Po żołniersku.
- Może zorganizujesz wycieczkę - śladami profesora Kirkora? - przerwała jej rozmyślania Barbara
- Wycieczka musiałaby przejechać całą Europę, od Moskwy po Azory.
- Poczekaj, poczekaj... - potrząsnęła blond grzywką kobieta, jakby próbowała ogarnąć to, co słyszy - Przez cała Europę?!
- No tak - profesor urodził się w Zasławiu na Wołyniu, teraz to Ukraina. Najpierw chodził do szkoły w Starym Konstantynowie. Ze względu na pracę ojca, jako zarządcy majątków, rodzina często się przenosiła. Do Jarosławia nad Wołgą, to na północ od Moskwy. Potem Sławuta znów na Wołyniu. I w Polsce po kolei: Lublin, Częstochowa, Łowicz - tutaj zdał maturę. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Potem zaciągnął się i był w Szkole Podchorążych Rezerwy w Grudziądzu. Tam to dopiero była ciekawa kompanija! Myślę, że jego kpiarskie podejście do wielu spraw, wzięło się właśnie z czasów podchorążówki. Po niej wylądował w Suwałkach, w 3 Pułku Szwoleżerów. Prawdopodobnie tutaj zaczęła się jego przyjaźń z Ksawerym Pruszyńskim
- Tym pisarzem? - zdziwiła się pani Basia.
- Z tym samym. Wiesz, że Pruszyński dedykował mu swoje opowiadania "Karabela z Meschedu"? To podobno zapis rozmów właśnie ze Stanisławem Kirkorem.
- No co ty powiesz!
- W Suwałkach ożenił się, z Wandą Chrośnicką. Panią magister farmacji. Ale jedźmy dalej z tą wycieczką śladami Kirkora - po ślubie znalazł się, jako żołnierz, w Hiszpanii podczas tamtejszej wojny domowej. Dość ciekawy wątek. Prawdopodobnie spotkał się tam z Pruszyńskim, który był kimś na kształt korespondenta. A zaraz po powrocie, w 1937, Kirkor obronił doktorat we Lwowie.
- O rany! Przeskoczyłaś z Hiszpanii do Lwowa! Już przejechałyśmy cała Europę. A gdzie te Azory ?
- Poczekaj ! - uspokaja Lucyna koleżankę - W maju 1939 Stanisław Kirkor pracuje w Ministerstwie Spraw Wojskowych i we wrześniu nie trafia na front, ma misję wywiezienia z kraju ważnych dokumentów, do Rumunii.
- Kim on był?! - pada po raz pierwszy to pytanie bez odpowiedzi.
- Nie wiem, sama sobie odpowiedz. - Ruda tajemniczo zawiesza głos - Znał dobrze niemiecki i francuski, a rosyjski i angielski słabo. Szczerze mówiąc w ten słaby rosyjski, to mi się osobiście wierzyć nie chce. 
Ale wróćmy do września trzydziestego dziewiątego, wiadomo klęska Września, więc jak inni rusza przez Rumunię, Węgry, Włochy, Szwajcarię do Francji. Bierze udział w bitwie pod Logarde i po klęsce francuskiej armii ucieka do Szwajcarii. Jako wojskowy jest aresztowany, ale wkrótce zwolniony z obozu zaczyna pracować w Zakładzie Chorób Pszczół pod Bernem. Myślę, że taki ośrodek potem chciał założyć w Polsce. Ale po kolei!
W 1941 wraca ze Szwajcarii do Francji, gdzieś w okolice Lionu,  i pracuje tam z prof. Paillot. Jak już mówiłam - powstaje pierwszy podręcznik Choroby pszczół. Kirkor jednak przede wszystkim jest żołnierzem i to chyba nie byle jakim. Przedostaje się przez Andorę, Pireneje do Hiszpanii , z Hiszpanii do Portugalii. Stamtąd statkiem pływnie do Gibraltaru. Z Gibraltaru przez Azory...
- O są Azor!
- .. płynie do Anglii. Dostaje misję wojskową i w latach 43-44 jest dowódcą jednostki w Gibraltarze.
- fiu fiu fiu. Miły pan od pszczółek - powtarza swoje słowa Barbara, ale tym razem w jej głosie słychać uznanie.
- Mówiłam, że nie byle kto! - tryumfuje Lucyna - Zostaje wezwany stamtąd, z Gibraltaru, do Anglii, na intensywny kurs spadochronowy. Dlaczego? Sama sobie odpowiedz. W każdym razie kurs kończy się dla niego złamaniem kręgosłupa i długą rekonwalescencją. Do końca wojny nie wróci już do walki.
- Imponujące! A kiedy pracował nad pszczółkami?
- Tak sobie myślę, że te pszczółki po prostu mu się szczęśliwie przytrafiły, taka ziemia niczyja wówczas. Bo chyba tak na prawdę to kochał konie. Magisterium obronił z usypiania koni i chyba do pułku szwoleżerów nie poszedł dla pszczół.
- No dobra, ale co było dalej. Wojna się skończyła, on jest aktualnie...
- W Anglii. Tam już też prowadził prace badawcze, jednocześnie szukając żonę w Polsce, przez Czerwony Krzyż. Znając jej losy okupacyjne obawiał się najgorszego. Ale w końcu szczęśliwie się odnaleźli. I wtedy zaczął się dylemat - czy on wraca do Polski, czy ona dołączy do niego na emigracji.
- Wesoło wtedy nie było - westchnęła Barbara - Wielka Brytania nie chciała już Polaków, zwłaszcza byłych wojskowych, a i tutaj nic przyjemnego na nich nie czekało.
- Poczekaj, to był 1946, najgorsze dopiero nadejdzie. W każdym razie w marcu 1946 Stanisław Kirkor, przez zieloną granicę, dostaje się do Polski. Sprowadza do kraju chorego brata. 
Odnajduje rodzinę żony w Gdyni, a potem ją samą i jej rodziców. Jak się okazuje, podczas tego nielegalnego pobytu w kraju, jedzie też do Puław.
- Do Puław? Nic nie mówiłaś o Puławach.
- Zapomniałam - macha lekceważąco dłonią Lucyna - W Puławach też pracował przed wojną, w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W każdym razie w czterdziestym szóstym do Puław jedzie z pytaniem, czy będzie praca dla niego. I z obietnicą tej pracy wraca, znów nielegalnie, do Anglii.
- Po co?! - zdziwienie unosi cienkie brwi Barbary do połowy czoła - On sobie tak hulał po tej Europie?
- Jak znasz kilka języków i jesteś byłym wojskowym to pewnie hulasz. I jeszcze trwał powojenny chaos, jeszcze granice nie były zabezpieczone.
- Profesor od pszczółek - pokiwała głową z uznaniem Barbara.
- W każdym razie w sierpniu czterdziestego szóstego Kirkor wrócił oficjalnie do Polski, statkiem z innymi powracającymi z Wielkiej Brytanii. Zaczyna pracę w Gorzowie, w Instytucie Weterynarii.
I może nic strasznego by się nie wydarzyło, a profesor nie stracił zdrowia, gdyby nie pewien człowiek, Burdzag.
- Burdzag? Nic mi to nie mówi.
- I nie powinno. Burdzag, absolwent sześciu klas szkoły powszechnej, podrobił papiery doktora- inżyniera bakteriologa-chemika szkoły berlińskiej. Ten oszust zaczął zawrotną karierę w komunistycznej Polsce. Cóż, każda władza ma swojego Dyzmę. W Gorzowie został dyrektorem administracyjnym. Ludzi skłócał, obrażał, poniżał. Wielu odchodziło z pracy, nie mogąc znieść współpracy z takim człowiekiem. W końcu ktoś z jakiegoś komitetu się temu przyjrzał i Burdzaga wyrzucono. A w końcu aresztowano, za nadużycia. Po prostu facet kradł na potęgę. W zeznaniach próbował częścią swoich win obciążyć kierownictwo instytutu, również Kirkora. A do tego jeszcze podczas przesłuchań ujawnił niechęć profesora do ówczesnej władzy. Pamiętaj, że Kirkor miał fantazję. Potrafił z kolegami z instytutu wyjechać bryczką na miasto. Chyba długo wierzył, że ta władza jest tymczasowa.
Westchnęła.
- I ktoś dał wiarę temu, jak mu tam, Burdzagowi?! - oburzyła się Barbara.
- Czasem nie ważne kto mówi, ważne kto słucha - filozoficznie podsumowała Lucyna.
- W każdym razie - dodała -  przesłuchania Kirkora skończyły się problemami ze wzrokiem i odbitymi nerkami.
Siedziały chwilę w milczeniu, pijąc stygnącą w rześkim październikowym powietrzu, herbatę.
- Kirkorowi marzył się samodzielny program badania pszczół - kontynuowała znawczyni życiorysu profesora Kirkora - a w Gorzowie po prostu zaczęło być za ciasno na ilość badań, które przeprowadzano. A i po 'incydencie' z bezpieką powiedzmy, że miłość państwa Kirkorów do tego miasta zmalała. W 1950 zginął w wypadku, w niewyjaśnionych okolicznościach, Ksawery Pruszyński. Wiązano to z jego pobytem na Kremlu podczas procesów moskiewskich. Być może wtedy Stanisław Kirkor zrozumiał, że to koniec marzeń o Polsce z dwudziestolecia międzywojennego, że komuna się umacnia i brutalnieje? Wielu wtedy traciło nadzieję. Jeśli chce się zostawić po sobie coś wielkiego, to trzeba się brać do pracy. I wiesz co było najtrwalsze w przypadku profesora ?
- No?
- Jego wiedza. On nie zamknął jej w laboratorium, ani w swoim gabinecie. Jeździł po całym kraju, Upowszechniał swoją wiedzę na temat zwalczania chorób pszczół nie tylko wśród weterynarzy, ale wśród rolników-pszczelarzy. Jeździł po uniwersytetach i po wiejskich świetlicach. Przy czym cały czas się kształcił. W 1954 habilitował się. Jednocześnie kształcił też współpracowników i swoich następców. To cecha ludzi wielkich. Chcąc zrobić coś wielkiego wiedzą, że uda się to tylko z innymi, pomagając im i inspirując.
- O kurczaki! - Wykrzyknęła Barbara, co w jej słowniku oznaczało podziw - Dlaczego tak mało o profesorze Kirkorze wiemy?
- W Polsce nie lubi się ludzi wybitnych. Pozostali zdają się być osobiście urażeni ich pracowitością, talentem, nieprzeciętnością. A po latach upominania się, byłych współpracowników lub pasjonatów lokalnej historii, przykleja jakąś tabliczkę, czasem mianuje nieistotną uliczkę imieniem tej osoby.
- A to taka persona!
- Niech cię nie onieśmiela ta postać - miał profesor swoje słabości. Lubił podróże to wiadomo, więc praca dydaktyczna miała też dla niego wartość dodaną - wyjazdy. Był pedantem - zawsze pod krawatem, podobno zdarzało mu się, że i pod dwoma. Na raz. - uśmiechnęła się Lucyna - A do tego lubił samochody. Sławetna była dekawka, nazwana pieszczotliwie "Pszczółką", którą miał jeszcze w czasach gorzowskich. Limuzyna "stary rzęch", - nawiązała do tytułu filmu "Limuzyna Daimler-Benz"-  która wciąż się psuła, aż w końcu naprawy kosztowały więcej, niż sam samochód. Zamienił więc profesor "Pszczółkę" na motocykl BMW, którym zwiedzał bliższą i dalszą okolicę. Lubił jeździć na ryby, ale nie koniecznie po ryby. Po ryby wstępował w drodze do domu, do centrali rybnej.
Śmiały się serdecznie z ludzkich przywar profesora Stanisława Kirkora.
- No popatrz, te lipy pamiętają profesora Kirkora. - westchnęła w zadumie Barbara.
- Może posadzone jego własną ręką - dodała Lucyna
Jesienne liście, kołysząc się na wietrze, opadają miękko na trawę. W parku pojawiają się niedzielni spacerowicze. Przy bramie, dziewczynka w błękitnej kurteczce, zbiera kasztany, niezdarnie próbując wepchnąć je do kieszonki. 
- Perełkowiec - Barbara zagląda ponownie do komórki - w Polsce rzadki, kwitnie późno, górna strona liści ciemnozielona, dolna - sinawa , nie przebarwia się jesienią, pozostaje ciemno zielony, będąc ozdobą jesiennych ogrodów.

poniedziałek, 13 lipca 2020

Antoni Tabaka swarzędzka historia

Tabaka Fabryka Mebli Swarzędz
W niedzielne, wiosenne, popołudnie przez otwarte okna do mieszkania wpadało tylko ćwierkanie zapracowanych ptasich rodziców, w koronach pobliskiego kasztanowca, próbujących nakarmić nienasycone dzioby swojego potomstwa. 
Pan Władysław siedział przy stole na swym, mocno sfatygowanym, fotelu i pił poobiednią kawę z ulubionej filiżanki. Na starość, jak mówił, bardzo cenił spokój i codzienne rytuały. Córka, która od dwóch lat znów zamieszkała w rodzinnym domu, próbowała wprowadzić do mieszkania trochę nowoczesności. starszy pan czasem ustępował. Ale co do jednej rzeczy był nieugięty.
- Mój fotel usuniesz z tego domu tylko razem ze mną - odgrażał się, na każdą wzmiankę o fatalnym stanie mebla - To pamiątka! Oryginalny 'tabaka'.
To był jedyny przedmiot ich sporów i powód żartów.

wtorek, 12 maja 2020

Kraina aksamitnego wiatru

Kąty Rybackie dawniej
Podróż ciągnęła się niemiłosiernie. Zwłaszcza teraz, gdy już minęli ten śmieszny, jak zbudowany z klocków, dom podcieniowy w Żuławkach. I gdy przejechali przez przerażający most pontonowy w Drewnicy. Przemek straszył tą przeprawą swoją o trzy lata młodszą siostrę od momentu, gdy w Gdańsku wsiedli do autobusu. Dziewczynka jak zahipnotyzowana patrzyła nad uginające się pod ciężarem autobusowych kół metalowe pływaki. Jakby mogła siłą woli powstrzymać katastrofę. Liczyła pokonywane metalowe łączenia za każdym razem widząc jak pływak zanurza się w wiślaną toń. Nie patrzyła na gnącą się na wietrze trzcinę, na ogromne liście grzybieni kołyszące się na falach wzniecanych przez ruch na moście, ani łódki obijające się od pobliskiego pomostu. Jej uwagę pochłaniała woda, której się bała i która ją fascynowała. Ilekroć patrzyła na lustro wody widziała bezkresną głębinę, która kiedyś ją pochłonie.
Brat szturchnął Lonię
- Patrz
- No przecież patrzę - dziewczynka zamrugała oczami, jak wyrwana z głębokiego snu
- Tam, na słupie . Bociany! - chłopak był podekscytowany widokiem kolejnego bocianiego gniazda.

piątek, 14 lutego 2020

Jak Hersz Chimowicz do Swarzędza wrócił

Swarzędz
Wiosną 1946 roku gruchnęła wieść, że Żydzi wrócili do miasta. Ktoś jednego widział na dworcu kolejowym. Wysiadł z pociągu z Poznania. Na peronie stał z walizką. Skoro z walizką, to chyba wrócił do Swarzędza na stałe. A skąd wiadomo, że to Żyd? Bo szewc, co go na peronie widział, to go sprzed wojny zna i jest pewny, że to Hersz, tylko nazwiska nie mógł sobie przypomnieć.
[]
Potem jeszcze kilka osób go widziało. Chodził po mieście, jakby czegoś szukał. Żydowskiej dzielnicy, której już od dawna tutaj nie ma?

wtorek, 7 stycznia 2020

W swarzędzkim ogrodzie Marco

Swarzędz Jezioro
mojswarzedz.pl
Tej czerwcowej niedzieli ruch na dworcu kolejowym w Swarzędzu jest ogromny. Specjalne, niedzielne pociągi przywożą z Poznania gości do kurortu w Swarzędzu. Reklama wykupiona w poznańskiej gazecie bardzo się opłaciła. W ciepłe niedziele poznaniacy chętnie wypoczywają nad jeziorem swarzędzkim.

Na gości wysiadających na peron z drewnianych wagonów, ciągnionych przez lokomotywy parowe, czekają bagażowi i stangreci. Pierwsi pomagają nieść bagaż tym, którzy przyjechali do Swarzędza na dłuższy pobyt. Drudzy – zachęcają do skorzystania z dorożki do miasta.
Na peronie witający przyjezdnych przepychają się między kolejarzami, bagażowymi i bagażami. Co rusz ktoś kogoś woła i ludzie padają sobie w objęcia.
Wśród podróżnych, którzy przyjechali pociągiem o 11, znajduje się także rodzina Kuntz z Poznania. Mieszkają na co dzień na Rynku i postanowili w niedzielę odpocząć od uciążliwości dużego miasta. Zwłaszcza, że czerwiec tego roku jest wyjątkowo upalny. A upał w Poznaniu jest nie do zniesienia. Niedawno otrzymali od kuzynostwa Reichów pocztówkę ze Swarzędza. „Grus aus Marco’s Luftkurort Livkadia in Schwersenz”, a na zdjęciu stylowy budynek – mur pruski, kryty dachówką, otoczony pięknym parkiem, a wszystko położone tuż nad jeziorem. Reichowie zachwalali urodę i spokój tego miejsca.  Ze swym chorowitym synem, Clemensem, wyjechali wiosną na 10 dni do kurortu "Livkadia". Kuntzowie postanowili przekonać się , czy to dobre miejsce na wypoczynek dla dzieci.

sobota, 14 grudnia 2019

W obcym mieście

… czyli dlaczego lepiej nie pytać o drogę.


Nie po raz pierwszy los i sprawy urzędowe zawiodły mnie do obcego miasta. Jako, że na planach miasta z ulicami rozeznać się trudno uważam, że najlepiej zapytać przechodnia. Trzeba znaleźć takiego, co wygląda na miejscowego. Na Pomorzu najlepiej, żeby był ogorzały od słońca i wiatru. Ale nie tak ogorzały, jak  Wilk Morski, bo taki może cię pokierować przez morza i oceany, a niekoniecznie przez najbliższą dzielnicę.
Rozglądam się i oto jest! Kobieta, ale nie należy wybrzydzać. Ogorzała, ale tak w sam raz. Strój miejski,  nonszalancko rozchełstany prochowiec i buty na wysokim obcasie.
- Przepraszam, pani miejscowa ? – zagaduje z dość daleka, żeby nie poczuła się napadnięta. Zawsze oswajam obcych ze swoją osobą z pewnej odległości. Zanim wzrok złapie ostrość, kontakt został nawiązany i mimo niejakiego obrzydzenia udzielają informacji.
- A co pan ma na myśli ? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, co powinno włączyć u mnie dzwonki alarmowe i wsteczny bieg, ku komuś innemu, bardziej normalnemu.
- Czy pani stąd … może? – precyzuję krótko
- Morze?  Nie, panie, morze to raczej nie stamtąd, raczej stamtąd? – wskazuje na północ.
Już wiem, że łatwo nie będzie, ale coś każe mi brnąć w tę konwersację.
- Nie, nie. Czy pani zna to miasto? – gorączkowo szukam precyzyjniejszych określeń.
- To miasto, i to morze, znam jak własne podwórko, jeśli mogę się tak wyrazić. – uśmiecha się i dumnie prostuje się na całą swą, niewielką w sumie, wysokość.
- No to świetnie – ucieszyłem się zupełnie jawnie, żeby dodać naszemu przypadkowemu spotkaniu trochę ciepła – To może wskaże mi pani drogę na ulicę Kościuszki?
Zamyśliła się chwilę. Dłuższą chwilę. Widać, że stara się nie pomylić niczego i precyzyjnie wyznaczyć kierunek. To dobrze wróży. Chociaż „wróżyć” w kontekście poszukiwań adresu, to nie jest najlepszy sposób działania.
- Na Kościuszki? To nie wiem, bo tę ulicę zlikwidowali. – oznajmia nagle
- Jak to zlikwidowali? 

wtorek, 11 czerwca 2019

Wysiedleni - życie na wygnaniu

Końska derka drapie, ale daje trochę ciepła. Wozy toczą się od kilku godzin wzdłuż rzeki. Woźnica mówi, że to Bug. Rzeka raz oddala się od drogi, innym razem zdaje się ją podmywać. Kilkudniowa podróż w nieznane dzisiaj dobiega końca. Marzą o ciepłym miejscu do spania. Własnym łóżku. Po przegniłej, zawszonej słomie łódzkich hal fabrycznych czy pryczach chełmskich koszar, wszystko będzie lepsze. Agnieszka Komosińska  okrywa szczelnie trójkę dzieci, zakopane w słomie na wozie. Sama poprawia na ramionach kożuch, który podał jej żołnierz, gdy opuszczała swój dom.
Wspomnienie ciepłego, bezpiecznego domu wywołuje  łzy. Szybko otrząsa się ze wspomnień. Rozpamiętywanie utraconego domu niczego teraz nie zmieni. Jest wysiedleńcem, bez swojego miejsca, bez wpływu na swój los. Musi być silna,  dzieci nie mogą widzieć jej płaczącej. Mają teraz tylko siebie.

piątek, 29 czerwca 2018

Jarmark w Grzymałowie

Cztery razy do roku w mieście, od nazwiska właściciela Grzymałowem zwanym, a dla mieszkańców Swarzędzem pozostałym, odbywają się jarmarki. Prawem królewskim ustanowione na Małgorzaty po 13.lipca, na Marcina po 11.listopda, na Mikołaja po 6.grudnia i po Wielkanocy w pierwszą niedzielę. Wielki to przywilej jarmarki organizować. Opłaty od handlujących do kasy miasta wpływają. Zgodnie z punktem  dwudziestym drugim aktu lokacyjnego w miasteczku pozostać mają i na rozbudowę miasta przeznaczone być muszą.

Gwar podczas jarmarku w mieście i zamieszanie wielkie. Po wschodniej stronie rynku, na wyznaczonych miejscach, kramy i wozy handlujących stają. Żydzi, na co dzień na północnej stronie rynku, na parterze kamienic w sklepikach handlujący, także ze swoim towarem na rynek wychodzą.
W przeddzień jarmarku targ zwierząt hodowlanych się odbył. Od 1507 roku targi po wsiach zakazane , więc z okolicznych wiosek z końmi, bydłem i nierogacizną do Swarzędza na targ ściągnęło z 50 chętnych. Jedni drogo sprzedać swoje bydło i nierogaciznę, po urodzajnym roku dobrze odkarmione, przybyli. Inni chcieli tanio konia do gospodarstwa nabyć, albo trzodę w gospodarstwie na targu uzupełnić.
Targ na Świętego Marcina zawsze przyciąga dużo ludzi. Zewsząd do miasta spieszą. Prace w polu zakończone, plony zebrane, pieniądze zarobione.  I z wiosek okolicznych i z niedalekiego Poznania, stolicy prowincji, handlarze i kupujący do Swarzędza przyjeżdżają. Na czworoboczny rynek, prostopadłymi ulicami, z każdej strony świata tłum się wlewa.

Pogoda tego roku jarmarkowi sprzyja. Słoneczna niedziela, chociaż powietrze rześkie i wilgotne, jak na listopad przystało. Wiatr, który wczoraj drzewami obok ratusza szarpał, dzisiaj się uspokoił. Dzięki temu kramy można było spokojnie rozstawiać i towar rozkładać.
A czegóż tu nie ma ? Grzymałowo tkactwem na cała okolicę słynie, więc najwięcej tu kramów z tekstyliami. Materiały tkane w belach leżą. Ale i ubrania gotowe na kramach wiszą. Handluje się też futrami i skórą, a także butami z tejże wykonanymi. Wyroby z drewna, gównie do gospodarstw domowych potrzebne, w niewielkiej ilości , ale też się pojawiają.
A ze wsi żywności wszelkiej nazwożono pełno. Z prawej strony placu targowego furmanki zaprzężone w konie stoją, a na nich worki z ziemniakami i brukwią. Nawet młynarz na wozie pełnym worków z mąką siedzi. Worki w razie potrzeby rozwiązuje i klientowi swój towar zachwala. Obok wiejska gospodyni, obstawiona koszami jajek, do zakupu nawołuje. Na wozie za nią powiązane żywe kury i kaczki leżą.
Z Poznania handlarz przyjechał z wyrobami żelaznymi. Sztućce , garnki i patelnie, a także pogrzebacze do pieca na straganie porozkładał.
Kuglarzy i muzykantów jarmark także przyciąga. Ci pierwsi sztuczki pokazują i tych co się wciągnąć dają oszukują okrutnie. Zanim się biedak zorientuje już zarobionych groszy się pozbywa i zamiast z towarem z pustą torbą i wstydem do domu wróci.
Między kramami ludzi kręci się moc. Kucharki przyszły po świeżą żywność ze wsi. Mieszczanie futra i ciepłe buty oglądają; wkrótce zima przyjdzie, więc ciepły przyodziewek potrzebny będzie. Dzieciarnia nowe miejsce do zabawy sobie znalazła, między wozami się przepycha, co rusz któreś pod wozem się przed innym chowa i z wrzaskiem z drugiej strony wyskoczy. Konia spłoszy, że wozem szarpnie. Drób się wtedy na cały rynek rozwrzeszczy, rzucając się i skrzydłami trzepiąc , z uwięzi próbując się zerwać.
Piekarz swój kram wystawił na północno-wschodnim narożniku rynku. Cała ta ciżba, umęczona targowaniem i przeciskaniem się w tę i z powortem, zgłodniała i chętnie rogala czy obwarzanka kupi, by się wzmocnić i posilić.
Z ratusza na targ włodarz miasteczka łaskawym okiem patrzy. Pilnować wpływu do kasy miasta musi. Cieszy go popularność jarmarków swarzędzkich na cała okolicę. Życzliwym okiem na kupców przybyłych z dalszych stron patrzy. To dla nich na okres jarmarków prawo handlu jest luzowane.
Taki jarmark to okazja, żeby nowe prawa miejscowe i królewskie ludziom ogłosić, więc burmistrz wkrótce przed ratusz wyjdzie i tej powinności zadośćuczyni.

Longina Komosińska

niedziela, 20 maja 2018

II Targi Meblowe 1936

                                                                                                                         Longina Komosińska
Od początku września w Swarzędzu duży ruch. Po dwóch latach znów odbywają się Targi Meblowe. Pierwsze, w 1934 roku, były sukcesem, ale tegoroczne zapowiadają się równie dobrze, a może lepiej.
W ogromnej hali meblowej swoje towary wystawia pięćdziesięciu swarzędzkich stolarzy. Pokazują się zarówno ci, którzy już produkują na eksport, do Niemiec, Holandii czy Gdańska, jak i ci, którzy zdobywają rynek lokalny. Chodzi o to, by drogę od producenta do klienta skrócić i cenę uatrakcyjnić, przez pośredników podnoszoną.
Rozmach przedsięwzięcia ogromny. W dzień otarcia targów autobusy pod halę meblową kursowały co pół godziny. Wydano z tej okazji kolorową broszurę  „Swarzędz – miasto stolarzy”. Artykuły w Kurierze także przysporzyły targom zwiedzających i wystawcom klientów.
Między oczekującymi dzisiaj na otwarcie hali stoi Staszek, uczeń w zakładzie tokarskim. Nie jest  łatwo dostać się na naukę fachu. Czasy teraz trudne. Kryzys dotknął także branże meblarską. Te targi mają na nowo przypomnieć o Swarzędzu i napędzić koniunkturę.

Staszek przyszedł tu dzisiaj sam. W ręku ściska kolorową broszurę, którą dostał od swojego majstra. Trzydzieści groszy na bilet wstępu dała mu matka, bo widziała jak bardzo synowi na zobaczeniu wystawy zależy.
Za kilka minut otworzą się kasy biletowe. Gwar na placu przed halą coraz większy. Czekają już wycieczki zwiedzających z Poznania, a także indywidualni klienci, którzy chcą obejrzeć, na jakie meble moda teraz obowiązuje, albo zainteresowani meblami upatrzonego wcześniej zakładu.
Staszek w kolejce stoi między czeladnikiem z zakładu Jana Szumskiego z Kilińskiego , a nauczycielem z poznańskiego gimnazjum, który swoją klasę na targi przywiózł, żeby młodzież rozwój polskiego rzemiosła na własne oczy zobaczyła.
Chłopak uczy się w zakładzie tokarskim u Bronisława Prałata. Majster go polubił, bo sumienny uczeń z niego jest. O obowiązkach nie trzeba mu przypominać. Wie, co ma robić, a i często poza swoje obowiązki ucznia wykracza. Prałat obiecał mu pomóc w zdobyciu fachu tokarskiego. Ale Staszek po cichu marzy o czymś innym; chce zostać rzeźbiarzem.
Przyszedł na wystawę właśnie po to, by podpatrzyć prace zakładu rzeźbiarskiego.  Czuje, że ma do tego smykałkę; jak tylko jakiś wolny kawałek drewna znajdzie, od razu widzi w nim docelowy kształt, a to anioła, a to kwiatu szarlotki czy róży.
Kasy się wreszcie otwierają, przez chwilę tumult się robi straszny. Chłopak się przeciska między ludźmi, żeby z kolejki nie wypaść i po chwili jest już przy okienku.
- Jeden bilet, za trzydzieści groszy, poproszę – odliczone monety podaje.
- Proszę bardzo – kasjerka monety wsuwa do kasetki i podaje bilet wstępu.
Dla Staszka to w tej chwili przepustka do świątyni stolarskiego kunsztu. Wchodzi do ogromnej hali , pełnej gwaru rozmów zwiedzających, pachnącej mieszaniną zapachu drewna, politury i skór.
Zatrzymuje się przy każdym stoisku. Najpierw są wystawione sypialnie z zakładu mistrza Piątka z ulicy Zamkowej. Szerokie łóżka z wezgłowiem prostym lub rzeźbionym. Przy łóżkach stoją stoliki nocne. Z boku toaletka z ogromnym lustrem, a przed nią tapicerowane na czerwono krzesło z oparciem w tym samym stylu, co wezgłowie łóżka. Na łóżku kapa, na toaletce flaszeczki perfum i słoiczki kremów. Wszystko tak urządzone, z tylko wejść i zamieszkać.
Dalej są męskie pokoje i jadalnie. Duże stoły lub stoły rozkładane. Krzesła, po sześć,  z nogami prostymi lub giętymi. W skórze lub materiałach, od koloru do wyboru.
Największe zainteresowanie budzą w tym roku kuchnie. Praktyczne meble, mieszczą w sobie wszystko – szafki na garnki, półki na talerze, szuflady na sztućce , a nawet przemyślnie wysuwaną deskę do prasowania.
Ale Staszek zmierza do ostatniego stoiska w tej części hali targowej, do wystawy zakładu rzeźbiarskiego mistrza Jerzego Szadro. Przed tym stoiskiem zatrzymują się głównie czeladnicy, stolarze którzy marzą o osiągnięciu takiego kunsztu w swojej pracy.
Nasz bohater też stoi jak zahipnotyzowany. Broszurę, którą trzymał w rękach wsunął za pazuchę i dłońmi dotyka misterne rzeźbione tralki, wezgłowia, oparcia krzeseł. Wodzi palcem po girlandach wyrzeźbionych na drzwiczkach szafek. Podziwia intarsjowany blat stolika do kawy. Nie słyszy szumu z hali, nie słyszy także mistrza Szandro, który stoi naprzeciw swojego stoiska z majstrem Adamem Czarneckim.  Chłopak jest teraz w swoim świecie, słyszy dźwięk dłut, hebli i szum wiór spadających na ziemię w warsztacie stolarskim.
W końcu Jerzy Szandro podchodzi do chłopaka, ale zanim szturchnie go, żeby oprzytomniał i przestał mazać tłustym paluchem po polerowanych meblach, widzi szeroko otwarte oczy ucznia, który chłonie widok całym sobą. Uśmiecha się mistrz pod nosem.
- Ej, chłopcze – mówi łagodnie, kładąc mu rękę na ramieniu. Staszek wyrwany z zadumy wzdraga się i odskakuje.
- Podoba ci się ? – pyta majster.
Chłopak tylko kiwa potakująco głową i wzdycha. W końcu udaje mu się wykrztusić:
- Chyba też bym tak umiał.
- O! – mistrz Szandro wybucha śmiechem. – Taki z ciebie zuch ?  To przyjdź jutro do mnie do zakładu, sprawdzimy co umiesz. Wiesz, gdzie mnie szukać ?
Chłopak znów skinął głową. Mężczyzna poklepał go po plecach i rozbawiony wrócił do swojego towarzystwa.
A Staszek już niczego nie widział i niczego nie słyszał. Jak na skrzydłach z hali meblowej wybiegł i do domu pędził, matce musiał jak najszybciej o swojej szansie powiedzieć.
Drugie Targi Meblowe w Swarzędzu dla miasta i dla Staszka wielką szansą były.

niedziela, 26 listopada 2017

Jadą wozy kolorowe ...


Opisywanie dawnych zdarzeń, miejsc lub postaci przypomina wywoływanie zdjęć w ciemni. Na pustym, białym papierze pojawia się najpierw cień. Po chwili wyłania się zarys postaci, tło, a wreszcie – wyostrza się obraz, domostwa, twarze. Niestety, równie często te obrazy pojawiają się i znikają, blakną, nie dają się odczytać, uchwycić.
Są jeszcze rozmowy ze świadkami czasu. Czasem w opowieści pojawia się zdanie, wątek poboczny, dla opowiadanej historii niewiele znaczący, a w mojej wyobraźni powstaje obraz, którego nie jestem w stanie się pozbyć. Tak było z informacją, o cygańskich taborach, którzy przyjeżdżały do Sarbinowa. Były to dwie różne opowieści, nie wiem, która bardziej prawdziwa.
Prawdą jest to, że tabory w Sarbinowie się pojawiały, a reszta ... ?
***
Jadą wozy kolorowe …
Józek, jak zwykle, gdy w kuźni nic się nie działo, siedział na trawie, oparty o bieloną ścianę. Wygrzewał się na słońcu. Muchy, które co rusz przysiadały mu, a to na czole, a to na ręce, ogania. Spod daszka czapki, który osłania mu oczy przed ostrym, kwietniowym słońcem, najbliższy rów obserwuje. W  porastających brzegi rowu, krzakach,  ledwie jeszcze  zielenią pokrytych, uwijają się wróble i sikory.  Najpierw trzymają się z daleka od człowieka. Ale wkrótce, uspokojone bezruchem wokół kuźni, zaczynają bliżej podlatywać, na gałęziach bzu , co przy kuźni rośnie,  przysiadać.

czwartek, 19 października 2017

Wysiedleni





Przyszli po nas wcześnie rano, wydawało się, że dopiero położyliśmy się spać. Był październik 1940 roku. Gdy zapukali do drzwi babcia Agnieszka zdziwiła się. Tego dnia sąsiad miał przyjść wcześnie, chciał pożyczyć konia do prac w polu. Ale to było za wcześnie, jeszcze ciemno, zwierzęta nie oprzątnięte, koń nie dostał porannego owsa. Od kiedy nie ma Feliksa wszystko na głowie jednej kobiety.
Otworzyła drzwi pewna, że zobaczy za nimi sąsiada. 
Za drzwiami stał sołtys Sarbinowa  Humke z dwoma uzbrojonymi mężczyznami – żołnierzami niemieckimi. Nogi się pod nią ugięły. Kazali się pakować, zabrać niezbędne rzeczy na drogę, dokumenty, trochę jedzenia i najwyżej jedną kołdrę i poduszkę. Okazało się później, że u każdego wyglądało to inaczej. Innym pozwolono zabrać wszystko, nawet niedosuszone pranie ze sznurka. Zależało to od ludzi, którzy przyszli do gospodarstwa, od ich dobrej woli i wrażliwości.  Razem z nimi, jako pierwsi wysiedlani byli sąsiedzi Jędrzejczakowie oraz rodzina Wiśniewskich i Matelanka.
Agnieszka budzi dzieci. Trzęsącymi rękami pakuje do tornistra Stasia jedzenie . Mały, trzyletni,  Edmund wybudzony z głębokiego snu, nie chce wstawać. Pakuje się z powrotem do łóżka i zasypia. Naprędce spakować , to co jest najważniejsze, to co się przyda . Co jest najważniejsze ?
Nie byli na to przygotowani, na to, że po nich pierwszych przyjdą. Co z nimi będzie ? Co z dziećmi ? Jak i gdzie zostawić wiadomość dla rodziny? Jak my się odnajdziemy ? A Feliks? Skąd będzie wiedział , gdzie ich szukać ?
Czas biegnie. Kobieta ubiera dzieci , 7-letniego Stasia, 5-letnią Julkę i 3-letniego Mundka. Stasiowi zakłada szkolny tornister. Była taka dumna, gdy kupowała mu go na jesieni; pierwsze z jej dzieci szło do szkoły. Teraz jest wypchany jedzeniem na drogę. Każe mu go pilnować i pilnować Julki. Sama zabiera najmłodsze dziecko i spakowany tobołe . Wychodzą w chłód jesiennego poranka. Jeden z mężczyzn pomaga załadować na wóz związaną kołdrę i poduszkę.
We wsi słychać szczekanie psów. Furmanka stoi przed bramą. Taka sama furmanka i żołnierze są u sąsiadów, państwa Jędrzejczaków. Pakują się na wóz i ruszają z górki, na których stoi ich dom, w dół, do głównej drogi. Powoli na drodze do Swarzędza formuje się ponura kolumna. Psy wyczuwają napięcie.  Gdy wozy ruszają słychać wycie psów, których właściciele opuszczają domostwa. Gdzie i na jaką poniewierkę ? W tej chwili nie wiadomo. Tak jak i tego, dlaczego właśnie ich wysiedlono jako pierwszych ? Czy to dobry sołtys Humkę skazał kobietę z trójką małych dzieci na poniewierkę ? Czy komuś właśnie te gospodarstwa wydały się odpowiednie dla Niemców, sprowadzonych do Kraju Warty. Potem okaże się, że inni gospodarze nie będę wysiedlani w lubelskie. Pozostaną na miejscu, np. w Daszewicach po drugiej stronie Poznania.
Zaczyna się rozjaśniać , gdy wjeżdżają do Swarzędza. Robi się coraz większy ruch, furmanki z takimi jak oni nieszczęśnikami, zjeżdżają z różnych stron na miejsce zgrupowania. Przed budynkiem, obecnie stoi tu Hala Meblowa na skrzyżowaniu Jasińskiej i Cieszkowskiego, stoją autobusy. W hali spotykają się sąsiedzi z jednej wsi. Chcą trzymać się razem, ale w tym tłumie i tumulcie, powstałym przy wsiadaniu do autobusów, staje się to niemożliwe. Agnieszka z Edmundem zostaje rozdzielona ze starszymi dziećmi Stasiem i Julką . Staś trzyma siostrę mocno za rękę, ale ta zaczyna płakać. Spychani są do innego autobusu niż mama. Sytuacje zauważa Kazimierz Wiśniewski, łapie dzieci i zanosi je do mamy. O dziwo nikt z pilnujących nie reaguje.
Autobusy ruszaj w kierunku Poznania. Wysiadają z nich w okolicach hal targowych przy Grunwaldzkiej i idą na dworzec PKP. Podjeżdżają pociągi z kierunku Piły. Wysiedleńcy mają wsiadać do wagonów. W jednym przedziale Agnieszka z dziećmi i rodzina Wiśniewskich; kobieta z trójką dorosłych dzieci pomaga matce z trójką maluchów. Starają się nie rozdzielać. Na peronie wojsko niemieckie pilnuje porządku. Ludzie na peronie płaczą, nawołują się, taszczą swój dobytek, większe i mniejsze tobołki przepychają przez wąskie drzwi i przejścia . Dobytek całego życia, to co ważne, to co potrzebne, to o się przyda, co pozwoli przeżyć.
W przedziale rozmawiają o tym, co ich czeka, co będzie, dokąd ich zabierają, co będzie na końcu tej podróży. Dzieci siedzą przytulone do boku matki. Mundek zasnął na jej kolanach.
Gdy peron jest już pusty, a ludzie zajęli przedziały i ulokowali nad głowami swoje bagaże otwierają się drzwi. Do przedziału wchodzi Niemiec w cywilu, pewnie urzędnik, za nim żołnierz pod bronią. Wskazuje na Kazimierza, Franka i Jadwigę Wiśniewskich, każe im wychodzić . W pociągu robi się szum, ludzie głośno protestują , płaczą. Pani Wiśniewska też płacze, zostaje sama, rozdzielają ją z dziećmi. Jak oni dadzą sobie radę, jak ona sama da radę tam, gdzie ją zawiozą ? Niemcy patrzą na rozpaczającą rodzinę, zamieniają kilka zdań po niemiecku między sobą. W końcu ten po cywilnemu pozwala zostać najstarszemu synowi, Frankowi. Pozostała dwójkę zabiera ze sobą. Dorośli płaczą. Dzieci, nie wiedząc co się dzieje, też zaczynają płakać. Dojmujące poczucie braku wpływu na swój los.
Na peronie widać rosnącą grupę młodych ludzi , otoczonych kordonem żołnierzy. Nie wolno otwierać okien wagonów. Ludzie rzucają się do zamkniętych okien, żeby popatrzeć, żeby chociaż w ten sposób pożegnać się z najbliższymi.
- Dokąd ich zabierają ?! – to pytanie powtarzane z ust do ust biegnie przez przedziały i wagony. W końcu nadchodzi odpowiedź
- Młodych, silnych, sprawnych zabierają na roboty .
Ludzie się trochę uspokajają. Ale po chwili pojawia się niepokojąca myśl – to co zrobią z nami, niezdolnymi do pracy, małymi dziećmi ? U niektórych pojawia się już zrezygnowanie.
Rozlega się gwizd , lokomotywa szarpnęła , wagony powoli zaczynają się toczyć. Na peronie młodzi ludzie zaczynają się zwracać w stronę pociągu, iść wzdłuż peronu, to niepokoi żołnierzy, wyżej podnoszą broń, zacieśniają kordon i zaczynają spychać Polaków do zejścia z peronu . To ostatni obraz, który widzą odjeżdżający. Pociąg opuszcza dworzec.

Ciag dalszy :
Życie w Mościcach